Zielono w głowie

Przeszłość to głębia, to przestrzeń, tęsknota. Każdy rok w historii istnienia człowieka przynosił ze sobą coś, co fascynuje - coś pięknego, intrygującego, porażającego, dającego do myślenia. Historia jest przepełniona olśnieniami. Czasem cofam się w czasie i podróżuję po epokach, innym razem znikam w lasach wyimaginowanych rzeczywistości powstałych w umysłach pisarzy, aby niebawem wyłonić się tu i teraz. Blog powstał po to, bym mogła się dzielić myślami, fascynacjami, recenzjami, tekstami.

Rosja w kilku odsłonach

Rosja historyczna, carska i Rosja porewolucyjna, współczesna - dwa zupełnie różne pojęcia. Kraj Putina wciska się w moją rzeczywistość z każdej strony, bo nie schodzi z nagłówków gazet i portali informacyjnych, budujących zdecydowanie jednostronny obraz naszego sąsiada. Jestem świadoma tej tendencyjności, a jednak, gdybym miała bez zastanowienia wymienić kilka określeń kojarzących mi się z obecną Rosją, żadne z nich nie miałoby zabarwienia melioratywnego.

Wygląda to zupełnie inaczej, gdy sięgam wyobraźnią w rosyjską przeszłość. Wówczas na pierwszym planie sadowi się car z całym dworem, otoczony specyficzną kulturą, stopioną w jedno ze sztuką i wiarą oraz wielką polityką. Wszystko to wiruje wraz z intensywną obecnością zapierającej dech w piersiach architektury, białych nocy w Sankt Petersburgu, wyrobów Petera Fabergé...

 
 

Zagłębianie się w historię carskiej Rosji daje mi wiele satysfakcji. To dzieje niebanalne, wielotorowe, intrygujące pod każdym względem. Wraz z wybuchem rewolucji i zamordowaniem ostatniego władcy zakończyła się ta epoka, która mnie pasjonuje. Dojście do władzy bolszewików niczego w Rosji nie zmieniło na lepsze - rządy nadal dzierżyli nieliczni, którzy czerpali zyski z jej sprawowania, a zwykli ludzie ciągle nie mieli co jeść, byli prześladowani i mordowani. I tak jest do dzisiaj. Rosjanie sami pozbyli się tego, co w ich kraju było najciekawsze, oryginalne, co kreowało ich tożsamość narodową. Pozbyli się w sposób najgorszy z możliwych - zamiast skupić się na poprawianiu tego, co mieli, postanowili całą przeszłość zrównać z ziemią i utopić w krwi.

 

Zawsze mam pod ręką "Taniec Nataszy" Orlando Figesa - to moje ulubione kompendium wiedzy o historii i kulturze rosyjskiej ostatnich trzech stuleci. Wiernie służy mi pomocą i radą zawsze wtedy, gdy czegoś nie wiem lub nie rozumiem. Uwielbiam Dostojewskiego, który niezrównanie opisywał realia XIX-wiecznej Rosji (Tołstoja trochę mniej, bo tak mnie wynudził "Wojną i Pokojem", że mu darować nie mogę). Bardzo chętnie sięgam po innych rosyjskich pisarzy, także współczesnych - tworzą znakomite kryminały i powieści fantasy.

Przede mną lektura m.in. intrygującej książki Harvey'a Pitchera "Gdy panna Emmie była w Rosji", dwóch biografii carycy Katarzyny oraz kilku innych ważnych lub ciekawych pozycji, ze "Skazanymi" Douglasa Smitha na czele. Długo się przede mną nie uchowa żadna powieść, przenosząca czytelnika do Rosji sprzed i zaraz po rewolucji. Czytałam ich wiele, o niektórych już Wam pisałam (na przykład o niezłej książce Johna Boyne'a "W cieniu Pałacu Zimowego", czy o świetnej serii Mariusza Wollnego "Krwawa jutrznia"), ale zawsze mi mało. Niedawno wpadły mi w ręce dwie kolejne. Jedna znakomita, druga całkiem znośna.

Utwór, który stanowczo trzeba przeczytać, został napisany przez Andrew Williamsa, brytyjskiego pisarza i dokumentalistę, utytułowanego autora beletrystki historycznej. "Zabić cara" to książka dziwnie ukryta w cieniu, słabo promowana, niemal nierecenzowana - a jest jedną z lepszych pozycji o początkach ruchu rewolucyjnego w Rosji (i w ogóle na świecie), jakie miałam przyjemność czytać. A przy tym jedną z ciekawszych powieści kryminalnych.

 


Williams opowiada o działalności pierwszej organizacji terrorystycznej, która ośmieliła się podnieść rękę na władcę i to podnieść skutecznie. Autor jest znakomitym archiwistą, historia jest jego pasją, podchodzi do niej bardzo poważnie. Czerpie informacje ze wszystkich możliwych źródeł, odwiedza miejsca, o których pisze, opiera się na wielokrotnie i drobiazgowo sprawdzonych faktach. Jeśli w tej chwili komuś przyszła do głowy myśl, że "Zabić cara" jest powieścią nudną, przeładowaną datami i życiorysami, to bardzo się pomylił!

To barwna opowieść o Rosji i ludziach ją tworzących. Wraz z bohaterami uczestniczymy w wydarzeniach, które zapoczątkowały ciąg zmian prowadzących do rewolucji. W 1879 roku powstała w Sankt Petersburgu organizacja Wola Ludu, uzurpująca sobie prawo do decydowania za całe rosyjskie społeczeństwo. Kilkoro radykałów stwierdziło, że zlikwidowanie cara stanie się lekiem na wszelkie zło, które opanowało kraj. Regularnie usiłowali zamordować Aleksandra II, organizując co jakiś czas dobrze zaplanowane zamachy. "Zabić cara" opowiada o tych próbach - od pierwszej, nieudolnej, poprzez kolejne, coraz bardziej wyrafinowane, aż do ostatniej - zakończonej tragiczną śmiercią władcy Wszechrusi.

Nie ma tutaj nudnych relacji ze spotkań rewolucjonistów i epatowania propagandowym językiem. Akcja toczy się szybko, wplecione są w nią świetne opisy Sankt Petersburga, który staje przed oczyma czytelnika niczym miejsce znane i często odwiedzane. Niepostrzeżenie chłoniemy też wiedzę na temat życia każdej z warstw społecznych ówczesnej Rosji, odwiedzamy Pałac Zimowy i chatę wiejskiej nauczycielki, domy Anglików, którzy od kilku pokoleń mieszkali w Rosji i cele w piwnicach budynku przy Nabrzeżu Fontanki 16.


Sobór Zmartwychwstania Pańskiego zwany Soborem Na Krwi -
zbudowany w miejscu zamordowania cara Aleksandra II,
władcy, który zapoczątkował reformy i uwolnił chłopów

 

Jedną z największych zalet tej książki jest neutralność autora dotycząca bohaterów. Choć wyraźnie potępia ideę terroryzmu i wytyka rewolucjonistom, że wraz z zamachem na postępowego cara zaprzepaścili szansę na zmiany w swoim kraju, to jednak, opisując jednostki tworzące Wolę Ludu, ukazuje ich jako zwykłych, prawdziwych ludzi, dobrych i złych, ludzi, którzy kochają i marzą, nieprzejednanych, ale i pełnych wątpliwości. W ten sam sposób przedstawione są postaci stojące po drugiej stronie barykady - szef policji, poszczególni funkcjonariusze, prokurator, car. Sympatyczni, nieszczęśliwi, głupi, sprytni, brutalni, wrażliwi, inteligentni - pełna gama ludzkich cech po obu stronach barykady.

Wszystkie postaci, z wyjątkiem pary głównych bohaterów, są autentyczne, ich dzieje Williams odtworzył niemal dosłownie. Terrorystka Anna i angielski lekarz Frederick Hadfield są fikcyjni, ale wykreowani na bazie kilku życiorysów prawdziwych ludzi. Ich losy są wplecione w historię - nie tworzą jej, ale obserwują, nie podejmują ważnych decyzji, lecz uczestniczą w ich realizacji. Na tle rzeczywistych postaci Anna i Frederick są najmniej wyraziści, jednak konieczni do tego, by akcję uatrakcyjnić i przenieść w sferę fikcji historycznej. Ich romans nie ma w sobie nic z sielankowości, a charaktery są niejednoznaczne i nie zawsze, nie w każdej sytuacji, budzą naszą sympatię. Zwłaszcza Anna, której nie byłam w stanie polubić. Dzięki temu nie stają się kolejną milutką parą nieszczęśliwych kochanków, zapełniających sporą część kryminałów historycznych.

Każdy element powieści jest dopracowany. Fabuła, której nie można niczego zarzucić, postaci - w większości zróżnicowane i prawdziwe, styl - na najwyższym poziomie, świetnie użyty przez pisarza i znakomicie oddany przez tłumacza. "Zabić cara" to książka dla kochających historię, ale także inteligentnie skonstruowane opowieści kryminalne, zaskakujące, pełne przeplatających się motywów i wątków. Dla tych, którzy lubią czerpać przyjemność z dobrej literatury.

Drugim utworem, o którym chciałam Wam napisać, jest "Carski smok" Catrin Collier. Na tle książki Williamsa wypada zdecydowanie blado, ale jest to całkiem przyzwoita powieść społeczno-obyczajowa, ukazująca XIX-wieczną rzeczywistość europejską.

 

Początkowo wydawało się, że znajdę tu świetnie opisane życie w Rosji za panowania cara Aleksandra II, zmiany, jakie zachodziły wówczas w tym wyjątkowym kraju, walkę z zacofaniem, biedą, rozwój przemysłowy. Zapowiadało się wspaniale - walijscy inżynierowi przybywają na stepy Ukrainy, by położyć podwaliny pod budowę potężnego zagłębia węglowego.

W pierwszej połowie książki dostałam nawet więcej niż wymagałam, bo mogłam obserwować egzystencję ludzi w Wielkiej Brytanii - równie ciężką jak życie rosyjskiej biedoty. Towarzyszyłam bohaterom w długiej podróży do Rosji, w walce z niesprzyjającymi warunkami, zżyłam się z nimi, gdyż opisani zostali sugestywnie i z niemałym talentem. Płakałam, gdy w prowizorycznym szpitalu na stepie zaczęły umierać pierwsze ofiary zarazy.

A potem... Potem akcja gwałtownie straciła wiele ze swojej atrakcyjności, gdyż autorka postanowiła zrezygnować z głębszych, bardziej dokładnych opisów zróżnicowanego społeczeństwa, które kształtowało się na terenach dzisiejszego Doniecka. Zamiast tego skręciła w stronę obyczajowych aspektów opowieści i skupiła się na życiu miłosnym bohaterów. Tak obiecująca książka stała się w pewnym momencie historią o tym, kto kogo pokochał, kto się z kim przespał i kto kogo zostawił. Wcale nie pomaga zawieszone w czasie zakończenie - niemalże cliffhanger, zaskakujące, ale w równym stopniu irytujące, gdyż nie ma żadnej informacji o tym, jakoby powieść miała mieć dalszy ciąg.

Nie jest to dzieło najwyższych lotów, interesujący temat został przez autorkę zaledwie dotknięty, a pomysł na fabułę mógł być o wiele lepiej wykorzystany. Niemniej jednak warto "Carskiego smoka" przeczytać choćby po to, żeby zaprzyjaźnić się z wyrazistymi postaciami umiejscowionymi na tle XIX-wiecznego brytyjskiego i rosyjskiego społeczeństwa i dowiedzieć się tego, o czym często nie pamiętają nawet Walijczycy - że Donieck zbudował John Hughes, walijski inżynier i wynalazca.

Macie swoje ulubione książki o Rosji? Napiszcie mi o nich, na pewno znajdą się wśród nich perełki, których jeszcze nie znam! :)

 

Zapraszam: http://zielonowglowie.blogspot.com


Tytuł: Zabić cara
Tytuł oryginalny: To kill a Tsar
Autor: Andrew Williams
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 448

Tytuł: Carski smok

Tytuł oryginalny: The Tsar's Dragons
Autor: Catrin Collier
Wydawnictwo: Prószyński Media
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 720

Wariacje na temat kontynuacji, czyli czarne chmury nad Derbyshire

 

"P.D. James wkracza w świat Dumy i uprzedzenia Jane Austen. Akcja sequela rozpoczyna się sześć lat po ślubie Elizabeth i pana Darcy’ego. Niestety, okazuje się, że nie prowadzą oni tak szczęśliwego życia, jak moglibyśmy oczekiwać. Prócz niedopowiedzeń, intryg, zazdrości i rozczarowania swym związkiem główni bohaterowie napotykają też trudności zupełnie innej natury. Widziane w pobliskim lesie widmo zapowiada nieszczęścia, w tym zabójstwo jednego z członków rodziny. Przepełniona miłością, zazdrością, kłamstwem i cierpieniem Śmierć przybywa do Pemberley uwodzi czytelnika, który z wielką łatwością wkracza w ten XIX-wieczny świat i dzieli z postaciami ich namiętności, lęki i nadzieje."

 

Wiele razy przychodziła mi do głowy myśl, że może warto byłoby zacząć karierę pisarską od popełnienia jakiejś kontynuacji. Teoretycznie - bułka z masłem. Ukształtowanych bohaterów ma się podanych na tacy, nie ma potrzeby łamać głowy nad oryginalnymi i pobudzającymi wyobraźnię imionami (wbrew pozorom wcale nie byłoby łatwo wymyślić drugiego Boromira, Daniela Sempere czy Sherlocka Holmesa), świat przedstawiony jest gotowy w najdrobniejszych szczegółach, akcję można podpiąć pod to, co wymyślił wcześniej ktoś inny... Wystarczy wybrać postaci lubiane, znane szerokiemu gronu odbiorców i czytelników ma się gwarantowanych - czego chcieć więcej?
 
Za każdym razem dość szybko wylewałam wielkie wiadro zimnej wody na swoją głupiutką, rozpaloną pomysłami głowę, a bułka z masłem znikała, pożarta przez zdrowy rozsądek. Ukształtowani w pełni bohaterowie wcale nie są dobrodziejstwem. Są cudzy, należą do kogoś innego, nie ma się prawa zmieniać w ich charakterach niczego, bo inaczej fałsz za bardzo będzie rzucał się w oczy.

A przecież stukający w klawiaturę (machający piórem/długopisem/ołówkiem) chciałby od czasu do czasu, aby postaci zrobiły coś według jego widzimisię, coś nie do końca zgodnego z naturą, jaką zostali obdarzeni przez swoich właściwych twórców. Nie da się tego przeprowadzić bez poważnych konsekwencji. Nie wspominając o tym, że można zapomnieć o zmienianiu im partnerów, przemeldowywaniu ich w inne okolice, a nawet usuwaniu im krzywego nosa.
 
Wszelkie próby wprowadzenia zmian rozbiłyby się o żelbetonowy mur czytelników vel fanatycznych wielbicieli. O, ci załatwiliby heretyka, porywającego się na ich ulubieńców, na cacy! Weź ich ukochaną książkę, dopisz jej kontynuację, a znienawidzą cię doszczętnie i już nigdy nie sięgną po nic, co być może miałbyś ochotę stworzyć w przyszłości. I koniec pieśni! Kariera, sława, Paszport "Polityki" i Nike przepadają (o pieniądzach nie wspominam! ;) ).

Mówiąc zupełnie serio - jest w tym wszystkim sporo prawdy. Błędne wyczucie bohatera, wrzucenie go w okoliczności, w których nie ma prawa się znaleźć, za dalekie odbieganie od stylu pierwowzoru - to tylko niektóre z grzechów popełnianych przez autorów najróżniejszych "ciągów dalszych". Znam bardzo mało trafionych kontynuacji. W tej chwili, na potrzeby słowotoku, którym Was właśnie katuję, szukam w pamięci jakiegoś tytułu. I właściwie nie jestem w stanie podać niczego, co mogłabym z czystym sumieniem nazwać udanym sequelem jakiejś powieści.
 
Bądźmy szczerzy - potrzeba nie lada tupetu, by porywać się z motyką na słońce. A już zwłaszcza, jeśli to słońce nazywało się Jane Austen!
 
Dawno temu niejaka Emma Tennant postanowiła zmierzyć się z tym wyzwaniem i poległa na całej linii. Dopisała dalsze losy wszystkim chyba austenowskim bohaterom. Jej książki to małe koszmarki - płytkie, nudne, napisane pospolitym i niewyszukanym stylem. Zalecenie: omijać z daleka. W przypadku innej kontynuacji, którą miałam okazję kiedyś czytać, sprawa wygląda podobnie. Jednak tym razem - niestety! - mamy do czynienia z powieścią autorki uznanej i cenionej przez spore grono czytelniczek.

 
Zmarła niedawno Colleen McCullough postanowiła swego czasu zmierzyć się z legendą "Dumy i uprzedzenia". Jej "Emancypacja Mary Bennet" jest pozbawiona wszystkiego tego, za co kolejne pokolenia kochają książki Austen - wnikliwego obrazu angielskiego społeczeństwa przełomu osiemnastego i dziewiętnastego stulecia, inteligentnego, subtelnego poczucia humoru oraz specyficznego wdzięku. Australijska pisarka stwierdziła, że wszystko, co postaci wykreowane przez Jane czyniły bądź mówiły, było od początku do końca kłamstwem, fałszem czynionym z premedytacją. Wychodząc z tego założenia, pozmieniała im charaktery.

Z Elizabeth zrobiła chciwą łowczynię majątków, a z Darcy'ego antypatycznego polityka rozpaczającego nad popełnionym mezaliansem. Oboje nie mają najmniejszej ochoty na seks, w przeciwieństwie do Bingley'a, który sam nie może doliczyć się własnych dzieci porozsiewanych po kilku koloniach. Mary Bennet, najbrzydsza z sióstr, po około dwudziestu latach cudownie wypiękniała (szkoda, że McCullough nie napisała, jak Mary to zrobiła - chętnie bym z tego sposobu skorzystała), została porwana i uwięziona w ciemnej, wilgotnej grocie przez tajemniczego ojca Dominusa.

Absurdalność fabuły byłaby śmieszna, gdyby nie była tak bardzo tandetna i żenująca. Dlaczego autorka postanowiła zburzyć piękny obraz kultowej zakochanej pary? Czy miało to służyć przyciągnięciu uwagi czytelniczek, które uwielbiają Darcy'ego i kochają Lizzy? "Emancypacja Mary Bennet" to nędzna kontynuacja, napisana fatalnym stylem, pełna nie tylko niedorzeczności, ale i błędów merytorycznych, nielogiczności, niewydarzonych dialogów. Szkoda czasu na otwieranie nawet pierwszej strony.

Po tych wszystkich doświadczeniach byłam mocno sceptyczna, gdy na półkach naszych księgarni pojawiły się dwie powieści nawiązujące do sztandarowej książki brytyjskiej literatury, czyli właśnie do "Dumy i uprzedzenia". Jedną z nich jest "Dworek Longborn" Jo Baker, o którym opowiem Wam przy innej okazji, a drugą kryminał "Śmierć przybywa do Pemberley".
 
Sceptycyzm sceptycyzmem, ale ciekawość wzięła górę. Książka Phyllis Dorothy James zapowiadała się oryginalnie i intrygująco. Autorka, która podobnie jak wspomniana wyżej McCullough, zmarła niedawno, zwana była swego czasu "nową Agathą Christie". Stworzyła cykl cenionych powieści kryminalnych, których bohaterem uczyniła inspektora Adama Dalgliesha. Jej styl określało się jako niezwykle brytyjski - klasyczny, elegancki, niemal arystokratyczny. Dawało mi to pewną nadzieję na to, że P. D. James potrafiła z powodzeniem wczuć się w klimat książek jej rodaczki sprzed dwustu lat.
 
Gdy raz "Śmierć przybywa do Pemberley" znalazła się w mojej dłoni, to już w niej została, aż do momentu, w którym przeczytałam ostatnią stronę. Lektura tak mnie pochłonęła, że przez kilka godzin nie istniałam dla świata. Kochani, mogę Wam z czystym sumieniem powiedzieć, że znalazłam wreszcie udaną kontynuację, wolną od większości sztandarowych błędów! :)

 
Autorka z łatwością odwzorowała styl Austen, niemający nic wspólnego ze współczesną manierą stopniowania napięcia, rozciągania akcji, mnożenia mniej istotnych wątków. Jak coś się miało dziać, to się działo od razu, Jane niejednokrotnie jednym zdaniem dawała czytelnikowi znać o jakimś wydarzeniu lub mieściła całą scenę w pojedynczym, niezbyt długim, akapicie. Wolała skupiać się na dialogach, które ukazywały nam zachowania i poglądy bohaterów oraz na scenach wiele mówiących o ich charakterach. P. D. James świetnie wyczuła tę stylistykę, nie chcąc jednak imitować XVIII-wiecznej metody pisania, potrafiła stworzyć jego specyficzny współczesny odpowiednik, hołd dla precyzyjnego stylu Jane Austen. 
 
Przenosimy się do Derbyshire, do majątku Pemberley, którego panią od sześciu lat jest szczęśliwa i spełniona Elizabeth Darcy. Przez chwilę uczestniczymy w idylli - przygotowania do balu, codzienne zajęcia bogatej rodziny, odwiedziny bliskich i znajomych. Jednak od początku wiemy, że James nie tworzyła obyczajowych sielanek, więc pędzące z rozwianymi grzywami konie, które ciągną powóz z histeryzującą Lydią nie są dla nas większym zaskoczeniem. Morderstwo, śledztwo, tragedia - wszystko to umiejętnie wplecione zostało w świat koronek i wstążek, czarne chmury zawisły nad dumnym Pemberley. I nieuchronnie wpływa na wszelkie elementy życia bohaterów, ich zachowania i reakcje - na małżeństwo Darcy'ch, stosunki panujące między sąsiadami, na służbę, przyjaciół i wrogów.
 
Mamy tu dyskretne, choć dla wielbicieli Austen doskonale widoczne, odniesienia do "Emmy" czy do "Perswazji", co cudownie rozszerza granice świata przedstawionego. Całość sprawia wrażenie skonstruowanej w taki sposób, aby w pierwszej kolejności zilustrować czytelnikowi działanie wymiaru sprawiedliwości, sądownictwa z początku XIX wieku - arcyciekawy temat dla każdego, kto lubi zgłębiać szczegóły egzystencji brytyjskiego społeczeństwa tamtych lat. 
 
Charaktery bohaterów zaczerpniętych z kart "Dumy i uprzedzenia" są celnym odwzorowaniem tego, w co wyposażyła ich Jane Austen. Wszystkie gesty, słowa czy działania podejmowane przez Darcy'ego, Wickhama, Lizzy czy Lydię, choć rodzące się w obliczu nietypowej sytuacji, są zgodne z tym, co robiliby lub mówiliby, gdyby "Śmierć przybywa do Pemberley" napisała ich twórczyni. I to jest dla mnie podstawowym wyznacznikiem jakości tej książki. Podziwiam łatwość, z jaką P. D. James potrafiła przekonać mnie, że jej bohaterowie są dokładnie tymi samymi ludźmi, których kochałam lub nie znosiłam podczas czytania pierwowzoru. Nawet wówczas, gdy pogłębia i rozbudowuje ich życie wewnętrzne, to w żaden sposób nie kłóci się to z moim wyobrażeniem o nich.
 
Z góry ostrzegam, że wielbiciele kryminałów mogą być z lekka rozczarowani. Poszukiwanie mordercy, gmatwanie wątków i mylenie tropów znajdują się tutaj na dalszym planie. To przede wszystkim okazja do zagłębienia się w rzeczywistość sprzed wielu lat, do ukazania jej z trochę innej perspektywy, to ukłon w stronę stylu wspaniałej pisarki i stworzonych przez nią ponadczasowych postaci. Nie znaczy to wcale, że historia wymyślona przez James nie ma w sobie niczego ciekawego! Jej nietuzinkowość intryguje, a błyskotliwość wywołuje podziw, trzeba jednak pamiętać, że dla autorki inne rzeczy były ważniejsze od eksponowania intrygi.
 
 
Muszę szczerze wyznać, że zapewne nie zwróciłabym na tę powieść większej uwagi, gdyby nie zrealizowany na jej podstawie przez BBC cudowny mini-serial. Oczarował mnie on pod każdym niemal względem. Książka rządzi się zupełnie innymi prawami niż film, który musi widza olśniewać nie tylko kolorystyką czy ujęciami, ale przede wszystkim dynamiczną akcją, stopniowaniem napięcia poprzez motanie sznurków tajemnicy, inteligentnymi dialogami. 
 
Twórcy serialu musieli daleko odbiec od stylu, w jakim P. D. James napisała swoją książkę, gdyż jest on zdecydowanie za mało filmowy, za spokojny, powolny, a jednocześnie nie dostarczający zbyt wielu szczegółów dotyczących intrygi. Niektóre wątki, na przykład nadzieje pułkownika Fitzwilliama na zdobycie ręki Georgiany oraz jej poczucie obowiązku w stosunku do rodziny i lojalności wobec brata są w serialu wyeksponowane dużo wyraźniej niż w książce. Dramatyzm i napięcie sprawiały, że w trakcie oglądania zaciskałam dłonie na poręczach fotela - nie ma tego w powieści, która skupia się na czymś zupełnie innym. 
 

Matthew Rhys jako Darcy
 
Na ekranie olbrzymią rolę odgrywają aktorzy, doskonale dobrani do swoich ról. Matthew Rhys jako wyniosły, oschły, a jednocześnie wrażliwy Darcy, cudowna Jenna Coleman w roli rozhisteryzowanej kokietki Lydii, uroczy, przystojny, o oczach pełnych chochlików Matthew Goode jako zimny drań Wickham... 
 
Jedynym zgrzytem okazała się Anna Maxwell Martin grająca Lizzy. Bezbarwna, nieustannie przygnębiona, fatalnie uczesana i ubrana, zupełnie niepasująca do wesołej, cieszącej się życiem Elizabeth Darcy, którą przywykliśmy wyobrażać sobie jako piękną i zadbaną panią na włościach. Uwielbiam angielską manierę do obsadzania w rolach heroin, władczyń, kochanek czy zbrodniarek aktorek, które odbiegają od hollywoodzkiego wyobrażenia o kobietach, aktorek nie zawsze pięknych, noszących nierzadko fatalne fryzury, niepasujący makijaż czy workowate ubrania, ale w tym przypadku twórcy trochę przesadzili. 
 

Anna Maxwell Martin jako Elizabeth Darcy

 

Drobny błąd castingowy rekompensują przepiękne zdjęcia, zachwycające kostiumy, doskonale dobrana muzyka, a przede wszystkim scenariusz dopracowany w najdrobniejszym szczególe. Brytyjska telewizja zdążyła nas przyzwyczaić do seriali na najwyższym poziomie. Poza zarysem opowieści "Death comes to Pemberley" nie ma wiele wspólnego z książką P. D. James, niemniej jednak jest godny tego, by stawiać go z nią w jednym rzędzie. Zarówno książka, jak i serial są rozrywką tak znakomitą, że na długo pozostaną w mojej pamięci, choć każde dostarczyło mi wrażeń na innej płaszczyźnie. 
 

Matthew Goode jako George Wickham
 
Zapraszam na http://zielonowglowie.blogspot.com
 
Tytuł: Śmierć przybywa do Pemberley
Tytuł oryginalny: Death comes to Pemberley
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-280-0973-8
Ilość stron: 304
Oprawa: miękka

 

Prywatne życie arcydzieła

Właśnie przed chwilą skończyłam czytać książkę Cathy Marie Buchanan "Malowane dziewczęta Degasa" i niemal rozsadza mnie chęć, aby przenieść na klawiaturę wszystko, czego się dzięki niej dowiedziałam, każdą myśl, każdą refleksję. Czuję zbliżający się wielkimi krokami długaśny tekst i mogę tylko mieć nadzieję, że zniechęceni moim gadulstwem Czytelnicy nie zaczną gremialnie omijać tego miejsca. :)

 

 
Paryż drugiej połowy dziewiętnastego wieku to miasto praczek, prostytutek i baletnic, miasto wojny francusko-pruskiej i komuny paryskiej, to urbanistyczna rewolucja barona Haussmana, wystawy światowe i afera Dreyfusa. To poezja Baudelaire'a, proza Zoli, muzyka Gounoda i Debussy'ego. Stolica Francji sprzed stu pięćdziesięciu lat to przede wszystkim królestwo malarzy - Maneta, Pissarra, Degasa, Moneta, Renoira i innych. Ten ciąg skojarzeń rozgałęzia się na wszystkie strony tworząc olbrzymie drzewo nieśmiertelnych idei, tworów i ludzi. 
 
Są powieści, których autorzy mieli dar ożywiania słowami tego wyjątkowego czasu i jedynego w swoim rodzaju miasta. Zawierają one bezcenne opisy melanżu kontrastów - geniuszu przeplatanego zbrodnią, piękna egzystującego obok ohydy. Takie książki są najbliższe mojemu czytelniczemu sercu, tak jak malarstwo impresjonistów jest najbliższe mojej duszy. "Nagi przyszedłem" Davida Weissa, "Bezmiar sławy" i "Pasja życia" Irvinga Stone'a, "Clair de Lune" Pierre'a La Mure'a - moje prywatne arcydzieła. Obok nich leżą te tytuły, których styl odbiega nieraz od poziomu wyżej wymienionych, lecz pasja, z jaką powstały, dążenie autorów do ukazania stolicy Francji i jej mieszkańców w jak najdrobniejszych szczegółach, pozwalają mi na czytanie ich z niezmiennym zachwytem. Należą do nich między innymi "Claude i Camille" Stephanie Cowell czy "Tancerka Degasa" Kathryn Wagner.


Edgar Degas, In the dance studio, ok. 1897

"Malowane dziewczęta Degasa" stanowczo domagają się postawienia na specjalnej półce. Stoją na niej książki, będące podstawowym pokarmem dla moich wyobrażeń o mieście, w którym żyli i tworzyli najwięksi artyści. Styl tej powieści nie pozwoli zaliczyć jej do klasyki, nie ma wyszukanej formy ani nie operuje wybitnym językiem. Jednak ma w sobie to coś, dzięki czemu biegnie się pędem do komputera, by napisać autorce wiadomość z podziękowaniem za wiele godzin szczęśliwego czytania. 
 
Książka Buchanan nie kryje sielankowego obrazu miasta, w którym piękno powstawało na każdym kroku. Skupia naszą uwagę na tym, co owemu pięknu bezustannie towarzyszyło, z czego wyrastały największe arcydzieła XIX-ego wieku. Autorka łapie nas za rękaw i prowadzi w brudne zaułki, do burdeli, knajp, za kulisy opery i do więziennych cel. Nie porywa się na to, by rywalizować z Emilem Zolą. Przyświeca jej jednak cel podobny temu, który stał się przyczyną powstania naturalizmu w literaturze. Jej opisy są o wiele łagodniejsze, a wymowa obrazów, które odmalowuje przed naszymi oczyma nie ma w sobie nawet połowy tej brutalności i brzydoty, które zapełniają, genialne skądinąd, powieści "W matni" czy "Germinal". Dzięki temu "Malowane dziewczęta Degasa" nie powinny wydać się współczesnemu czytelnikowi przesadzone, nie zniechęcą go do lektury. Nie będzie miał powodu, by narzekać na przesadnie wulgarny język czy zbyt realistyczne opisy, bo pisarka odnalazła złoty środek. 


Edgar Degas, Lekcja tańca, ok. 1879

Cathy Buchanan opowiedziała nam dwie historie. Obie prawdziwe, dramatyczne i niezwykle charakterystyczne dla Paryża lat 70-tych i 80-tych dziewiętnastego wieku. Być może nie miały one ze sobą nic wspólnego, niewykluczone, że ich bohaterowie nigdy się nie spotkali. Wyobraźnia pisarza nie zna jednak granic i potrafi spleść ze sobą to, czego połączyć nie potrafią historycy. 
 
Na szóstej wystawie impresjonistów, która odbyła się w 1881 roku, Edgar Degas zaprezentował, obok innych swoich dzieł, szkice ukazujące twarze młodzieńców skazanych za morderstwo oraz rzeźbę czternastoletniej tancerki. Krytycy podchwycili tę bliskość i zaczęli rozwodzić się nad determinizmem, wpływem wyglądu człowieka na jego charakter.

Od dłuższego już czasu dyskutowano na ten temat na łamach prasy i na sympozjach naukowych. Antropolodzy i kryminolodzy zgodnie twierdzili, że niektóre elementy kształtu czaszki człowieka prehistorycznego bardzo często występowały u współczesnych przestępców. Uważano, że wygląd może świadczyć o skłonnościach człowieka do bycia dobrym lub złym, a niskie czoło, wystające kości policzkowe i wysunięta do przodu broda z marszu czynią ich właściciela potencjalnym zbrodniarzem.


Edgar Degas, Mała czternastoletnia tancerka, ok. 1880

Recenzenci wystawy właśnie te cechy wypatrzyli zarówno u Emile'a Abadie, mordercy kilku kobiet, jak i u nastoletniej dziewczynki, która usiłuje zostać tancerką. Mieszkańcy Paryża doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak toczą się losy dziewcząt takich jak ta, którą sportretował artysta. Wykorzystywane przez bogatych dandysów, po jakimś czasie zostawały prostytutkami. Rzeźba Degasa była niczym rzucenie w twarz wyrafinowanym wielbicielom sztuki prawdy o balecie. Przykry dla wielu realizm - dziewczynka z marginesu społecznego, nieproporcjonalna, według wielu po prostu brzydka - wywołał niespotykane dotąd reakcje publiczności. Uderz w stół, a nożyce się odezwą - czyżby oburzenie spowodowane wyrzutami sumienia?
 
Buchanan połączyła ze sobą dwie historie - oskarżonych o morderstwo młodych ludzi oraz dziewczynki, która pozowała Degasowi. Wplotła je w niezwykły i przekonujący obraz, na którym Abadie, jego kochanka Antoinette, mała baletnica Marie i szereg innych bohaterów książki to tylko małe figurki na tle panoramy ówczesnego Paryża. 


Edgar Degas, Fizjonomie kryminalistów, 1881 (po lewej - Emile Abadie)

Marie van Goethem była córką belgijskich imigrantów, którzy zasilili szeregi ogromnej społeczności paryskiej biedoty. Jej historia do pewnego momentu nie odbiega od życiorysów dziesiątek dziewcząt zamieszkujących stolicę Francji. Zmarły ojciec, matka wydająca większość z trudem zarobionych pieniędzy na alkohol i trzy siostry - Antoinette, Marie oraz Charlotte. Wszystkie dziewczęta próbowały zostać baletnicami - w tamtych czasach jedynie ten zawód gwarantował stałe zarobki i bogatych protektorów, dawał szansę na ucieczkę od nędzy, powolnego umierania nad balią z praniem lub wystawania pod latarniami. Antoinette szybko straciła swoją szansę i musiała szukać zarobków gdzie indziej, jednak dwie młodsze siostry van Goethem zostały przyjęte do szkoły tańca przy Operze Paryskiej. 
 
Uczennice klasy baletowej czy tancerki wcale nie miały lżejszego życia niż praczki, kucharki, krawcowe. Ich walka o miejsce na scenie wyglądała dokładnie tak, jak przedstawił to Darren Aronofsky, reżyser filmu "Czarny łabędź" i jak opisała to autorka książki "Tancerka Degasa", Kathryn Wagner. Przepiękne i zwiewne baleriny, które na deskach teatralnych wyglądały niczym anioły, z bliska stanowiły zbieraninę mieszkanek najbiedniejszych ulic Paryża. Każda matka robiła wszystko, by umieścić swoje córki w klasach baletowych, żadna nie miała nic przeciwko temu, gdy ich latorośle stawały się utrzymankami najróżniejszych "sponsorów". Gwarantowało to całej rodzinie dach nad głową i jedzenie.


Marie na obrazie Dancer at the barre, 1880

Marie i jej siostra Charlotte bardzo wcześnie zaczęły zarabiać jako tancerki. Przyzwyczaiły się do obecności niepozornego malarza, który asystował zajęciom w szkole i ich próbom na scenie opery. Edgar Degas obserwował i szkicował, a potem tworzył nieśmiertelne obrazy przedstawiające sceniczne anioły takimi, jakimi były naprawdę. Na jego płótnach tancerki są brzydkie, rozczochrane, ziewające i drapiące się po plecach, zmęczone, skrzywione, niechlujne. Tak wyglądały za kulisami, na próbach, na lekcjach.


Edgar Degas, Danseuse près d'un portrait, 1888

Marie przez trzy lata była jego modelką, dziewczyną, którą wyróżnił spośród innych, którą wybrał jako pierwowzór swojej rzeźby. Znamy kilka szkiców, które z całą pewnością przedstawiają właśnie ją. A przede wszystkim znamy "Czternastoletnią tancerkę".


Edgar Degas, szkic do rzeźby

Cathy Buchanan zastanowiło to, w jaki sposób na tak młodą kobietę mogły wpłynąć spływające z prasy opinie dotyczące rzeźby. Wiemy, że Marie potrafiła czytać, bo Degas uwiecznił ją z gazetą w dłoniach. Jak czuła się ta szczupła, wątła dziewczyna, gdy czytała, że "z ordynarnie zadartym nosem, wysuniętymi do przodu ustami, małymi przymkniętymi oczyma to dziecko jest po prostu brzydkie"? O czym myślała, gdy w obliczu głośnych dyskusji na temat determinizmu, w opiniach o rzeźbie przeważały takie, które mówiły, iż "nikczemna buzia tej młodej, ledwie dojrzałej dziewczyny, tego małego kwiatka z rynsztoka, piętnuje jej twarz obmierzłą obietnicą każdej przywary"? Czy była zadowolona z tego, że jej figura znalazła się na wystawie obok portretów ludzi, których okrzyknięto nikczemnymi z natury, obok fizjonomii morderców o "twarzach małp"?


Marie na obrazie Odpoczynek tancerki, ok. 1880

"Malowane dziewczęta Degasa" nie są powieścią o malarzu, o jego dziełach i życiu. To gawęda o Marie van Goethem, tancerce i modelce, która w pewnym momencie znika z kart historii. To opowieść o Antoinette, siostrze Marie, o której wiadomo tylko, że szybko zakończyła próby zostania baletnicą, a po jakimś czasie na kilka miesięcy wylądowała w więzieniu za kradzież. To także próba dopisania życiorysu człowiekowi, którego proces był rozrywką dla mas przez wiele miesięcy, który zamordował kilka osób i tym samym stał się sztandarowym przykładem dla zwolenników determinizmu. Obecność Emile'a Abadie w życiu sióstr van Goethem jest genialnym pomysłem napędzającym fabułę.


Oryginał rzeźby wykonany jest z wosku.
Degas wystawił ją tylko raz.
Na większości zdjęć, które znajdziecie,
widnieją brązowe odlewy - wykonano ich 28.

Autorka opowiedziała ich historie na przebogatym i wyrazistym tle. Głównym tematem powieści jest życie w slamsach Montmartre'u oraz sytuacja paryskich kobiet tkwiących pomiędzy burdelami a sceną opery. Całość została udoskonalona delikatnymi pociągnięciami pędzla Degasa, przewijającego się przez strony książki, zaznaczającego swoją obecność niczym duch. Wraz z bohaterami wędrujemy ulicami miasta o każdej porze dnia, zwiedzamy zaułki, szynki, nędzne mieszkania i eleganckie apartamenty. Patrzymy na ten świat oczyma malarza-impresjonisty, który obserwuje, słucha, a potem swoje wrażenia oddaje na płótnie. 
 
Degas wyraźnie zauważał toporność niektórych twarzy. Eksponował ją na szkicach i obrazach. Jego arcydzieło, choć na pierwszy rzut oka przedstawia dziewczynkę eteryczną i piękną, z bliska akcentuje buzię zuchwałą i bezczelną, o zadartym nosie i krzywych zębach wypychających wargi. Jaka była Marie, baletnica, którą unieśmiertelnił artysta? Jakie myśli kryły się za równo obciętą grzywką?

Buchanan snuje opowieść o tęsknocie za miłością, czułością i podziwem w świecie, w którym ciężko było odnaleźć te uczucia pomiędzy brzydotą i brutalnością, w którym z góry określało cię to, jak wyglądasz i skąd pochodzisz.

 
Zapraszam na http://zielonowglowie.blogspot.com/
 
Tytuł: Malowane dziewczęta Degasa
Tytuł oryginalny: The painted girls
Autor: Cathy Marie Buchanan
Wydawnictwo: Imprint - Dom Wydawniczy PWN
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788377056981
Ilość stron: 320
Oprawa: Miękka

 

Kojoty, owszem, ale w pakiecie ze strusiem pędziwiatrem, czyli o tym, dlaczego nikt mnie nie namówi do zamieszkania na prerii

 
      Robicie już plany wakacyjne? Są dobrym sposobem na to, by jakoś przetrwać zimę, więc rozmyślam o nich nieustannie od dwóch miesięcy. Nie wiem, czy ktoś z Was udaje się w najbliższym czasie do Arizony, ale po przeczytaniu "Wyspy na prerii" Wojciecha Cejrowskiego raczej bym takiej wyprawy nikomu nie polecała. Ja się tam nie wybieram, moje projekty zakładają bliższe i bardziej... higieniczne okolice, ale kto wie - może niejednemu z moich Czytelników marzą się stepy, po których hula wyjący potępieńczo wiatr?

      Jeżeli jakimś dziwnym trafem ktoś z Was odziedziczył (kupił, dostał, wygrał w karty - niepotrzebne skreślić) domek na takiej właśnie prerii i nie wie, co zrobić, żeby w ciągu tygodnia nie zostać:
a) zjedzonym przez kojota lub inne niebezpieczne gadziny,
b) wywianym przez preriową zawieruchę,
c) zastrzelonym przez sąsiada,
d) zasypanym żywcem przez wszędobylski proch,
e) skazanym na wielotygodniową kwarantannę przez przestraszonego skunksa,
to nabycie i wielokrotne przeczytanie wyżej wymienionej książki będzie dla szczęśliwca kwestią życia i śmierci!

      Jednak podobne cuda zdarzają się wyjątkowo rzadko i nawet przez moje różowe okulary, których z nosa nie ściągam, nie widzę w pobliżu potencjalnego właściciela arizońskiego rancza (jeśli jest tu ktoś, kto może mi udowodnić, że się mylę, to łapa do góry!). Nikt więc zapewne nie będzie musiał traktować "Wyspy na prerii" jako poradnika lub przewodnika. I dobrze, bo nie jest ona ani jednym, ani drugim. Najpewniej będę się czuła określając ją jako wspomnienia.


      Początkowo miałam wrażenie, że nie ma sensu po raz kolejny powtarzać, jak rewelacyjnym stylem operuje Cejrowski. Doszłam jednak do wniosku (choć wydaje się to z lekka nieprawdopodobne), że zapewne nie każdy czytał jego wcześniejsze książki, a nawet nie każdy musiał widzieć któryś z jego programów podróżniczych. Dla porządku wypada więc zapewnić Szanownych Czytelników, że lektura "Wyspy na prerii" będzie dla nich niezapomnianą przygodą - bo nie da się szybko zapomnieć o tym, jak bardzo boli brzuch, gdy człowiek śmieje się przez kilka godzin bez przerwy.

      Wojciech Cejrowski jest jednym z najlepszych gawędziarzy jakich znam. Ale musi mu się chcieć. Na szczęście podczas pisania tej pozycji zdecydowanie chciało mu się opowiadać o Arizonie. Zrobił to w taki sposób, że lepiej nie zabierać się za czytanie tej książki wieczorem - oderwie Was od niej dźwięk budzika, który myśląc, iż smacznie śpicie, będzie Was radośnie budził rano do pracy.

      Mamy zmianę w stosunku do poprzednich książek - do tej pory Cejrowski się poruszał. Jeździł, wędrował, pływał, może nawet skakał, może się wspinał - nie pomnę. Tym razem Cejrowski siedzi. Na niebieskim krześle. Od czasu do czasu z krzesła wstaje i rzuca nim do "ogrodu" (cudzysłów dlatego, bo to preria - wyobrażacie sobie ogród na prerii?), a potem to krzesło przynosi i znowu na nim siada. Czasami jedzie do miasteczka, żeby zasięgnąć porady kogoś (najczęściej właściciela knajpy) w sprawie kojotów/kotów/ptaków/prania/wiatru/deszczu/itp. I tyle wszystkiego. Pomimo tego pozornego braku czegokolwiek, o czym warto pisać i czytać, "Wyspa..." jest jedną z lepszych książek jakie przeczytałam przez ostatni rok!



      Autor dostał + kupił + wygrał ranczo w Arizonie (to bardzo skomplikowane, nie każcie mi tego tu wyjaśniać, bo nie skończę przez tydzień). Ranczo wegetowało sobie niezamieszkane do czasu, gdy jego właściciel postanowił się na nim osiedlić. Jednak zamieszkanie na prerii nie jest wcale takie proste. Osobiście zwiałabym stamtąd (a raczej zostałabym zwiana przez stepowy wiatr) po dwóch, trzech dniach. Cejrowskiemu na szczęście nie przeszkadza wszechobecny proch (z naciskiem na wyraz "wszechobecny"!), sprzątanie domu za pomocą powietrza (przytwierdzasz na stałe wszystko, co się rusza, otwierasz przednie drzwi, otwierasz tylne drzwi i...ziuuu!), sławojka bez tylnej ściany, społeczność składająca się z pełnokrwistych dziwaków (osobiście określanie ich "dziwakami" uważam za zbędną delikatność), błyszczące w ciemności oczy wpatrujące się w ofiarę (czyli w ciebie, człowieku, któremu zamarzyło się mieszkać na amerykańskiej prowincji), plujący na lewo, na prawo i na własne dłonie autochtoni, skunksy, listonosz (o tak, listonosza muszę tutaj wymienić, uwierzcie mi na słowo) - właściwie nic mu nie przeszkadza.

      Jedyną rzeczą, która mnie przekonałaby do tego, żeby zostać tam choć minutę dłużej, byłyby zakupy w Walmarcie (i Was też, uwierzcie mi!). Życie na prerii to jakiś koszmar. To jakby przenieść się prosto w realia z westernu, którego akcja toczy się w XIX wieku, z pominięciem sympatycznego uśmiechu Johna Wayne'a, czerwonych i żółtych apaszek na szyjach kowbojów (na prerii nie ma kolorów, wszystko ma barwę prochu) oraz odzianych w jasne, falbaniaste sukienki osadniczek (hahahaha!). A Cejrowskiego nic nie zniechęca, jeździ tam sobie i odpoczywa od świata.

      Jak napisałam wyżej, w "Wyspie na prerii" właściwie nic się nie dzieje. Czytamy o tym, jak zostać zaakceptowanym przez preriowców z dziada pradziada, jak zwabić kojota, jak robić pranie, jak odbierać pocztę, jak uprawiać ogródek... Jak przeżyć po prostu. I choć wcale nie nabieramy chęci, żeby do autora dołączyć (cóż, na pewno spora część z Was się ze mną nie zgodzi, ale musicie mi wybaczyć - jestem kobietą, która lubi, gdy wyprane ubrania są czyste, a przed domem nie pałętają się skunksy), to jednak szczerze mu kibicujemy i chcemy czytać więcej i więcej. Bo dzięki tej książce nie tylko dowiemy się bardzo wiele o życiu ludzi, którzy w Arizonie mieszkają, nie tylko o ich zwyczajach, dziwactwach i sposobach na przetrwanie. Dodatkowo i zupełnie niepostrzeżenie zaczynamy mieć wiedzę o funkcjonowaniu sporej części amerykańskiego społeczeństwa.



      Najnowsza książka Wojciecha Cejrowskiego nie jest spójną opowieścią, to raczej luźno ze sobą powiązane impresje. Zebrane w całość tworzą barwny, intrygujący, arcyciekawy, a przy tym przezabawny obraz. Znajdzie się w nim parę zgrzytów - jednym z nich jest historia ojca autora, która jest tak mglista, niejasna i enigmatyczna, że jej brak zrobiłby tylko tej opowieści na dobre. Machnęłam jednak na to ręką, bo jestem pewna, że po "Wyspę na prerii" sięgnę jeszcze wiele razy - choćby po to, żeby poprawić sobie humor zważony przez zimową aurę.

     Pisałam o pięknym wydaniu? Nie pisałam? Wydawnictwu Zysk i S-ka należą się niemałe gratulacje. Książka jest po prostu cudna! Począwszy od okładki, skończywszy na kolorze papieru - wszystko jest idealnie dopasowane i samo w sobie zachęcające do posiadania takiej perełki wydawniczej. Oby takich pozycji pojawiało się w księgarniach jak najwięcej - czego sobie i Wam życzę! :)

Tytuł: Wyspa na prerii
Autor: Wojciech Cejrowski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 296 s.
Oprawa: twarda 
Wymiar: 142x204 mm
ISBN: 978-83-7785-525-6 

Sprytne syreny i morderstwo w cieniu Wezuwiusza

 
"Konstancja Radolińska, młoda Polka podróżująca po Europie, płynie do Neapolu na spotkanie ze swym "prawie" narzeczonym, Janem Morawskim, bohaterem "Zbrodni w błękicie" oraz "Abla i Kaina". Jednak mężczyzna w ostatniej chwili zmienia plany i rozżalona dziewczyna zaczyna podejrzewać, że Janowi na niej nie zależy. Przypadkowo Konstancja wpada na trop spisku anarchistycznego, którego pierwszym aktem był udany zamach na króla Włoch. Bez wahania postanawia rozwikłać  zagadkę i ostatecznie podbić serce ukochanego. Trafia do luksusowego hotelu w Sorrento, w sam środek międzynarodowego zgromadzenia arystokratów i awanturników, ale to, co miało być wakacyjną rozrywką, zmienia się wkrótce w tragedię - dochodzi do morderstwa."
 
      Nie trzeba wnikliwie studiować "Odysei", żeby wiedzieć, kim były syreny. W sumie wystarczy obejrzeć czwartą część "Piratów z Karaibów" lub "Epokę Lodowcową 4" ("Mała Syrenka" to inna para kaloszy, bo "siren" jest czymś zupełnie różnym od "mermaid", którą po naszemu nazwałabym raczej "rusałką"). Te wredne potworki przybierały rozmaite postaci, ale zawsze miały w sobie coś z pięknych niewiast. Wabiły śpiewem marynarzy, nieopatrznie zapuszczających się na niebezpieczne wody - z chłopaków zostawały po tym już tylko kosteczki... Na całego psuły nam, kobietom, reputację, bo jakby nie było, to chyba one są pierwszym uosobieniem femme fatales ;) 
 
      Pojawiały się w różnych rejonach antycznego świata, między innymi na wodach Zatoki Neapolitańskiej, gdzie potrafiły tak sprytnie pokierować własną legendą, że na ich cześć nadano imię całemu miastu - Surrentum, czyli Sorrento. Na dźwięk tej nazwy odruchowo zamykam oczy i wsłuchując się w szum szmaragdowych fal zaczynam oddychać powietrzem przesyconym wonią gajów cytrynowych. To jedno z tych magicznych miejsc, do których zaglądam w wyobraźni za każdym razem, gdy o moje szyby deszcz jesienny dzwoni...
 
Giuseppe Carelli, Sorrento
 
      Tarquato Tasso, najwybitniejszy poeta włoskiego renesansu (jeśli lubicie poezję tego okresu, a jeszcze nie znacie "Jerozolimy wyzwolonej", to myślę, że powinniście zajrzeć do tego poematu - miejscami się dłuży, jak wszystkie wielkie eposy, ale pełno w nim naprawdę pięknych fragmentów), który w Sorrento przyszedł na świat, pisał w liście do swojej siostry, że jedyną rzeczą, która byłaby w stanie wyleczyć go z fizycznych i psychicznych niemocy jest niebo rozciągające się nad miejscem jego urodzenia, jeden rzut okiem na tamtejsze widoki i ogrody, mały łyk sorrenckiego wina lub wody... Intuicyjnie się z nim zgadzam - jestem w stanie wyobrazić sobie, że w takim miejscu wszystkie choroby i depresje uciekają gdzie pieprz rośnie.
 
      Dickens też był zachwycony: "Winnice, drzewa oliwne, ogrody pełne drzew cytrynowych i pomarańczowych, sady, wysokie skały, wzgórza poprzecinane zielonymi wąwozami. Ponad pokrytymi śniegiem szczytami, przez małe miasteczka, w których u każdych drzwi stoi cudowna, ciemnowłosa kobieta, obok pysznych letnich willi, docieramy do Sorrento, gdzie poeta Tasso czerpał inspirację z otaczającego go piękna." [Charles Dickens, Pictures from Italy, Chapter XI]
 
      Studiując na potrzeby tego tekstu kulturalną historię miasta odkryłam, że właśnie w Sorrento doszło do teatralnego zerwania wielkiej przyjaźni pomiędzy Nietzschem i Wagnerem. Filozof podziwiał muzyka, darzył go uznaniem i uczuciem - do czasu. Po kilku latach odkrył, że jego Ideał jest zapatrzonym w siebie skrajnym egoistą, uważającym się za najwyższe bóstwo na muzycznym Olimpie - a tego Nietzsche, wielki altruista, zrozumieć nie mógł. Oliwy do ognia dolała, coraz mocniej przez kompozytora akcentowana wiara w ponadprzeciętność narodu niemieckiego. Paradoksalnie - pisarz, którego dzieła inspirowały Hitlera, manifestował swoją niechęć do Niemców i do ich kultury. Do tego stopnia, że uważał się za Polaka i swoją polskość chętnie podkreślał, co z jego strony było tylko i wyłącznie przekorą, gdyż w rzeczywistości polskich przodków nie posiadał. 
 
      Jeden z pięknych, jesiennych wieczorów 1876 roku, które Malwida von Meysenbug spędzała w swojej sorrenckiej willi, natchnęło tę słynną działaczkę społeczną do wystosowania pewnego zaproszenia. Stało się ono przyczyną zdarzenia, które na wieki przeszło do historii. Wagner, zamiast spokojnie oddychać morskim powietrzem, postanowił się trochę z przyjacielem podroczyć. Jednak ów przyjaciel był już na skraju wytrzymałości, załamany bufonadą odstawianą przez kompozytora na każdym kroku. Nietzsche wygarnął Wagnerowi egocentryzm i "szwabskość", wstał i wyszedł - nie trzaskając drzwiami tylko dlatego, że znajdowali się na otwartej werandzie.
 
 
 
      Tym "drobnym" wstępem chciałam przybliżyć Wam miejsce, w którym toczy się większa część akcji najnowszej książki Katarzyny Kwiatkowskiej. Autorka niektórym z Was jest dobrze znana - jeśli nie z dwóch sympatycznych kryminałów ("Zbrodnia w błękicie" oraz "Abel i Kain"), to na pewno ze świetnych tłumaczeń prozy Elizabeth Gaskell ("Żony i córki","Cranford" oraz "Północ i południe"). Pod koniec zeszłego roku wróciła na półki księgarskie nie tylko dzięki przepięknie wydanej przez Świat Książki serii "Angielski ogród", w której znalazły się wznowienia dwóch największych powieści Gaskell, ale przede wszystkim kolejną kryminalną perełką.
 
         I już wiecie, że mi się podobało! :) 
 
      Akcja "Zobaczyć Sorrento i umrzeć" toczy się nie tylko w cytrusowym kurorcie, ale także w Neapolu, w Pompejach i na Capri, autorka miała więc okazję, by przybliżyć polskiemu czytelnikowi te urokliwe okolice. I udało się jej to rewelacyjnie. Jak sama mówi - drugim bohaterem książki, obok Konstancji Radolińskiej, młodej dziewczyny towarzyszącej w europejskich wojażach swojej angielskiej ciotce, są Włochy. 
 
     Historia dzieje się w 1900 roku, teoretycznie nie jest to więc rzeczywistość nam współczesna, mam jednak nieodparte wrażenie, że w pewnych częściach Italii niewiele się od tamtego czasu zmieniło. Jestem właśnie w trakcie lektury "Dam Złotego Wieku", książki, której autor, Kamil Janicki, wędrował po Neapolu śladami Bony Sforzy. Jego opisy turystycznego raju leżącego u stóp Wezuwiusza nie odbiegają bardzo od tego, co na niektórych ulicach włoskich miast widziała bohaterka powieści Katarzyny Kwiatkowskiej. 
 
      A dodać trzeba, że autorka dotarła do wspaniałych źródeł opisujących Sorrento i Neapol sprzed ponad stu lat - do przewodników, ale przede wszystkim do listów i wspomnień ówczesnych turystów. Mając tak świetny punkt wyjścia stworzyła plastyczny, barwny i niezwykle realny świat przedstawiony, dzięki któremu zanurzyła mnie w kolorystyce, smakach, zapachach i widokach Włoch. Czułam się tak, jakbym odbywała wycieczkę na południe Europy i wcale bym nie narzekała, gdyby opisów i wrażeń Konstancji było jeszcze więcej.
 
    "Zobaczyć Sorrento..." czyta się znakomicie. Jeśli w Waszym życiu był okres, w którym pochłanialiście książki Agathy Christie z częstotliwością jedna powieść/jeden dzień, to wraz z tą lekturą przypomną się Wam cudowne chwile spędzone z bohaterami wykreowanymi przez królową kryminału. Katarzyna Kwiatkowska czerpie z najlepszych wzorców. Zawiązanie intrygi, bohaterowie, tropienie złoczyńcy, a nawet rozwiązanie zagadki - wszystko z lekka nawiązuje do tego, czym raczyła nas Christie. Nie jest to w żadnym wypadku puste naśladownictwo. Autorka idzie o wiele dalej - tworzy głębokie, dopracowane tło historyczno-społeczne, rozbudowane charaktery oraz zaplątane, wielowarstwowe spiski i prowokacje. 
 
       Drobne zastrzeżenia można mieć jedynie do postaci, bo choć dobrze opisane i wnikliwie skonstruowane, choć budziły we mnie uczucia od sympatii do uwielbienia, od niechęci po wstręt, to jednak żadna z nich nie jest jakoś szczególnie oryginalna, wszystkie wpisują się w tradycję powieści kryminalnych i obyczajowych, których akcja toczy się w drugiej połowie XIX i na początku XX wieku. Każdą z nich już gdzieś kiedyś spotkałam, choć zapewne inaczej się nazywającą, mającą inne pochodzenie, a nawet płeć. Nie umniejsza to wcale wartości tej książki, bo moim skromnym zdaniem, wprowadza sympatyczną atmosferę familiarności - jakbyśmy nagle znaleźli się w znanym i lubianym towarzystwie. 
 
      Przy tym jest to towarzystwo niesamowicie barwne. Na łono włoskich kurortów, zabytków i ruin rzucał się wówczas kto żyw (i kogo było stać na prowadzenie próżniaczego trybu życia polegającego na wałęsaniu się po modnych miejscach), dlatego spotykamy tutaj nie tylko Polaków, Anglików i Amerykanów, ale także Rosjan, Francuzów, Austriaków, Niemców, a nawet jednego czy dwóch Serbów. Ta mieszanka wybuchowa, znakomicie doprawiona włoskimi smakowitościami (takimi jak niemający najmniejszego zamiaru zniżać się do poziomu człowieka pracującego zubożały arystokrata czy też urocza, nieustannie zaaferowana i płacząca pokojówka), sprawdza się świetnie i wprowadza bardzo pasujący do otoczenia chaos.
 
 
Pompeje u stóp Wezuwiusza
 
      Akcja powieści przypominała mi trochę torcik pełen warstw (Shrek powiedziałby, że cebulę, ale ja nie jestem ogrem, więc zamieniam jego toporną metaforę na bardziej wyrafinowaną). Poza głównym wątkiem, czyli poszukiwaniem mordercy (lub morderców) kolejnych ofiar, mamy tutaj przede wszystkim spojrzenie na historię - na zmiany zachodzące w tamtych latach na najwyższych szczeblach włoskich władz i na międzynarodowe spiski, które opanowały ówczesną Europę, co rusz doprowadzając do zamachu na jakąś osobistość polityczną. Nie można zapomnieć o tym, że dużą rolę odgrywa tu kradzież dzieł sztuki i wędrowanie tropami ich złodzieja. I to wszystko na wyrazistym i złożonym tle, jakie stanowią opisy włoskich krajobrazów, zwyczajów, potraw oraz charakteru mieszkańców tych malowniczych okolic. 
 
      Mnogość postaci oraz wielowątkowość akcji pozwoliła autorce oryginalnie zaplątywać i rozplątywać węzły intrygi oraz mistrzowsko rzucać podejrzenia na kolejnych bohaterów po to tylko, by za chwilę równie umiejętnie uwalniać ich z sideł detektywa-amatora, którym samozwańczo mianowała się Konstancja. Nieoczekiwane zwroty, podchwytliwe kierowanie naszej uwagi w odpowiednie miejsca, mylenie tropów i gmatwanie wszystkiego wyszło autorce wyjątkowo zgrabnie. Samo zakończenie, w pewnym sensie zaskakujące, niezwykle mnie usatysfakcjonowało. Jeśli kogoś z Was interesuje rozwinięcie przeze mnie myśli z poprzedniego zdania, to bardzo proszę najpierw przeczytać książkę, bo tylko tym, którzy poznają rozwiązanie zagadki, mogę udzielić dalszych wyjaśnień :)
 
      "Zobaczyć Sorrento i umrzeć" ma maleńką wadę w postaci bardzo drobnego druku. Niemal 350 stron z pewnością zmieniłoby się w ponad 700, gdyby użyto takiej czcionki jaką standardowo widujemy w powieściach. Nie dla każdego będzie to wada, pamiętać jednak trzeba, że książkę czyta się dłużej niż inne pozycje o tej objętości. Osobiście wolę czytać grubaśne cegły niż cienkie powiastki, więc bardziej odpowiadałaby mi wersja z większą ilością stron, ale ta drobna niedogodność w niczym nie umniejsza wartości tej urokliwej pozycji - wspominam o tym tylko dla porządku.
 
      Kończąc kolejną tasiemcową recenzję i dziękując każdemu, kto bohatersko dotrwał do końca, postaram się podsumować całość jednym zdaniem. Jeśli kochacie kryminały retro i sympatycznych bohaterów wyjętych prosto z epoki, ciekawe i pogmatwane intrygi z historią i sztuką w tle, jeśli kochacie podróże i ciągnie Was do Włoch - to "Zobaczyć Sorrento i umrzeć" jest książką dla Was (uff, udała mi się jednozdaniowa konkluzja - niebywałe!). :)
 

Rok wydania: 2014
Ilość stron: 348 s.
Oprawa: miękka 
ISBN: 9788394078607 

O spacerze po historii, o klątwach, hałasie pod wodą i o kobietach oczywiście - Zbigniew Zborowski w ogniu moich pytań ;)

Nie minęło wiele czasu od chwili, w której podzieliłam się z Wami moją pełną entuzjazmu opinią o książce "Trzy odbicia w lustrze" (znacie moje dobre serce i wiecie, że nie jestem w stanie długo trzymać dla siebie wiedzy o tym, jak rewelacyjną rzecz właśnie skończyłam czytać). Jest to powieść warta tego, by poświęcić jej czas, by ją zgłębić i przeżyć. Jestem przekonana, że ci z Was, którzy już ją czytali, sięgną po nią jeszcze nie raz - ta saga ciągnie do siebie jak magnes. 
 
      Dzisiaj przedstawiam Wam jej Autora, który opowiadał mi o historii, o procesie twórczym oraz o tym, co jeszcze, poza pisaniem, robi w życiu. Jednak głównym tematem naszej rozmowy były... kobiety. :) Gawędziarz z niego zawołany, godzinami może rozprawiać o tym, co kocha i co go pasjonuje. Za chwilę poznacie pisarza, którego książki zbierają same pozytywne opinie, reportera, nurka, mężczyznę, któremu nie sposób się oprzeć, gdy mówi o swoim stosunku do kobiet. 
 
      Proszę Państwa - Zbigniew Zborowski!
 
Autor z bluszczem.
Autorowi zdjęcie zrobiła Iza Zborowska.
 
Ania Urbańska: „Trzy odbicia w lustrze” to wędrówka przez najnowszą polską historię – począwszy od wybuchu II wojny światowej, skończywszy na realiach otaczających nas dzisiaj. Dlaczego zdecydował się Pan na sagę, przekrój życia trzech pokoleń, zamiast skupić się na jednej bohaterce i jednym czasie historycznym?
 
Zbigniew Zborowski: Nie mogłem oprzeć się pokusie przespacerowania się po ostatnich 75 latach naszej historii, która w tym czasie zatoczyła ogromne koło. W 1939 roku Polska wychodziła na prostą, bogaciła się, rozwijała. A ludzie wraz z nią. Wielu myślało, że to co najgorsze – chaos po odzyskaniu niepodległości, światowy kryzys, problemy gospodarcze i polityczne – nareszcie jest już za nimi. A chmury zbierające się przy naszych granicach same się jakoś rozproszą…
 
A.U.: Nie można nie zauważyć, że współczesny Polak bardzo podobnie postrzega otaczający go świat…
 
Z.Z.: Nie twierdzę, że czeka nas powtórka z tamtych czasów. Oby nie! Ale analogia jest, nie da się jej nie zauważyć. Pomyślałem więc, że fajnie byłoby opisać, jak emocje, nadzieje i marzenia zwykłej dziewczyny, która po prostu chce żyć normalnie, zderzają się z tym szaleństwem, które zaczęło się 1 września 1939 roku. I jak ta dziewczyna twardnieje, zmienia się, próbuje sobie radzić w tych zwichrowanych czasach. Tak powstał pomysł na bohaterkę od której zaczyna się saga – Zosię. 
 
A potem, za sprawą jej córki i wnuczki, historia - nie tylko Polski, ale i ta, którą w ruch nieświadomie wprawiła Zosia - zatacza pełny cykl. Pewne zdarzenia i sytuacje, od których wszystko się kiedyś zaczęło, powtarzają się. Jak sobie z nimi poradzi trzecie pokolenie kobiet w tej rodzinie? Czy dokona właściwych wyborów? Czy historia, nieważne – mała czy duża –zawsze musi się powtórzyć?
 
A.U.: Wynika z tego, że myślą przewodnią, którą kierował się Pan podczas pisania, była nie tylko chęć utrwalenia przeszłości, przekazania czytelnikowi wiedzy o tym, co działo się w jego kraju od chwili wybuchu II wojny światowej. 
 
Czy ważniejsze stało się dla Pana ukazanie, że z każdej sytuacji jest wyjście, że człowiek jest niezwykle silny i poradzi sobie w najbardziej ekstremalnych warunkach? A może było to przede wszystkim pragnienie ostrzeżenia nas, byśmy pamiętali o tym, iż nasze życie w każdej chwili może zostać wywrócone do góry nogami?
 
Z.Z.: Dokładnie tak! Tyle tylko, że ja nikogo nie chcę uczyć historii ani przed nią ostrzegać. Sam jestem przestraszony widząc, jak krótka jest droga od beztroskiego szczęścia do mrocznej tragedii i po prostu daję temu wyraz. No, ale przecież nie tylko o tym jest ta książka. Rzeczywiście, chciałbym żeby - mówiąc może nieco zbyt patetycznie - jej motywem przewodnim była afirmacja człowieczeństwa. Tego, że zwyczajna kobieta może powiedzieć "nie" otaczającemu ją złu i ciemnościom. Że da się obronić swój świat, a czasem i swoich bliskich, przed tak zwanym przeznaczeniem. Stanąć w pojedynkę na drodze rozpędzonej historii i przetrwać.
 
A.U.: Co wpłynęło na Pana decyzję o napisaniu książki, której bohaterkami są bardzo wyraziste postaci kobiece? Z premedytacją nie mówię „książki dla kobiet”, bo „Trzy odbicia w lustrze” są po brzegi wypełnione historią oraz przygodami dziejącymi się na świetnie skonstruowanym tle społeczno-obyczajowym. Wcale nie położyłabym tej powieści, jak niektórzy sugerują, na półkę z tzw. „literaturą kobiecą”, kojarzącą się raczej z opowieściami, w których motywem przewodnim jest życie uczuciowe bohaterek.
 
Tutaj owszem, uczuć pełno, ale według mnie, dużo ważniejszą rolę odgrywa drobiazgowe ukazanie wpływu, jaki mają na człowieka czasy, w których żyje. Dlaczego wybrał Pan właśnie kobiety?
 
Z.Z.: Kobiety są po prostu od mężczyzn ciekawsze. Fascynują mnie, podziwiam je i kocham. Są nie tylko od nas silniejsze - radzą sobie w sytuacjach, w których facet przykłada do skroni pistolet lub zwiesza głowę nad otwartą flaszką - ale też bardziej skomplikowane. Potrafią być równocześnie gorące i zimne, miękkie i twarde, słabe i piekielnie mocne. Motywy ich działania są głębsze, bardziej złożone. 
 
A.U.: Analizując kobiecą psychikę na potrzeby powieści, musiał Pan zastanawiać się właśnie nad tymi motywami, które wprawiają w ruch działania podejmowane przez kobiety. Do jakich wniosków Pan doszedł? Czy myśli Pan, że zawsze jest to przede wszystkim miłość – do dziecka, rodziców, przyjaciół, do mężczyzny? A może jest to uzależnione głównie od realiów życia, od tego, co nas otacza, od czasów, w których żyjemy?
 
Z.Z.: Miłość to potężna siła. Nie da się nią wprawdzie rozwalić czołgu, ale też czołg nie potrafi jej rozjechać. Ale zejdźmy z obłoków - za wiele naszych codziennych decyzji odpowiadają znacznie mniejsze emocje i siły. Czasem jest to zwykła przekora, niezgoda na to, by ktoś narzucał nam własny punkt widzenia. I tu też widać ogromną siłę i mądrość kobiet. Facet albo rzuca się do walki - wygrywa lub przegrywa - albo kapituluje i trwa w upokorzeniu. Kobieta widzi więcej dróg. Ma większy arsenał.
 
 
 
A.U.: Dzięki posłowiu do książki wiemy, że wiedzę o czasach wojny oraz o tym, co nastąpiło po niej, czerpał Pan z doświadczeń, z przeżyć osób najbliższych – dziadków, rodziców, a także ze wspomnień znajomych i przyjaciół. To się czuje – losy Zosi, jej córki, dzieje Apolci i innych postaci porażają autentycznością, brak w nich sztuczności. 
 
Czy wszystkie historie poznał Pan wcześniej, dogłębnie i wyczerpująco, czy też w trakcie pracy nad powieścią dopytywał Pan o szczegóły, drążąc temat pod kątem pisania?
 
Z.Z.: Wiele przygód Zosi, często tych zupełnie nieprawdopodobnych czy nawet groteskowych, zaczerpnąłem z listów, które w czasie wojny i zaraz po niej pisała do swojej siostry moja babcia oraz z pamiętników pozostawionych przez dziadka. Niektórych rzeczy nie dałoby się wymyślić! Jak choćby zgorzkniałego gestapowca śpiewającego polski hymn. Czy Powstańca-służbisty, domagającego się okazania dokumentów od ludzi, którzy z dzieckiem na ręku cudem umknęli z pożaru trawiącego ich dom, a potem spod ognia cekaemisty. 
 
Z kolei Annę, najmłodszą z klanu Czeplińskich, obdzieliłem kilkoma swoimi doświadczeniami. Sami bohaterowie "Trzech odbić w lustrze" są jednak fikcyjni. Wymyśliłem ich. Żadna z tych postaci nie jest odwzorowaniem kogoś, kogo znam. Owszem, bywają podobni do ludzi, których kiedyś spotkałem - a było ich wielu, bo przecież jako reporter wciąż kogoś ciekawego poznawałem – ale nikogo z nich nie "przepisałem" wprost :)
 
A.U.: Moje pytanie nie miało na celu sugerowania, iż Pańscy bohaterowie są żywcem wyjęci z rzeczywistości. Chodziło mi raczej o to, by ukazać, jak umiejętnie udało się Panu wpleść prawdziwe wydarzenia i ludzkie przeżycia w życiorysy fikcyjnych postaci. Sprawiło to, że całość doświadczeń, jakimi obdarzył Pan Zosię, jej córkę i wnuczkę, wydaje się być niezwykle spójna, że to, co wymyślone i co rzeczywiste, stapia się w nie mającą w sobie sztuczności całość. 
 
Czy często zdarzało się Panu, podczas rozmów z ludźmi spotykanymi na „reporterskim szlaku”, myśleć o tym, jak bardzo nieprawdopodobne były ich losy, jak ciężko byłoby pisarzowi wymyślić coś tak niewiarygodnego?
 
Z.Z.: Bardzo często. Uprawianie zawodu reportera uczy człowieka pokory. Ciągle spotykałem ludzi, którym los rzucił w twarz trudności, które mnie by załamały. A oni walczą, trwają na swoich pozycjach, bronią ostatnich skrawków własnego terytorium.
 
A.U.: Czy zdarzyło się kiedyś coś takiego, co Panem wstrząsnęło, co zostawiło na zawsze ślad w pamięci?
 
Z.Z.: Wiele lat temu, w Radomiu, odwiedziłem kobietę, która opiekowała się dwoma dorosłymi synami chorymi na stwardnienie rozsiane. To wyjątkowo wredna, nieuleczalna choroba, która rok po roku, a nawet miesiąc po miesiącu odbiera siły i zdolność panowania nad swoim organizmem. Tamta kobieta mieszkała na trzecim piętrze. Nikt jej nie pomagał. Na tyle, na ile mogła targała więc chłopaków do łazienki, z łóżka na krzesło i z powrotem. Na nic więcej nie miała już siły, poza tym wysiadał jej kręgosłup. Walczyła jednak. Nie biadoliła, nie uciekała, nie robiła ani sobie, ani synom, ani też Bogu wyrzutów. Ta jej siła przeniosła się na jej chłopców. Oni też byli mocni. Nigdy nie zapomnę, jak jeden z nich powiedział mi, że ze swojego łóżka widzi tylko niebo, czubek drzewa za oknem i dach sąsiedniej kamienicy. Nic więcej. A mimo to potrafił z pasją opowiadać o żyjących na tym skraweczku rzeczywistości ptakach. 
 
Zatkało mnie wtedy. Objechałem w życiu pół świata i ciągle miałem niedosyt. Wciąż grymasiłem, że tu mi się nie udało dotrzeć, tam skręcić, tamtego zobaczyć. A tu gadam z młodym facetem, który nie ma żadnych szans choćby na ujrzenie podwórka pod własnym oknem! I nie narzeka.
 
Tamto spotkanie wstrząsnęło mną do tego stopnia, że kilkanaście lat później, pisząc "Nowego drapieżnika", wykorzystałem tę rozmowę w jednym z kluczowych rozdziałów.
 
A.U.: Z mojego, kobiecego punktu widzenia, Zosia jest bohaterką wymyśloną perfekcyjnie. Jej charakter, reakcje, myśli – uwzględniając także jej stan psychiczny – zostały opisane tak, jakby była dziewczyną z krwi i kości, najzupełniej realną, jakby siedziała obok Pana i opowiadała o tym, co czuła i jak zachowywała się w danej sytuacji. Co pomogło Panu tak znakomicie uchwycić niuanse kobiecej psychiki? Nie da się ukryć, że kobiety na wiele sytuacji reagują inaczej niż mężczyźni. 
 
Właściwie wszystkie postaci kobiece wypełniające Pańską powieść, są pełne życia, jakby były żywcem przeniesione z rzeczywistości. Zmieniająca się pod wpływem doświadczeń Zosia, charakterna i sprytna Apolcia, zagubiona i słaba Wanda, waleczna Anna, nawet antypatyczna Gruba Sabcia – wszystkie wywołują u czytelnika silne emocje - współczucie, podziw lub niechęć. A przecież każda czytelniczka w mig wyczułaby fałsz w charakterach bohaterek. 
 
Cały ten przydługi wywód :) prowadzi do jednego pytania – co dało Panu odwagę, by skupić się na kreowaniu postaci kobiecych i co pomagało (lub może – kto pomagał) w tak znakomitym ich uchwyceniu?
 
Z.Z.: Dobrze, że mówi mi to Pani dopiero teraz! Gdybym przed rozpoczęciem pisania miał świadomość, na jak trudne zadanie się porywam, pewnie bym stchórzył ;) 
 
Ale tak na poważnie – nie wiem. Nie zastanawiałem się, czy dam radę wiarygodnie przedstawić kobiecą psychikę. Po prostu podjąłem taką próbę i bardzo się cieszę, jeśli mi się udało. Może stało się tak dlatego, że – jak już wspomniałem – uwielbiam kobiety? Znam mężczyzn, którzy się ich boją, są wobec nich nieufni albo nawet - ale tych gości trzymam od siebie z daleka – nimi gardzą. Ja nigdy nie miałem takiego problemu. Lubię kobiet słuchać, podziwiać je… no, po prostu, lubię towarzystwo pań.
 
A.U.: Zatem nie należy Pan do tych mężczyzn, których ja osobiście spotykam na każdym niemal zakręcie, a którzy w swoich relacjach z płcią przeciwną nieustannie używają tłumaczenia, iż motywów kierujących kobietą nie ma sensu zgłębiać, bo i tak się ich nie pojmie. Są, według nich, zbyt oddalone od tego, w jaki sposób oni patrzą na świat i podejmują decyzje. Teraz, po napisaniu „Trzech odbić w lustrze”, gdyby nawet zechciał Pan spróbować użyć takiego tłumaczenia, to i tak nikt by Panu nie uwierzył ;) 
 
W trakcie lektury zdarzało mi się wiele razy identyfikować z bohaterkami, podzielałam ich zdanie, czułam, że postąpiłabym tak samo jak one stając twarzą w twarz z podobnymi sytuacjami. Zdarzało się Panu prosić żonę o opinię – czy taka lub inna myśl przebiegająca przez głowę Zosi bądź Anny jest prawdopodobna?
 
Z.Z.: Żona czytała tę książkę na raty, w miarę jak powstawała i nie raz ani dwa wytykała mi różne błędy czy nieprawdopodobieństwa;) Bez niej, faktycznie, mogłoby mi się nie udać. Dziękuję Izo!
 
A.U.: W książce wielką rolę odgrywa motyw klątwy rzuconej na Zosię przez Grubą Sabcię. Wątek ten został przez Pana skonstruowany niemal na miarę Klątwy Tutanchamona ;) - właściwie do końca nie wiemy, czy przekleństwo istniało naprawdę, czy też Zosia je sobie wmówiła, opierając się na różnych wydarzeniach, które miały miejsce w jej życiu. Czy zamiar pozostawienia decyzji czytelnikowi tkwił w Panu od samego początku, czy pojawił się później, w trakcie wymyślania kolejnych cegiełek tworzących ten motyw?
 
Z.Z.: Od początku chciałem pozostawić tę decyzję Czytelnikowi! Bo czy klątwy rzeczywiście istnieją? A któż to wie? Jeśli nawet, to pojawia się następne pytanie - czy są dokładnie tym, czym sobie je wyobrażamy? Być może nie trzeba wcale magii, bo sama siła złych emocji, nieczystych intencji, złych myśli i życzeń ma wystarczającą moc, żeby wpłynąć na czyjeś losy? 
 
A.U.: Psychiatrzy udowodnili, że silna wiara w coś może sprawić niewiarygodne rzeczy – zarówno te pozytywne, jak i te szkodzące drugiemu człowiekowi. Na świecie nie brakuje ludzi takich jak Zosia, wierzących w potęgę czarnej magii, bo może być ona tworzona siłą umiejętnie wykorzystanego przeświadczenia o jej realności. Przykładem jest pewność niektórych, że karty Tarota rzeczywiście przepowiadają przyszłość lub w to, że praktyki voodoo czynią ludziom krzywdę.
 
Z.Z.: Tak mało jeszcze wiemy o działaniu naszych mózgów. Badania wciąż trwają. Niedawno czytałem, że naukowcom udało się stworzyć komputer sterowany myślą. A więc myśl nie jest tylko czymś zamkniętym w głowie. W określonych warunkach może z niej wyjść i pokierować maszyną…
 
Niezależnie jednak od odpowiedzi, jakiej sobie udzielimy, uważam że nie ma klątwy ani fatum, którego nie można przełamać. Kosztuje to czasem wiele wysiłku, wymaga odwagi i charakteru, a także czasu - może nawet rozciągniętego na trzy pokolenia - ale nic nie jest nam dane ani zabrane raz na zawsze. Bardzo wiele zależy od nas. Jeśli tego bardzo chcemy, możemy sięgnąć niemal po wszystko i niemal każdą przeszkodę pokonać.
 
A.U.: Podobno pomysł na powieść przyszedł Panu do głowy podczas nurkowania. Czy przygody Bartka, jednej z postaci „Trzech odbić w lustrze”, którego życie obraca się głównie wokół przebywania pod wodą oraz penetrowania dna mórz i oceanów, mają coś wspólnego z Pańskimi doświadczeniami? Udało się Panu odnaleźć jakiś skarb w głębinach?  
 
Był pan we wraku Goi – jakie to uczucie znaleźć się w ciszy i ciemności, sam na sam z tak tragiczną przeszłością?
 
Autor zaczynał przygodę z nurkowaniem m.in. w Tatrach.
Fot. Marcin Szabłowski
 
Z.Z.: Nurkowanie do głęboko położonych wraków niewiele ma wspólnego z ciszą i spokojem :) Pod wodą każdy oddech, to głośny syk, a potem bulgotanie bąbli. Potrącenie butlą kadłuba statku brzmi jak gong. Zatopione okręty oplątane są zerwanymi sieciami, żyłkami wędkarskimi, pokryte mułem, który wzbija się przy najdrobniejszym nawet poruszeniu. A same wraki są często w stanie mocno niestabilnym – w końcu właśnie dlatego są wrakami, że ktoś podziurawił je torpedami i posłał na dno. Dlatego niewiele jest w czasie nurkowania miejsca na kontemplację. 
 
A.U.: O czym myśli się wówczas przede wszystkim?
 
Z.Z.: Należy uważać, żeby się w coś nie zaplątać, nie stracić orientacji w ciemnościach, nie utknąć w częściowo zawalonym korytarzu. Trzeba też pilnować zużycia gazów oddechowych, by pozostało ich dosyć na wynurzenie i, o ile nie jest to nurkowanie solo, mieć oko na partnera. 
 
Na refleksję zazwyczaj przychodzi czas później. Po wynurzeniu przypominają się różne szczegóły – zetlałe papiery wciąż leżące na mostku kapitańskim, telegraf maszynowy nadal ustawiony w pozycji "cała naprzód", przedmioty osobiste rozrzucone na pokładzie. Ktoś tego dotykał, przełączał, do kogoś to należało. I co się z tym człowiekiem stało? Bardzo rzadko taka refleksja dopadała mnie w czasie nurkowania. 
 
Właściwie to przypominam sobie tylko jedną taką sytuację - właśnie we wnętrzu statku Goya, na którym w ciągu trzech minut zginęło 7 tysięcy ludzi. Wolałbym jednak nie mówić o tym, co zobaczyłem po wpłynięciu do jego ładowni, tam gdzie tłoczyli się uchodźcy. Nie jestem jeszcze na to gotowy.
 
 
Nurkowanie w starym kamieniołomie.
Fot. Marcin Szabłowski
 
A.U.: Czy myśli Pan o pisaniu kolejnych powieści? Jeśli tak, to czy będą bliższe „Nowemu drapieżnikowi” czy „Trzem odbiciom w lustrze”? A może będzie to zupełnie coś innego?
 
Z.Z.: Mam kilka pomysłów ;) W dodatku z różnych gatunków, nie tylko thriller lub saga. Ale nie wiem jeszcze czy coś z nimi zrobię. Na razie jestem bardzo ciekaw, czy Czytelnikom spodobają się "Trzy odbicia w lustrze".
 
A.U.: Myślę, że w chwili obecnej można już z czystym sumieniem powiedzieć, że podobają się bardzo! Jak z rękawa sypią się pozytywne opinie. Jestem też pewna, że moją nadzieję na to, iż pomysły przychodzące Panu do głowy zostaną jednak przekute w książki, podziela bardzo wielu Pańskich Czytelników!
 
Z.Z.: Bardzo dziękuję za słowa otuchy. I serdecznie pozdrawiam Czytelników!
 
A.U.: A ja dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja do niejednej, gdy na półkach księgarskich będą pojawiać się kolejne Pana książki :)

 

O związkach nieszczęśliwej miłości z literackimi arcydziałami

 
"Arcydzieło literatury francuskiej Francja tuż przed I wojną światową. Do szkoły Sainte-Agathe przybywa nowy uczeń - Augustin Meaulnes. Żądny przygód impulsywny chłopak nie chce poddać się dyscyplinie. Szybko staje się swoistym przywódcą zyskując podziw i uznanie kolegów. Pewnego dnia ucieka ze szkoły i przypadkowo trafia do wioski w której poznaje piękną Yvonne de Galais. To spotkanie staje się początkiem wielkiej namiętności która opęta nie tylko Augustina ale także jego najlepszego przyjaciela Franoisa. Czy słowo kocham zniszczy tą więź Czarująca opowieść o miłości trudnej i pięknej niosącej ze sobą dylematy i wyzwania. O miłości w sercach pełnych młodzieńczego żaru który zagłusza głos rozumu i każe pędzić w świat emocji."
 
 
      Nie wiem czy wszyscy, którzy książki piszą lub do ich pisania się przymierzają, wiedzą, co najlepiej stymuluje wenę twórczą, co wpływa na natchnienie niczym nadejście wiosny na pierwiosnki, krokusy i fiołki. A jest to takie oczywiste - wystarczy się zakochać! Poszukać obiektu, w którym można ulokować uczucie, najlepiej nieodwzajemnione ;) i to wszystko - jak historia literatury zdaje się pokazywać, wystarczy wówczas już tylko usiąść i czekać na Muzę, która prędzej czy później się pojawi i napełni głowę literata wiekopomnymi pomysłami.
 
      Cóż, przyznaję, że brzmi to wszystko troszeczkę bzdurnie, ale nie można zaprzeczyć, iż niektórzy poeci płodzili najlepsze swoje utwory w okresach, w których bujali w obłokach, bo akurat obdarzyli względami kolejną wybrankę ;) W każdym razie od dawna usiłuję sprawdzić to osobiście i póki co, nie mogę poświadczyć o skuteczności owego tajnego składnika :)
 
      Nie potwierdzam, ale i nie kwestionuję. Za to coś Wam opowiem - w ramach przykładu, który może przyczynić się do uznania wyżej opisanego sposobu, za godny uwagi.
 
      Sekwana ma to do siebie, że wielu ludzi widzi w niej rzekę o dziwnie romantycznym oddziaływaniu. Mnie też od razu nasuwa się takie skojarzenie i jest ono związane, oczywiście, z pewnym rozdziałem mojej biografii (którą może ktoś kiedyś napisze, a wówczas dowiecie się prawdy). Właśnie tak musiał do końca życia myśleć o Sekwanie Henri Alban Fournier. Osiemnastoletnim chłopcem będąc, błądząc sobie jej brzegami, spotkał pewnego czerwcowego popołudnia 1905 roku kobietę, która na zawsze odmieniła jego życie. Nazywała się Yvonne Toussaint de Quièvrecourt i niestety, okazała się niezwykle odporna na urok osobisty młodzieńca, który robił co w jego mocy, by piękną nieznajomą w sobie rozkochać. 
 
      Zniknęła na horyzoncie, a on nieszczęsny, został sam, wpatrzony w dal i zakochany po same uszy. Dokładnie rok później przybył w to samo miejsce, mając nadzieję, że Los zetknie ich ze sobą ponownie. Do tego momentu historia Henri'ego na tyle już mnie wzruszyła, że mocno kibicowałam jego zauroczeniu i miałam nadzieję, że Yvonne wyłoni się jednak zza wzgórza i wpadnie mu w ramiona. Guzik z pętelką. Spotkali się dopiero osiem lat później, gdy ona była już mężatką i miała dwójkę dzieci...
 
      To zdarzenie i owa nieszczęśliwa, dziwnie mocna i nieprzemijalna miłość do dziewczyny, o której przecież niewiele wiedział, zmieniła całe życie młodego człowieka - postanowił albowiem napisać o tym książkę :)

Alain-Fournier
      Tworzył ją i tworzył, i tworzył... latami. Jak widać, Muza bywa nierychliwa, ale za to niezwykle skuteczna. Czytał dzieła wielkich pisarzy (Dickensa, Dostojewskiego, sióstr Brontë, Hardy'ego) poszukując pomysłu na stworzenie własnego, indywidualnego stylu. Początkowo skłaniał się ku formie wyszukanej i skomplikowanej, pełnej surrealistycznych metafor. I chyba za bardzo się w tych abstrakcjach pogubił, bo zmieniwszy zdanie i sięgnąwszy po bardziej przejrzyste środki wyrazu, machnął arcydzieło literatury francuskiej zupełnie od niechcenia. 
 
"Zacząłem pisać po prostu, bezpośrednio, jak któryś z moich listów, małymi krótkimi i zmysłowymi fragmentami historię dość prostą, moją własną historią. Porzuciłem całą tę abstrakcję i filozofię którymi byłem skrępowany."
 
      Henri Alban Fournier stał się Alainem-Fournierem, a "Mój przyjaciel Meaulnes", jego jedyna ukończona powieść, przeszła do historii literatury jako dzieło wyjątkowe.

      Autor teoretycznie przeznaczył swoją książkę dla młodzieży, ale jest ona na tyle uniwersalna, że nie znudzi i nie rozczaruje czytelnika w żadnym wieku. Opowiada o chłopcu, który w nietypowych okolicznościach, przez jego młodzieńczą, wybujałą wyobraźnię przeobrażonych w niemal baśniowe przygody, poznaje dziewczynę o imieniu Yvonne. Zakochuje się w niej, ale na skutek dziwnych zbiegów okoliczności, przez bardzo długi czas nie może jej odnaleźć.

      Akcja powieści toczy się nieprędko, ale niesie ze sobą głębię, jakiej ze świecą szukać we współczesnych utworach skierowanych do młodego odbiorcy, głębię nienarzucającą się, wciągającą, a przy tym zachwycającą poetyckim wdziękiem. Mimo pozornego spokoju, jaki panuje w świecie przedstawionym, uczucia bohaterów buzują napięciem, a to, czego doświadczają, nie pozwala się od książki oderwać.

      Valery Larbaud, francuski pisarz, tak mówił o "Moim przyjacielu Meaulnesie":

"Lubię ją bardzo, to piękna książka. Odczuwam ją najpierw jak delikatną muzykę w oddali. Kiedy się przybliża, rozróżniam w niej wzloty, wyznania, zduszone bardzo szybko namiętności, powstrzymywany płacz, całą tę czułość melodii ludowych i te długie bezkresne zawołania, jakie zdaje się nam słyszeć w romansach cygańskich, po północy - ale tutaj one są i pora jest obojętna."

      Bohater kocha, tęskni i szuka swojej wybranki. W tym czasie jego namiętność zmienia się razem z nim, staje się dojrzalsza, bardziej męska. Paradoksalnie, w momencie, w którym ją w końcu odnajduje, wypadki toczą się jeszcze dramatyczniej, a akcja przyspiesza.

      Alain-Fournier nie nacieszył się długo sukcesem swojej debiutanckiej powieści, wydanej w 1913 roku. Wybuchła wojna, młody francuski pisarz został wcielony do wojska i zginął niemal od razu po stawieniu się na front.

      Jego książka to literatura najwyższych lotów, piękna, błyskotliwa, świeża i porywająca. Minęło już sto lat od chwili, w której ujrzała światło dzienne, ale przez te wszystkie lata nie straciła w ogóle na atrakcyjności. Niedawno wydawnictwo Zysk i S-ka wydało ją ponownie, w przepięknej szacie graficznej. 



Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 304 s.
Oprawa: twarda z obwolutą 
ISBN: 978-83-7785-458-7 

C. W. Gortner "Przysięga królowej. Historia Izabeli Kastylijskiej"

 

"Nikt nie wierzył, że Izabela była stworzona do wielkich rzeczy. Drobna i niepozorna, miała zaledwie siedemnaście lat, kiedy niespodziewanie została dziedziczką tronu Kastylii. Nagle z pionka w dworskich rozgrywkach stała się jednym z kluczowych graczy. Musiała nauczyć się lawirować wśród licznych pułapek w niebezpiecznej walce o koronę i postawić wszystko na jedną kartę, by poślubić mężczyznę, którego wybrała. Izabela Kastylijska przeszła do historii jako władczyni, która doprowadziła do zjednoczenia Hiszpanii i wizjonerka, dzięki której Krzysztof Kolumb dopłynął do wybrzeży Ameryki. „Przysięga królowej” to poruszająca i jednocześnie trzymająca w napięciu opowieść o jednej z najciekawszych i najbardziej kontrowersyjnych władczyń znanych z kart historii."
 
      
      Kogo w dzisiejszych czasach może interesować postać królowej żyjącej ponad 500 lat temu w kraju, którego historia nie jest może zupełnie u nas nieznana, ale zazwyczaj bywa spłycona, traktowana wybiórczo i nie do końca na poważnie? Losy Hiszpanii są fascynujące, ale chcąc je dobrze zrozumieć, trzeba się w nie zagłębić, trzeba najpierw poznać mentalność ludzi, którzy mieszkali tam na przestrzeni wieków, dzieje konfliktów pomiędzy poszczególnymi regionami i nieustających walk nie tylko o suwerenność, ale także o prawo do wyboru wyznania, przekonań czy nawet zajęcia. 

      Można powiedzieć, że życie Izabeli Kastylijskiej to dzieje średniowiecznej i renesansowej Hiszpanii w pigułce. To królowa, której wielkość jest równie niezaprzeczalna jak jej kontrowersyjność, która zrobiła dla swojego narodu bardzo wiele dobrego, a jednocześnie na każdym kroku podejmowała niesamowicie katastrofalne w skutkach, nie tylko dla setek istnień ludzkich, ale także dla całego kraju, decyzje... To żona Ferdynanda Aragońskiego, patronka zarówno Krzysztofa Kolumba, jak i Tomasza de Torquemady, matka Katarzyny Aragońskiej - pierwszej żony Henryka VIII Tudora, potężna władczyni, która kazała o sobie mówić "ten kobieta" i samodzielnie wywalczyła sobie poczesne miejsce w historii. Postać, obok której nie sposób przejść obojętnie, a która, w zależności od kąta, pod jakim będziemy ją obserwować, może być zarówno bohaterką narodową, jak i femme fatale hiszpańskiego średniowiecza. 


XV-wieczny portret Izabeli
   
      W Grenadzie, mieście, w którym spoczywają szczątki kastylijskiego króla, który był kobietą, dziadkowie opowiadają wnukom legendę. Mówi ona, iż każdego roku, w rocznicę śmierci Izabeli, z pięknego, marmurowego sarkofagu, wzniesionego, by ją w nim pochować, podnosi się widmowa postać. Podąża w stronę ołtarza i tam klęczy do świtu, modląc się rozpaczliwie o przebaczenie wszystkich tragedii ludzkich, których była inicjatorką. Wraz z pierwszym promieniem słońca wstaje, by wrócić do krypty, zostawiając po sobie dwa krwawe ślady...

       Opowieść o tym, w jaki sposób Izabela doszła do władzy, a właściwie nie tyle doszła, ile dobrnęła, miesiącami, a nawet latami walcząc o każdy krok, wydawała mi się zawsze dość nużąca. Jej dążenie do tronu zdominowały polityczne przepychanki przeplatane wojnami domowymi, jeden sukces na drodze do zwycięstwa był zazwyczaj okupiony dwoma porażkami. Problemy Kastylii były głęboko zakorzenione, potęgowane przez słabe rządy królewskie i arystokrację, nie widzącą nic poza koniuszkiem własnego nosa. Bezpłodny władca, nieślubna córka, która co rusz wyskakiwała jak diabeł z pudełka, by odbierać legalnym dziedzicom prawa do tronu, przelewanie hektolitrów kastylijskiej krwi w imię osadzenia korony na głowie tego czy innego dziecka - dzieje sukcesji pogmatwane niczym węzeł gordyjski. Mimo mojej niewątpliwej fascynacji Izabelą i jej rządami, czasy sprzed jej właściwego panowania zazwyczaj przekartkowywałam, nie czując się na siłach, by wznieść miecz i węzeł ów rozciąć.

      I nagle pojawił się Christopher W. Gortner, pisarz amerykański o hiszpańskich korzeniach. I obdarował mnie najlepszym prezentem, jaki może sprawić autor czytelnikowi. Odmalował mi tę historię w taki sposób, że nagle okazało się, iż jest to jedna z najbardziej emocjonujących opowieści, jakie można znaleźć w dziejach europejskich walk o trony, korony i inne takie, podobno ważne, rzeczy. Biorąc do ręki "Przysięgę królowej" nie wiedziałam, w co się pakuję. A wpakowałam się prosto w XV wiek - mam wrażenie, że na wiele godzin po prostu zniknęłam z domu :)

Tak wyglądała Izabela na portretach wykonanych w XV wieku

      Gortner, z talentem znakomitego gawędziarza, snuje historię od samego początku, niemal od narodzin małej infantki. Z miejsca rzuca czytelnika na głęboką i mętną wodę dworskich spisków, bezpardonowego rozpychania się łokciami, zabójstw i ucieczek ciemnymi korytarzami zamku w Valladolid. Akcja pędzi na złamanie karku, intryga goni intrygę, a wszystko opisane jest językiem tak plastycznym i wymownym, że wyobraźnia nie ma wyboru - zaczyna działać na przyspieszonych obrotach. I nie zwalnia aż do ostatniej strony, którą przewracałam z żalem, z miejsca zaczynając tęsknić za przygodami, których doświadczyłam, za wyrazistymi postaciami, które poznałam i za wiedzą dotyczącą piętnastowiecznych realiów oraz sytuacji politycznej Kastylii i Aragonii, którą napełniałam umysł bez najmniejszego wysiłku z mojej strony.

      Elementy otoczenia ukazujące życie ówczesnego mieszkańca zamku, klasztoru, a nawet wiejskiej chaty, rzucane tu i tam, od niechcenia, szczegóły ubiorów, wyposażenia komnat, posiłków - to wszystko nie sprawia wrażenia nachalnego, sztucznego powiększania objętości powieści, nie nudzi, ale za każdym razem olśniewa świeżością, precyzją oraz niezwykłą sugestywnością. Dowiedziałam się między innymi, w jaki sposób oznaczano na świecach upływające nocne godziny, co się dzieje z mieczem w skórzanej pochwie, gdy znajdzie się na zimnie, a jednocześnie poznałam zwyczaje panujące na dworach i zostałam pozytywnie zaskoczona informacjami o sporych możliwościach, jakie miały pod koniec średniowiecza hiszpańskie kobiety pragnące się kształcić.

      Autor zdecydowany nacisk kładzie na lata, podczas których najpierw brat Izabeli, Alfons, a potem ona sama, musieli toczyć boje o swoje prawo do tronu. Infantka pragnęła dodatkowo możliwości poślubienia wybranej przez siebie osoby - Ferdynanda, syna króla Aragonii, hiszpańskiej krainy, z którą Kastylia nigdy nie mogła się dogadać. Popierana przez większą część społeczeństwa pragnącego korzystnego połączenia obu królestw, przez wiele lat ścierała się nie tylko z wysoko postawionymi rodakami, ale była także zmuszona do krwawych walk z Portugalczykami. Wszystkie te wydarzenia, wbrew wszelkim przewidywaniom, są w powieści ukazane zaskakująco przejrzyście. Spora część postaci, która przewija się przez historię, jest wprowadzana stopniowo, bez tłoczenia się, tak, by czytelnik zdołał oswoić się z każdym kolejnym osobnikiem pojawiającym się w pobliżu Izabeli.

Ślubny portret Izabeli i Ferdynanda

      Jedna rzecz zdecydowanie mi się nie podobała - książka powinna być o wiele obszerniejsza. Lata panowania królewskiej pary mijają na jej stronach za szybko, hiszpańska inkwizycja oraz walki z Maurami (czyli to, co w panowaniu Izabeli zawsze wydawało mi się najciekawsze) potraktowane są po macoszemu. Muszę przyznać, że nie mogłam opędzić się od myśli, iż autor nie chce za głęboko zapuszczać się w lata, podczas których Izabela podjęła sporo tragicznych w skutkach decyzji, że nie chce niszczyć idealnego obrazu znakomitej, prawej i sympatycznej władczyni, jaki wykreował.

    Przejmowanie przez państwo majątków ludzi zamordowanych lub wypędzonych przez inkwizycję, zrujnowanie handlu i rzemiosła poprzez wygnanie Żydów oraz imponującego dziedzictwa, które Hiszpania miała okazję przejąć od Maurów, sianie terroru religijnego, dążenie do celu kosztem szczęścia i życia najbliższych nawet osób - to wszystko, czym raczą nas historycy zajmujący się tą postacią, przysłonięte jest w "Przysiędze królowej" woalem. Jest on utkany przez niezłomność, z jaką Izabela dążyła najpierw do scalenia w jedną całość dwóch największych hiszpańskich królestw, a następnie do ostatecznego wyparcia Maurów z Półwyspu Iberyjskiego.

      W ramach rekompensaty, Gortner kilkakrotnie odsłania zasłonę i serwuje nam parę nadzwyczajnie napisanych scen, jak ta, podczas której jesteśmy świadkami rozmowy Izabeli z Torquemadą, usiłującym przekonać ją do konieczności wprowadzenia inkwizycji. Nastrój grozy, fanatyzmu, niezwykle plastycznie dobrana sceneria - groźny przedsmak tego, co już wkrótce rozpęta się na ulicach hiszpańskich miast.

"Spojrzał mi w oczy. - [Chodzi] O herezję. Czai się wszędzie. Przeniknęła wszystkie skały, wody i ziemie w tym królestwie. Skrywa się w roześmianym dziecku, kobiecie czerpiącej wodę ze źródła i mężczyźnie jadącym na ośle, który mija nas na ulicy. Jest w powietrzu, którym oddychamy."

Portrety Izabeli powstające w wiekach późniejszych
mocno odbiegają od rzeczywistości

      O postaciach historycznych pisać można na wiele sposobów. Można patrzeć na nie z sympatią i starać się szukać przyczyn każdej ich kontrowersyjnej decyzji, usprawiedliwiać je lub wręcz lekceważyć, można pisać o kimś najzupełniej obiektywnie, choć nie jest to wcale łatwe w przypadku osób, które żyły przed wiekami, można także potępiać w czambuł wszystko, co dany bohater przedsięwziął.

      Gortner, tworząc zbeletryzowaną biografię Izabeli Kastylijskiej, zastosował pierwszą z tych metod - widać, jak wielką sympatię czuje do swojej heroiny, jak bardzo chce uświadomić czytelnikowi, że nic nigdy nie jest czarno-białe, a u podłoża każdej, nawet najbardziej brzemiennej w tragiczne skutki decyzji, leży wiele szlachetnych pobudek i czynników, z których mało kto zdaje sobie sprawę.

      Na każdym kroku przypisuje Izabeli przeczucia, że reaktywowanie inkwizycji nie jest dobrym rozwiązaniem problemów, pokazuje jej walkę z doradcami i z samą sobą o możliwość wybrania innej drogi. Wiele tragedii rozgrywa się za jej plecami, bez jej wiedzy lub zgody. I choć Gortner ewidentnie idealizuje większość decyzji podejmowanych przez parę królewską, choć przypisuje im jedynie szlachetne i wzniosłe pobudki, to jakoś wcale nie mam mu tego za złe.

      Miał prawo pójść taką właśnie drogą, bo któż wie, czy rzeczywistość nie była bardziej zbliżona do jego wniosków niż do argumentów przytaczanych przez tych, którzy nazywają Izabelę najbardziej krwawą władczynią w historii? A może leżała pośrodku? Snucie domysłów, szukanie odpowiedzi i wyciąganie wniosków należy do najprzyjemniejszych zajęć kogoś, kto kocha historię, a w przypadku dziejów tak odległych, żadne pomysły nie mają prawa być z miejsca odrzucane.

Kolumb u Izabeli - szczegół z XIX-wiecznego pomnika

      "Przysięga królowej" to powieść, w której autor zamieścił wiele faktów i ogromną ilość szczegółów dotyczących tła obyczajowego, elokwentnie odmalował epokę, postaci i wydarzenia, przybliżył nam dzieje unii Kastylii z Aragonią. Nie należy jednak traktować tej książki jako dokumentu, biografii. Kilka razy natknęłam się na motywy, sceny czy całe wątki, które zostały przesunięte w czasie lub wręcz wymyślone. Do wszystkich tego typu zmian autor się przyznaje i mówi o nich w posłowiu. Jest to więc znakomita okazja do tego, by samodzielnie zacząć studiować historię i poszukiwać prawdy. I to jest właśnie najwspanialsze w powieściach historycznych.

      Wracając więc do pytania, które postawiłam na początku - powieści takie jak ta sprawiają, że możemy nawet zainteresować się życiem człowieka jaskiniowego, a co dopiero tak potężnej, wspaniałej i niezwykle intrygującej postaci, jaką była Izabela Kastylijska.

      Swoista rehabilitacja Izabeli, jaką jest "Przysięga królowej", kończy się w momencie wysłania na morze Krzysztofa Kolumba. Dalsze dzieje hiszpańskiej monarchii znajdują się w "Ostatniej królowej", wcześniejszej powieści Gortnera, opowiadającej o Joannie Szalonej, córce Izabeli i Ferdynanda.


Wydawnictwo: Znak Między Słowami
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 446 s.
Oprawa: miękka 
ISBN: 978-83-240-2506-0 

Stanisława Kuszelewska - Rayska "Kobiety"

 

"Bohaterkami książki Stanisławy Kuszelewskiej-Rayskiej są zdeterminowane i dzielne kobiety, które biorą czynny udział w walce z Niemcami. Są wśród nich te wykształcone i te proste, ale łączy je jedno, miłość do ojczyzny i miłość do synów oraz mężów walczących w obronie swego kraju. W obliczu zagrożenia stają do walki. Odnajdują w sobie niezwykłą siłę i podejmują ryzyko. Drukują ulotki, ukrywają Żydów, organizują szpitale powstańcze, szyją ubrania z tego, co mają pod ręką, oddają krew, by za zarobione pieniądze kupić na czarnym rynku to, co niezbędne. To obraz kobiet walczących każdego dnia o przeżycie. Nie dla siebie, ale dla ukochanych, którym trzeba pomóc, przygotować i dostarczyć paczki do obozu pracy."



      Był w moim życiorysie czas, w którym czytałam tylko i wyłącznie książki o tematyce wojennej. Chciałam wiedzieć, pamiętać, znaleźć odpowiedzi, choć trochę zrozumieć. Chłonęłam wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. A było tego sporo, bo w wielopokoleniowej domowej biblioteczce pozycji tego typu nigdy nie brakowało. Po jakimś czasie poczułam przesyt. Kolejne książki, po które sięgałam, powielały historie, życiorysy i informacje, poznane przeze mnie wcześniej. 
 
      Przede wszystkim jednak dotarło do mnie, że nigdy w życiu, choćbym nie wiem jak się starała, nie będę w stanie pojąć tego, co przeżywali wówczas ludzie, co czuli, gdy świat walił się na głowy, gdy szaleństwo docierało do ich domów i odbierało im wszystko, WSZYSTKO! Jedyne, co mogłam, to zapamiętać i przekazać dalej, żebyśmy nigdy nie przeszli nad tym do porządku dziennego. 
 
      Potem długo omijałam tę problematykę, krążyłam wokół, ale nie zapuszczałam się głębiej, bo miałam wrażenie, że nic nowego i świeżego nie pojawia się na rynku wydawniczym. Parę lat temu sięgnęłam po poruszającą "Wojnę Klary", zachwyciłam się książką Władysława Bartoszewskiego "Mój Auschwitz", ale na tym skończyły się próby powrotu do tematu. 
 
      Ostatnimi czasy, po latach posuchy, wojna wraca na półki księgarń, co jest zjawiskiem pozytywnym i pożądanym. Młodzi ludzie nie mają dzisiaj większego pojęcia o tym, co się działo w połowie zeszłego wieku. Z oburzeniem wykrzykują, gdy zaczyna się im cokolwiek opowiadać, że to nieprawda, że to niemożliwe, nieprawdopodobne, że przecież prawa człowieka..., prawo do własności..., do życia..., niepodległość..., suwerenność... Słyszy się coraz więcej głosów za tym, żeby nie rozpamiętywać, zapomnieć, żyć przyszłością, a nie przeszłością. 
 
      Pisałam o tym już wielokrotnie, znacie więc moje zdanie na temat uświadamiania młodych ludzi, wychowywania ich poprzez odsłanianie przed nimi Historii. Wiecie, że priorytetem jest dla mnie w tym przypadku pamiętanie i uczenie się na błędach przeszłości. Dlatego cieszy mnie powrót do wydawania literatury, która mówi o losach ludzi w czasach II wojny światowej. Może dzięki temu wszyscy zrozumieją, iż o wojnie trzeba pamiętać. 
 
     Jestem czytelnikiem mocno przekonanym o niedoskonałości wspomnień spisanych po tak wielu latach, za bardzo już przefiltrowanych przez chęci, pragnienia, przez wiedzę, która napływała dekadami. Takie są na przykład opowieści zawarte w "Dziewczynach z powstania" Anny Herbich (Znak Horyzont, 2014) - historie wygładzone przez czas, uwznioślone przez pamięć samych zainteresowanych, starannie wybrane przez redaktorkę... Nie umniejsza to jednak ich niewątpliwej zasługi przypominania nam o tym, jak wyglądało życie ludzi, którym ktoś postanowił zgotować piekło na ziemi. Warto sięgnąć także po "Bohaterki powstańczej Warszawy" Barbary Wachowicz (Muza, 2014) - ja jeszcze nie czytałam, ale książki tej autorki są dla mnie arcydziełem same w sobie, więc polecam je w ciemno.
 
      Nie bez powodu podałam tytuły, w których ukazano wojenne losy kobiet. Zanim tradycyjnie zaczęłam tworzyć degresję za dygresją ;), planowałam od pierwszego akapitu opowiadać Wam o książce poruszającej ten temat właśnie.

      Mówi się o tym, że historie kobiet żyjących podczas wojny, zarówno tych biorących udział w walce, jak i tych działających na tyłach, w domowym zaciszu, były do tej pory spychane na boczny tor, pomijane. Owszem, ich rola nie była eksponowana, mało napisano pozycji, które mówiłyby tylko i wyłącznie o nich, ale nie mogę powiedzieć, żeby milczano o nich zupełnie. W wielu książkach, które czytałam do tej pory, przewijały się wspaniałe, bohaterskie postaci dziewcząt, kobiet, o których nie sposób zapomnieć. Wiedza o tym, jak ogromna była ich rola w walce, spływała do mnie przez lata z dziesiątek publikacji, nie jest to więc dla mnie żadnym zaskoczeniem i nie zgodzę się z twierdzeniem, iż do tej pory nic na ten temat nie było wiadomo.

      Niemniej jednak... takiej książki jak "Kobiety" Stanisławy Kuszelewskiej - Rayskiej jeszcze nie było. I śmiem twierdzić, że nigdy już nie będzie.

Stanisława Kuszelewska - Rayska
      Wiele książek mnie zachwyca, ale ta okazała się fascynująca w sposób wyjątkowy. Jej wydanie jest jak powiew świeżej prawdy historycznej, spojrzenia na wojnę oczyma kogoś, kto jest w niej zanurzony, kto nią żyje i oddycha. Nie są to relacje wywołane po latach, to coś, co działo się dla autorki przed chwilą, opowieści wolne od naleciałości późniejszych czasów. Pod tym względem można ją porównać do "Kamieni na szaniec" Aleksandra Kamińskiego.

      W książce znajdziemy dwa zbiory opowiadań (obrazów? impresji?) - "Kobiety" oraz "Dziwy życia", napisane bezpośrednio po wojnie i wówczas wydane. Była to jedna z pierwszych książek, które wyszły nakładem Instytutu Literackiego Jerzego Giedroycia. Aż do tej pory nigdy nie ukazały w Polsce!!
 
      Rozumiem doskonale, że wydanie jej w czasach PRL-u nie wchodziło w grę - wiele w niej prawdziwych opowieści dotyczących berlingowców, życia w pierwszych miesiącach po wejściu Armii Czerwonej, zawiązywania się początków nowej władzy... Ale jak można było zapomnieć o takiej perełce i nie wydać jej po 1989 roku? Całe szczęście, dr Sławomir Cenckiewicz, historyk, postanowił Stanisławę Kuszelewską - Rayską Polsce przywrócić. Dołożył wszelkich starań, by wydanie "Kobiet" i "Dziwów życia" doszło do skutku. Te ulotne szkice, notowane niemal na bieżąco, powstały w chwilach dla autorki najcięższych, pisanie ich było dla niej niczym terapia, ratunek. I to jest ich największa zaleta - niezwykła autentyczność, tchnienie prawdy nie przerobionej przez czas i refleksje historyczne.

"1942. Warszawa. Getto. Kto nie widział, kto nie widział, kto nie zobaczył własnymi oczami, ten niech nie próbuje zrozumieć, niech - nie - próbuje - zrozumieć."
 
      Stanisława Kuszelewska - Rayska była żołnierzem. Walczyła już w czasie Wielkiej Wojny, była aktywna politycznie i społecznie przez cały okres dwudziestolecia, od pierwszych dni II wojny światowej brała czynny udział we wszystkim, co miało związek z oporem stawianym wrogowi. Pozostała w kraju, gdzie wraz z córką brała udział w Powstaniu Warszawskim. Z pokonanej stolicy wyszła sama - jej ukochane dziecko, Ewa Matuszewska ("Mewa"), została zamordowana przez Niemców pod koniec powstańczego września.

Ewa "Mewa" Matuszewska 
      Ze względu na swoją ofiarną aktywność, autorka "Kobiet" była pierwszorzędnym świadkiem historii. A przy tym miała idealny zmysł literacki, cudowny, lekki styl, którym zaczarowuje czytelnika. Raz jest to niemal baśniowy obrazek, innym razem sucha relacja - niezależnie od obranej przez autorkę formy, język, którego używa, jest najpiękniejszą odmianą polszczyzny.

      Opowieści, które znalazły się w obu zbiorach, to krótkie impresje, ukazujące kobiety w najróżniejszych wojennych sytuacjach - od konieczności radzenia sobie z brakiem jedzenia, po stanie na pierwszej linii frontu. Wszystkie obrazki zostały spisane z pamięci, to nie fikcja, a zbeletryzowane wspomnienia. Są pełne pokory, nie ma w nich wielkich słów, wychwalania pod niebiosa bohaterstwa - to proste, a jednocześnie sugestywne przedstawienie faktów, z których my sami mamy wyciągnąć wnioski.
 
"- Pocałuj mnie na do widzenia, syneczku - szepnęła łzawo pani Kazimiera. Jak ona umiała wymawiać słowo "syneczku"! Zdawałoby się, ot, kilka syczących, niezdarnych liter, ale nie, to był obłok płatków różanych. Falował, otulał, różowiał, dymił wonią, sięgał niebios. Sy-necz-ku. - Ach, te baby! - burknął Jędrek z tłumioną, męską serdecznością. - Daj pyska."
 
      Nie znajdziemy tutaj dwóch takich samych kobiet. Heroiny pochodzą z warszawskich kamienic, ze szlacheckiego dworu, z wiejskiej chaty. Niektóre dopiero wstały ze szkolnej ławki, inne są w kwiecie wieku, są też takie, których życie dobiega końca, bo przeżyły już bardzo wiele lat. Wszystkie są identyczne pod jednym względem - służą Polsce i idei wolności tym, co potrafią robić najlepiej. Na polu bitwy, w konspiracji, w powstańczej kuchni, ukrywając zbiegów, przechowując broń, dostarczając ulotki, rozkazy...

      Poprzez pełne wdzięku opowieści o bohaterkach, cichych, ukrytych, o których nikt nie wiedział, którym nikt nie gratulował, na piersiach których nie zawisły ordery, przebija opisana genialnie rzeczywistość wojenna - okupacyjna, powstańcza, partyzancka. Aresztowania, łapanki, nocne wizyty gestapo, rozstrzelania, mały sabotaż, zamachy. Ukryci ludzie, przechowywana broń, drukarka do "bibuły", gromadzenie zapasów na wypadek walki, szpitale, krew, ból... Wszelkie barwy strachu i cierpienia, niepewności i tęsknoty, ale także odwagi graniczącej z brawurą. W każdym polskim domu toczył się bój o wolność.

      Opowiadania Kuszelewskiej - Rayskiej opanowały moje myśli, zadziwiły i rozkochały w sobie. Każde słowo pisane było tęsknotą, rozpaczą, każde miało na celu zachowanie dla potomnych bohaterstwa kobiet, które były naszymi matkami, babciami, ciotkami, których krew płynie w naszych żyłach.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 432 s.
Oprawa: miękka 
ISBN: 978-83-7785-508-9 

Zbigniew Zborowski "Trzy odbicia w lustrze"

      
"Latem 1939 roku Zosia marzyła o lepszym życiu. O tym, by się na dobre wyrwać z biedy warszawskiego Powiśla, zdobyć wykształcenie i spokojną przyszłość. Prawie się jej udało. Prawie. Ostatecznie jednak wszystko poszło nie tak. I to nie tylko za sprawą wojny, która zastała ją w majątku ziemskim na Wołyniu, do którego wkrótce wtargnęli Sowieci. Przede wszystkim podjęła jedną złą decyzję, która zaważyła na całym jej życiu. Może to skutek klątwy rzuconej na nią jeszcze przed wojną? Zosia przeciwstawia się złu, uzbrojona jedynie w miłość. Do swojej córki, do wypróbowanych przyjaciół i do tajemniczego mężczyzny o oczach anioła, którego wojna zamieniła w demonicznego mściciela. Czy to wystarczy, by wygrać i rozwiązać zagadkę przeznaczenia? A jeśli tak, to czy można cofnąć fatum? I jaka jest tego cena? Z tymi pytaniami, w ogniu płonącej Warszawy, w uścisku powojennego terroru, w cieniu rodzinnych tragedii, w gorączce uczuć i labiryntach raczkującego kapitalizmu, zmierzyć się będzie musiała nie tylko Zosia, ale także jej córka, a potem wnuczka. Znalezienie właściwej odpowiedzi zajmie im siedemdziesiąt pięć lat."
 
 
      Nie miałam czasu na to, by się tą książką delektować. Jej się nie smakuje, jej się nawet nie czyta. "Trzy oblicza w lustrze" pożera się, pochłania. Bez rozglądania się na boki i wychodzenia do kuchni po przekąskę. A muszę przyznać, że byłam sceptyczna. Pierwsza myśl - saga rodzinna o kobietach napisana przez faceta? To nie może być dobre, nie może być prawdziwe - takie cuda zdarzają się w przyrodzie nader rzadko... Zaczęłam czytać, skuszona wizją "zagubionego wśród wołyńskich pól dworu"... i tym razem cud się zdarzył i to jeszcze jaki!
 
      Już sama historia jest fascynująco wciągająca. Opowieść o Zosi, dziewczynie pochodzącej z warszawskiej biedoty, którą wybuch wojny zastaje na Wołyniu, to ciąg zapierających dech w piersiach, tragicznych i niesamowitych wydarzeń. Wydawałyby się one niemożliwe, gdyby nie czasy, w jakich przyszło pannie Zofii Czeplińskiej żyć. Poprzez wypadki na Kresach, okupację i powstanie w Warszawie, po tułaczkę powojenną - z rozwianym włosem (jak ktoś ma krótkie, to i tak mu się potargają) i bez chwili wytchnienia, biegniemy przez życie studentki pierwszego roku polonistyki, której marzenia zostały bardzo brutalnie wdeptane w ziemię. Czytamy z zachwytem, ale i przerażeniem w sercu. Sugestywność opowieści sprawia, że utożsamiamy się z bohaterką. A stawiając się na jej miejscu jednocześnie odgrzebujemy prawdę, od dawna spychaną w podświadomość, że właśnie takie były losy naszych babć i prababć, że one żyły w tamtych czasach i niejedna z nich przeszła przez to samo, przez co musiała przejść Zosia.
 
      Po jakimś czasie przenosimy wzrok na Wandę, zosiną córkę, by w końcu wylądować w czasach współczesnych, towarzysząc kolejnemu pokoleniu - Annie. Każda z nich ma nam coś ciekawego do zaoferowania - nie tylko własne, wymyślone przez autora, losy, ale przede wszystkim tło historyczne i społeczne, które pełni w powieści rolę bodajże najważniejszą.
 
      Po przeczytaniu kilku pierwszych zdań dopadła mnie myśl, że się autor z motyką na słońce porywa, jeśli planuje nie tylko opisać kobiece losy, lecz chce to zrobić używając narracji pierwszoosobowej. Być może niektórzy z Was mają na ten temat odmienne zdanie, ale ja się zbyt rzadko spotykam z pisarzami rodzaju męskiego, którzy potrafiliby w miarę prawdziwie opisać to, co kobiecie (istocie niewymownie skomplikowanej  i wymykającej się wszelkim rozumowym analizom) w duszy gra. Szybko okazało się, że tego rodzaju narracji użyto jedynie w prologu oraz w epilogu, a cała powieść napisana jest w osobie trzeciej - więc kamień mi z serca spadł. I tutaj przyznać się muszę do tego, iż niesprawiedliwie oceniałam, błędnie zakładałam, jednym słowem - myliłam się. Bardzo. Gargantuicznie!
 
      Od pierwszej chwili wciąga nas świat, w którym przyszło głównej bohaterce dorastać, a przede wszystkim dojrzewać. Wraz z nią opuszczamy przedwojenną Warszawę, zakamarki biednego Powiśla, pokój, w którym musi żyć (bez prądu i kanalizacji) sześcioosobowa rodzina i wyruszamy do wołyńskiego majątku państwa Hryniewiczów. Ambitna dziewczyna, która bardzo ciężką pracą zarabia na studia polonistyczne, choć nikt z bliskich jej osób nie pojmuje tego pędu do wiedzy, będzie tam pełnić rolę nauczycielki młodego panicza Stasia. Dość oporny, aczkolwiek sympatyczny wychowanek nie jest, oczywiście, jedynym młodzieńcem w okolicy.
 
      Właśnie dwukonną bryką (zgodnie z duchem czasów przerobioną na samochód) nadciąga młody panek, który dawno domu nie wiedział, bo na co dzień we Lwowie nauki pobiera ;). Jedno spojrzenie Adama na urodziwą nauczycielkę brata i cały świat Zosi wywraca się do góry nogami. Uczucia niewinnej dziewczyny, uwiedzionej przez rozwydrzonego dziedzica, emocje nią targające, jej przeżycia, wnioski i decyzje są ukazane zaskakująco autentycznie. Prostymi słowami, bez zbędnych ozdobników i bez egzaltacji, autor przekazuje nam zmieniające się jak w kalejdoskopie, szalejące myśli Zosi. 
 
      Niemal baśniowe, sielankowe otoczenie stanie się miejscem, w którym Zosia będzie musiała szybko dorosnąć, nie tylko ze względu na niechcianą ciążę. Złote pola właśnie tego roku spłyną rzeką krwi... Od września 1939 roku ścieżki życia dziewczyny zostaną zagarnięte przez wojnę. Losy Polaków na Wołyniu są tutaj przedstawione w sposób na tyle delikatny, na ile było to możliwe, autor stara się nie epatować okrucieństwem i potwornościami, jednak Historia musi dojść do głosu, a on jej nie ucisza. Ten czas nieludzki stanie się początkiem ballady o dziejach jednego z najbardziej doświadczonych pokoleń Polaków.
 
      W chwili, w której autor postanawia przerzucić ciężar opowieści na Wandę, córkę Zosi, wszystko się zmienia - począwszy od świata otaczającego heroiny. Sposób wyrażania się i myślenia postaci, język narracji - odzwierciedlają szok gwałtownej zmiany, która nastąpiła po wojnie w życiu każdego Polaka. Przejście z niewoli nazistowskiej do niewoli socjalistycznej, indoktrynacja młodzieży, zapał nastolatków do wysługiwania się władzy - to wszystko odnajdujemy nie tylko w opisach sytuacji, w wydarzeniach, jakie mają miejsce w życiu bohaterek, ale także w słownictwie, delikatnie, a jednak zauważalnie zmienionym w momencie, gdy główną bohaterką zostaje 13-latka. Dorastanie Wandy przypada na czasy ciężkie, brudne, pełne złości, agresji i chamstwa. Język, którym dziewczyna się posługuje, powoli przestaje być ugładzony i naiwny, zaczyna dostosowywać się do otoczenia. Taki staje się też język narracji, choć jest to zmiana ledwo dostrzegalna, jakby autor musnął swój styl pędzlem zanurzonym w szarej farbie.
 
      Podobny zwrot następuje w momencie, w którym czytelnik poznaje Annę, córkę Wandy. To trzeci portret kobiecy, trzecie odbicie w lustrze. Nowa rzeczywistość, finezyjnie zmieniona stylistyka. Przejścia pomiędzy bohaterkami następują płynnie, nie odczuwamy konieczności "aklimatyzacji", przyzwyczajania się do nowej postaci, innych czasów i twarzy. 
 
      Powieść Zborowskiego przepełniona jest nie tylko historią. Zachwyciły mnie fragmenty drążące meandry ludzkiej podświadomości, dotykające problemu choroby psychicznej oraz wiary w to, co nadprzyrodzone, nieznacznie skłaniające się w kierunku realizmu magicznego. To niezwykła przyprawa, sprawiająca, iż książka staje się jedyna w swoim rodzaju, wyróżniająca się na tle szeregu sag rodzinnych zalewających ostatnio rynek wydawniczy. 
 
      Zwracając niniejszym honor męskiej części świata pisarskiego obalam jednocześnie mit, którym mężczyźni zasłaniają się od wieków - jak się chce, to się naprawdę potrafi kobietę zrozumieć, to się potrafi wniknąć w jej powikłaną osobowość i dojrzeć w niej sens ;).
 
 
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 416 s.
Oprawa: miękka 
Wymiar: 155x235 mm
ISBN: 978-83-7785-564-5 
 

"Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda..."

      Był Tomek Wilmowski. Był Indiana Jones i Allan Quatermain. Frodo, Eragon i Harry Potter. Pan Samochodzik i Old Shatterhand. Zauważyliście pewną prawidłowość? Przez spory kawałek nastoletniego życia byłam naprawdę wściekła, że tylko męska część literackiej populacji ma prawo do tego, by przeżywać pasjonujące przygody. Z tego rozżalenia i frustracji zaczęłam nawet tworzyć książkę, której bohaterką była podróżniczka w czasie, walcząca ze średniowiecznymi rycerzami i biegająca po dżungli z maczetą. Dzięki temu poczułam się trochę lepiej, bo kilkakrotne wyrwanie się ze szponów śmierci, poznanie Lukrecji Borgii i uściśnięcie ręki Joanny d'Arc było tym, co osłodziło gorycz niedocenienia płci pięknej przez autorów książek. 
 
      Jednak moje wypociny (schowane w najgłębszej szufladzie) nie zawróciły nurtów rzeki literatury przygodowej. Z filmem było jakby trochę lepiej, bo pojawiła się Lara Croft. Ukochałam tę postać całym sercem. Wiem, że się teraz śmiejecie ze mnie, bo filmy z Larą były, delikatnie mówiąc, kiepskawe, niemniej jednak ich bohaterka była kimś, kim chciałam być, gdy dorosnę ;) W tej chwili powstaje więcej powieści i filmów tego rodzaju, w których rej wodzą kobiety, ale ja już straciłam nadzieję na żeńską wersję postaci tak kultowej, jak choćby Indiana Jones.
 
      No, ale to przecież nie znaczy, że omijam szerokim łukiem książki i filmy przygodowe, bo w nich kobiet nie ma. Znaczy to tylko tyle, że mam cudowne zdolności do tworzenia monstrualnych dygresji i "lania wody", jak mi to zawsze profesorowie na studiach uświadamiali :) Miałam Wam opowiedzieć o znakomitej książce, ale jakoś mi się ręka na klawiaturze zatrzymać nie chciała, gdy wspomniałam o bohaterach mojej młodości. W połowie (mniej więcej) recenzji oświadczam więc wszem i wobec, że mowa tu będzie o książce Sir Henry'ego Ridera Haggarda, noszącej pokrętny i tajemniczy tytuł "Ona". I nie jest to opowieść o "Niej", tylko o "Onej", pamiętajcie!
 
 
 
      Kojarzycie film "Indiana Jones i świątynia zagłady"? Oglądałam go dawno, bardzo, bardzo (a nawet jeszcze bardziej) dawno temu, więc szczegółów nie pamiętam, ale kojarzy mi się z bieganiem po dżungli (ech, niespełnione marzenie - maczeta w dłoni, świetny strój archeologa-podróżnika, brak moskitów i przygoda na każdym kroku!), zaginionym miastem pełnym krwiożerczych wyznawców bogini Kali, dziwnymi obrzędami i jaskiniami oświetlonymi płomieniami pochodni. Wszystko to razem, pokazane na ekranie w wykorzystaniem przedpotopowych efektów specjalnych, nie jest jakoś szczególnie zachwycające (moim zdaniem jest to najsłabsza część przygód Jonesa), ale podczas lektury książki Haggarda otrzymałam te same wątki i motywy. Z tą różnicą, że podane w zachwycająco wyrafinowany i kunsztowny sposób.
 
      Kiedyś to ludzie potrafili opowiadać! Piszę "kiedyś", bo sir Henry powołał "Oną" do życia 127 lat temu. Jego książka określana jest dzisiaj wiktoriańską przygodową powieścią grozy. Biorąc ją do ręki czułam się niczym Charlie u progu fabryki czekolady Willie'go Wonki. Historia, która narodziła się w przebogatej wyobraźni autora jest tak fenomenalnie barwna, tak urzekająca w swym nieprawdopodobieństwie, że czytanie jej przekształca się szybko w fascynację. 
 
  Mało tego, styl opowieści przywołuje wspomnienia z lektury moich ulubionych dziewiętnastowiecznych perełek - "Frankensteina" Mary Shelley, "Portretu Doriana Gray'a" Oscara Wilde'a czy opowieści Allana Edgara Poego... Mamy tu podobną poetykę, równie bogate słownictwo i nieustanne zaglądanie w głąb psychiki postaci. Ówcześni twórcy poświęcali sporo czasu na doskonalenie swoich utworów, na dopieszczanie ich i szlifowanie swojego stylu. Nie bali się opisów, wtrąceń, poetyzacji języka, nie unikali opisywania głębi uczuć czy wrażeń, a wszystko to wplatali w opowieści niezwykle ekscytujące i pociągające. Ogrom wyobraźni człowieka, który nie tracił czasu na oglądanie telewizji i siedzenie z nosem w Internecie (przyganiał kocioł garnkowi), powinien zawstydzić spore grono współczesnych twórców.
 
      Nie tak dawno wydawnictwo Zysk i S-ka wznowiło "Oną", a tym samym zwróciło moją uwagę na Sir Henry'ego. Oczywiście nie znać go nie sposób, bo to przecież on stworzył postać Allana Quatermaina i napisał "Kopalnie króla Salomona". Mimo iż "Ona" była już wcześniej wydawana w Polsce, do tej pory nie miałam jej w rękach. Nigdy nie jest jednak za późno na odkrywanie znakomitych książek, prawda? Wyobraźnia podpowiadała mi obraz sir Ridera Haggarda, który niemal 150 lat temu zasiada za swoim biurkiem w gabinecie pełnym książek, chwyta pióro (nie, nie gęsie, moja imaginacja resztki rozsądku zachowała) i zaczyna pisać opowieść, którą ja właśnie biorę do rąk, wodząc wzrokiem po efekcie jego pracy. Uwielbiam książki z duszą, a ta zdecydowanie takową posiada.
 
Sir Henry Rider Haggard
     
      Bohaterami są dwaj Anglicy, którzy wyruszają do Afryki, by wyjaśnić nieprawdopodobną tajemnicę związaną z pochodzeniem jednego z nich - młodego człowieka noszącego miano Leo Vincey. Umierający ojciec pozostawia mu przed śmiercią podejrzanie pokrętną instrukcję. Streszczę ją dla was, żeby było szybciej;) "Kochany syneczku, twoja prapraprapraprapraprababka (nie chcę robić tutaj dziwacznych tworów językowych, ale przypuszczam, że przydałoby się tych pra- jeszcze dużo więcej, żeby unaocznić Wam antyczność rodu Vincey'ów) nakazała swoim potomkom pomstę za śmierć jej męża, zamordowanego przez białą królową władającą tajemniczym ludem żyjącym na niedostępnych terenach w Afryce. Jedź więc, synu, wypełnij prośbę babuni." ;)
 
      Odrobinę dziwaczne, przyznacie, jednak przesłanie jest opatrzone licznymi pisemnymi dowodami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie. Mężczyźni tego rodu nie raz podejmowali próbę dotarcia do dzikich ostępów afrykańskich w celu odnalezienia domniemanej morderczyni. Nikomu jak dotąd nie udało się spełnić prośby założycielki klanu. Leo jest młody i żądny przygód, natychmiast chwyta za walizkę i niemal siłą wciąga na statek Horacego, swojego opiekuna i przyjaciela. Zaczyna się niewyobrażalnie baśniowa, fantastyczna przygoda, za którą w przyszłości doktor Jones dałby się zapewne pokroić.
 
      Leo i Horacy poznają Ayeshę,  nieśmiertelną władczynię. Ona Posłuch Mająca jest najpiękniejszą i najmądrzejszą kobietą chodzącą po ziemi, jej historia zapiera dech w piersiach, a uroda, skrywana na co dzień pod zasłoną, doprowadza mężczyzn na skraj szaleństwa. Brzmi to jakoś... tandetnie, prawda? Wierzcie mi jednak, historia jest wymyślona błyskotliwie i opowiedziana z takim talentem, że klękajcie narody!
 
W książce znajdziecie oryginalne ilustracje z magazynu Graphic.
      
      Mamy tu zapierające dech w piersiach przygody, ale powieść Haggarda ma nam do zaoferowania o wiele więcej. Sugestywne, niezwykle plastyczne opisy afrykańskiej przyrody, pełne fascynujących przemyśleń dygresje dotyczące sensu życia, śmierci oraz życia wiecznego (mającego tutaj szczególne znaczenie), obserwacje zwyczajów, rytuałów i codziennego życia tubylców - to tylko drobny ułamek przebogatej zawartości tej książki. 
 
      Już sama warstwa awanturniczo-przygodowa powieści mogłaby sprawić, że uznałabym "Oną" za zdecydowanie godną uwagi. Jednak styl, jakim posługiwał się Sir Henry, bogactwo stosowanej przez niego symboliki, głębia powłoki filozoficzno-antropologicznej skłaniają mnie do tego, by poważnie zastanowić się nad użyciem określenia "arcydzieło". Oczywiście, nie każdy lubi, gdy mu nagle ścinającą krew w żyłach przygodę przerywają stronicowym kontemplowaniem piękna wschodzącego słońca. Tego typu wtrącenia można jednak z powodzeniem ominąć i wrócić do opisów walki o przeżycie w dżungli - szkoda byłoby rezygnować z poznania przygód Leo i Horacego z powodu ogromnie podzielnej uwagi narratora ;)
 
      Cóż, niestety "Ona" nadal nie zaspokoiła mojego pragnienia odnalezienia żeńskiej wersji archeologa-awanturnika, jednak ostrzegam, że w ramach rekompensaty niemal w pełni utożsamiam się z Ayeshą, Oną Posłuch Mającą! Czytelnik ma swoje prawa, czyż nie? ;)


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 361 s.
Oprawa: miękka 
ISBN: 978-83-7785-321-4

Jacek Brunon Poznanski "Magda. Pożegnanie z pokoleniem"

 
"Magda, Polka urodzona w Anglii, wychowana przez babcię Helenę - sanitariuszkę w Powstaniu Warszawskim - mieszka i maluje we wschodnim Londynie. Zbiegiem okoliczności zjawia się na kilka dni w Warszawie z nadzieją spotkania ze Stefanem Wolskim, dowódcą jej babci podczas obrony Starego Miasta i ewakuacji kanałami. Również w Warszawie są towarzysze broni Stefana Wolskiego: Michał Praga, Jeremi Lange i Karol Modelski. Obecność Magdy zmusza ich do powrotu w przeszłość. Czytelnik książki "Magda. Pożegnanie z pokoleniem" staje się współuczestnikiem apokaliptycznych walk powstańczych i świadkiem tajemniczego wydarzenia, które miało miejsce w kanałach przed laty. Jest to zarówno wstrząsający, jak i intymny portret najlepszego pokolenia Polaków. To także portret młodej kobiety zagubionej we własnych dramatach - miłości i zdrady."
 
      O tym, że Powstanie Warszawskie jest dla mnie jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Polski, pisałam Wam już niejednokrotnie. Wbrew wszelkiej krytyce, umniejszaniu jego roli, wbrew nieustannemu piętnowaniu tych, którzy do powstania doprowadzili i którzy brali w nim udział. Nie wdaję się w dyskusje dotyczące decyzji zapadających na najwyższych szczeblach wojskowej, konspiracyjnej władzy, bo zdaję sobie sprawę z tego, że niektórych z nich naprawdę ciężko jest bronić. Znam przyczyny, konsekwencje, wiem, dlaczego powstanie wybuchło i dlaczego upadło. To wszystko jest jednak dla mnie naprawdę mało istotne w obliczu spraw o wiele ważniejszych.

      Ja patrzę na ten zryw z punktu widzenia dziewczyny, którą byłabym, gdybym urodziła się w tamtym czasie i w tamtym miejscu. Nie zasiadałabym w dowództwie, nie podejmowałabym decyzji za całe miasto, za jej mieszkańców, za naród. Byłabym odpowiedzialna tylko za swoje własne wybory. Oczywiście trudno w dzisiejszych czasach zarzekać się, że na pewno wzięłoby się broń do ręki, założyłoby się biało-czerwoną opaskę na ramię i poszłoby się walczyć z Niemcami. Ciężko to sobie w ogóle wyobrazić. Można deklarować, że tak by się właśnie zrobiło, ale jaka byłaby nasza decyzja w chwili, gdybyśmy rzeczywiście zostali postawieni w takiej sytuacji? Obyśmy nigdy nie musieli tego sprawdzić... 

      Mimo tej świadomości zawsze przemawiały do mnie wszelkie argumenty, które sprawiły, iż spora część młodych Warszawiaków wyszła z ukrycia i poszła na barykady. Po to, by spróbować odzyskać honor i nie przynieść wstydu przodkom, którzy wbrew rozsądkowi walczyli o wolność w czasie poprzednich powstań narodowych. I chcę wierzyć, że byłabym jednym z nich, mimo beznadziejności walki, mimo z góry wiadomego wyniku. Poszłabym wierząc, że nadzieja potrafi z niemożliwego uczynić rzeczywistość. 

      O tym, w jaki sposób odczuwam powstanie, czym było dla mnie w chwili, gdy miałam 19-25 lat, czym jest teraz, mogłabym mówić bardzo długo - jeśli chodzi o ten temat, to ciężko mnie przegadać. Nie to jest jednak moim celem w tym momencie. Na rynku księgarskim co rusz pojawiają się kolejne pozycje mówiące o roku 1944. Opisujące, gloryfikujące, krytykujące - najróżniejsze. Patrzę na nie i niezmiennie przychodzi mi do głowy myśl: co jeszcze nowego można dodać w tym temacie? Wspomnienia po jakimś czasie zaczęły się powielać, a komentatorzy historyczni co rusz usiłują napisać coś oryginalnego, choć w rzeczywistości przerabiają tylko na nowo to, co zostało już powiedziane wcześniej... 

      Każdego, kto pyta mnie, co warto o powstaniu czytać, odsyłam głównie do książek Barbary Wachowicz. Jej sposób przeżywania, patrzenia na tamten czas, miniony, a jednak tak bardzo bliski sercu, jest podobny do mojego. Ona widzi CZŁOWIEKA, jego myśli, odczucia, jego nadzieje i marzenia, jego bohaterstwo i tchórzostwo, skupia się na jednostkach, nie na pokoleniu, na decyzjach podejmowanych w sercu żołnierza wyrosłego w konspiracji, a nie zapadających w gabinetach dowódców. Takie mówienie o powstaniu jest mi najbliższe i ono właśnie ukształtowało nie tylko moje spojrzenie na ten okres, ale także mój patriotyzm, miłość do Polski, do jej przeszłości i bohaterów. 



      Niedawno ukazała się powieść, która zwróciła moją uwagę samym już tytułem i zawartą w nim zapowiedzią swoistego połączenia międzypokoleniowego. Czytając o niej miałam wrażenie, że autor chce pokazać, iż powstańcy nie byli nierzeczywistymi bohaterami, odrealnionymi postaciami z przeszłości, kimś zupełnie od nas różnym. Wręcz przeciwnie - chce unaocznić czytelnikowi, że chłopcy i dziewczęta, którzy chwycili wówczas za broń, to byli dokładnie tacy sami ludzie, jacy żyją dzisiaj, chodzą wśród nas, którymi sami jesteśmy. Identyczni - z marzeniami, wierzeniami, przesądami. Zbuntowani, niejednoznaczni, kochający i nienawidzący... Niegodzący się z ograniczeniami, chcący wykrzyczeć światu w twarz, że istnieją i są godni, by ich szanować. Takie spojrzenie na Pokolenie Kolumbów zawsze zwraca moją uwagę.

      Przeczytałam książkę "Magda. Pożegnanie z pokoleniem" i mam po tej lekturze bardzo mieszane uczucia. Na całe nieszczęście najważniejsza w tym wszystkim jest kiepsko skonstruowana główna bohaterka. To młoda kobieta urodzona w Anglii, malująca obrazy odnoszące się do Powstania Warszawskiego i podążająca śladami swojej babci, sanitariuszki. Przez cały niemal czas miałam ochotę odepchnąć Magdę, poprosić, by wróciła do Londynu, zajęła się narzeczonym i przestała mi zasłaniać Historię. Najlepszymi fragmentami książki są te, dzięki którym przenosiłam się w czasie do powstańczej stolicy, uczestniczyłam nie tylko w walkach, ale przede wszystkim w rozmowach młodych ludzi, w ich życiu. Egzystencja Magdy szybko przestała mnie interesować. Chaotyczność jej czynów, niezrozumiałe decyzje, niejasne myśli i wnioski - to wszystko sprawiało, że wydawała mi się osobą, która nie ma pojęcia, czego szuka, nie wie, kim jest i po co w ogóle robi to, co robi.

      Fragmenty "Magdy. Pożegnania z pokoleniem", które przenoszą nas do Warszawy w trakcie powstania są pisane o wiele wyraziściej, klarowniej. Dialogi wciągają, chaos narracyjny zostaje opanowany. Paradoksalnie, wszystko staje się spokojniejsze. Zakładam, że taki właśnie był cel autora - pokazanie świata przeszłości jako czasu przepełnionego o wiele większym sensem, niż rzeczywistość, w której obecnie żyjemy.



      Trochę mi żal, że postać Magdy nie zdołała wzbudzić mojej sympatii, choć przecież powinnam się z nią w pełni identyfikować. Jest w końcu przedstawicielką mojego pokolenia, tego, które powstanie z lekka mitologizuje, dla którego chłopcy i dziewczęta sprzed siedemdziesięciu lat są wzorami godnymi naśladowania, ludźmi, którzy będąc w mojej sytuacji wznieśli się ponad strach i małostkowość. Chodząc po ulicach Warszawy nie zwracam uwagi na sklepy czy nowoczesne budynki - dla mnie stolica to niezmiennie miejsce pamięci. Widzę tablice, pomniki, włazy kanałowe, miejsca znane mi ze starych, czarno-białych zdjęć. Szukam murów, które pamiętają, które widziały. W taki sam sposób patrzy na Warszawę Magda, lecz jej wrażenia są zbyt pocięte i pourywane, bym była w stanie skupić się na nich tak, jak bym chciała.

      Podczas lektury spotykamy także ludzi, których zostało już tak niewielu. Tych, którzy kiedyś walczyli o wolność, o szansę na pokazanie światu, że Polak nie jest w stanie długo wytrzymać upodlenia. I ci ludzie, tacy jak Stefan Wolski czy Karol Modelski, postaci stworzone przez wyobraźnię autora na podstawie jego rozmów z prawdziwymi powstańcami, patrzą na przeszłość zupełnie inaczej niż Magda. Oni zmagają się z pamięcią o szczegółach, o tym, co zrobili, bądź czego zaniechali, co powinni byli uczynić lub czego robić nie powinni.

      Dla nich jest to także pamięć o rozczarowaniu. Nie potrafią zapomnieć sojusznikom zdrady i porzucenia Warszawy na pastwę wroga, ciężko im wybaczyć tym rodakom, którzy zdradzali dla świętego spokoju albo po to, by pokazać walczącym, że nie wszyscy są po ich stronie. Na ten temat w powieści pada wiele gorzkich słów. Wypomina się Miłoszowi nie tylko wymyślanie antybohaterów, ale także posługiwanie się w czasie okupacji litewskim paszportem, który dawał mu bezpieczeństwo jako sojusznikowi. Ma się pretensje do Szczypiorskiego, który sceną z "Początku" wcisnął w wyobraźnię przyszłych pokoleń obraz Polaków oddających się zabawie w chwili, gdy Żydzi ginęli za murami getta.



      Te dwa spojrzenia na Powstanie Warszawskie, tak różne, a jednocześnie zazębiające się, przenikające i uzupełniające, są bardzo ważnym elementem powieści. To motyw, dla którego warto ją przeczytać i przeżyć. O Powstaniu Warszawskim pamiętamy i pamiętać będziemy - wbrew nieustannie sączącemu się z różnych stron czarnowidztwu, wbrew krytyce, której końca nie widać, a która co jakiś czas przybiera na sile, szczególnie w okolicach jubileuszy. Będziemy pamiętać o ludziach, którzy zacisnęli pięści i postanowili pokazać, że nie wolno bezkarnie odbierać człowiekowi jego życia, marzeń, przyszłości. O tych, którzy nie chcieli, by krew przelana przez ich przodków poszła na marne.

      Do kin wchodzi właśnie film Jana Komasy "Miasto 44". Trailer mnie zachwycił, bo oto zobaczyłam powstanie takim, jakim widziałam je w wyobraźni od lat. To jest mój punkt widzenia, zwrócenie uwagi na to, co dla mnie w Powstaniu Warszawskim najważniejsze. Jestem niezwykle ciekawa, czy cały film jest wart mojego oczekiwania i nadziei w nim pokładanych. Trzeba pamiętać, że powstał nie tylko po to, by pokazać sierpień 1944 roku nam, Polakom. Najważniejszym zadaniem tego działa będzie uświadomienie widzom z innych krajów, jaką zbrodnią było pozostawienie walczących samym sobie, ile straciła Europa, gdy oddała Polskę wrogowi. Ma pokazać wspaniałych, inteligentnych, kulturalnych ludzi, którzy zostali zmuszeni do poświęcenia życia, młodzież, której odebrano to, co najważniejsze, bo nikt nie przyszedł im na ratunek. Oby "Miasto 44" było właśnie takie...


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 344 s.
Oprawa: miękka 
ISBN: 9788377854617


Jerzy Besala "Polskie królowe. Zawiedzione miłości. Odtrącone i niekochane"


"Królowa jako postać kojarzy się ze szczęściem. Otaczał ją przecież splendor dworu, czemu towarzyszyły zabiegi możnych tego świata o łaskę. Gdy pofolgowały wczesnośredniowieczne więzy, mogła też królowa korzystać ze zbytku do woli i nade wszystko stroić się i dąsać.
Jednak nie wszystkie były szczęśliwe. Powodem był brak miłości ze strony koronowanych mężów. Tak się stało z żoną Przemysła II księżniczką Ludgardą, Adelajdą Kazimierza Wielkiego, habsburskimi małżonkami Zygmunta Augusta, Anną Jagiellonką wzgardzoną przez Henryka Walezego, a potem przez Stefana Batorego. Gorycz odrzucenia bądź zaniedbania odczuły też królowa Ludwika Maria Gonzaga od Władysława IV Wazy, Eberhardyna żona Augusta II Wettyna, i małżonka "króla Lasa", Katarzyna Leszczyńska.
Z jakich powodów były odrzucane i niekochane - możemy dowiedzieć się z tej pasjonującej książki."
 

      Jerzy Besala przyzwyczaił nas do tego, że sięgając po jego książki znajdujemy w nich ogrom informacji dotyczących dziejów Polski oraz ludzi, którzy przez wieki kreowali świat będący dla nas nie tylko minioną przeszłością, ale także czymś, co nas ukształtowało, co nas określa jako Polaków. Intrygujące ciekawostki, znakomite szkice biograficzne, powiązania, które nigdy w życiu same by nam do głowy nie przyszły, a to wszystko napisane stylem przystępnym, lekkim, pozbawionym patosu - oto czego gwarancją jest nazwisko tego autora.
 
      Najnowsza książka Besali opowiada o życiu polskich królowych. Nie wiem, czy znalazłaby się choć jedna władczyni, której egzystencja była od początku do końca usłana różami. Kobieta nosząca koronę kojarzy się dzieciom z przepięknym zamkiem, w którym echo rozbrzmiewa za każdym razem, gdy wypowie się choćby jedno słowo, ze strojami, klejnotami i uwielbiającym swoją żonę królem. Dorośli znają prawdę o wiele lepiej - los monarchini wiąże się zazwyczaj z brakiem elementarnej prywatności i miłości, z samotnością pośród ludzi i tragedią odrzucenia. Lektura "Polskich królowych" nie pozostawia złudzeń - bycie żoną władcy niemal nigdy nie wiązało się ze szczęściem i spełnieniem, które mogłyby przesłonić to, co złe, smutne i tragiczne.

      Autor książki pisze w niej o wielu bardzo różnych przypadkach, ukazuje, na ile różnych sposobów można było unieszczęśliwić kobietę poprzez włożenie na jej głowę korony. Od średniowiecza po XVIII wiek przez naszą historię przewijały się nieszczęścia ukryte za drzwiami zamkowych komnat lub wręcz przeciwnie, wywlekanych na światło dzienne. Nierzadko przez same zainteresowane. Na początek spróbujmy wyobrazić sobie, jaka była najczęstsza przyczyna tragedii na najwyższych szczeblach władzy.
 
      Akcja toczy się w średniowieczu, na królewskim dworze. Królowa właśnie wydaje na świat dziecko. Wszyscy są podekscytowani. Świeżo upieczony tatuś wędruje niecierpliwie po sali tronowej czekając na wieści. Damy dworu biegają we wszystkie strony starając się przydać do czegoś, a w rzeczywistości każda chce być ta, która zaniesie władcy radosną wiadomość o narodzeniu się męskiego potomka, następcy tronu, spadkobiercy. Królowa wydaje na świat dziecko - poród był trudny, a ona ledwo donosiła ciążę czując się fatalnie przez ostatnie dziewięć miesięcy. Znosiła jednak wszystko dzielnie pragnąć uszczęśliwić męża synem. Kobiety obecne w sypialni już nie są takie chętne, by iść do króla. Nie można jednak dłużej zwlekać - najodważniejsza staje przed zniecierpliwionym i pełnym nadziei obliczem monarchy i z ukłonem, wpatrując się w podłogę, mamrocze: "Masz, panie, córkę." Król odchodzi bez słowa i wraca do swoich obowiązków. Nie pyta o zdrowie żony, dziecka, nie odwiedza położnicy przez następne dni. Królowa zawiodła.
 
      Narodzenie się córki było wówczas, w większości przypadków, tragedią. Władca chciał mieć syna, a tym samym spokojną głowę - jest chłopiec, jest następca, nie trzeba się martwić losami dynastii. Winą za dziewczynkę w kołysce obarczano matkę, co wytykano jej na każdym kroku. Podobnie rzecz się miała, gdy królowa nie mogła zajść w ciążę. To już była przyczyna powszechnej histerii, a wszystkie pretensje były oczywiście kierowane do nieszczęsnej królowej. 
 
      Zaszczuta, poniżana, ignorowana, niekochana - taki był najczęściej los dziewczyny z możnego rodu, wydanej za mąż nie z własnej woli, przeznaczonej tylko i wyłącznie do wydawania na świat kolejnych synów. W sumie przydałoby się jeszcze, żeby ładnie wyglądała podczas różnych uroczystości państwowych, ale najlepiej, by w ogóle nikomu się nie pokazywała, tylko cały czas oddawała się "przyjemności" noszenia w łonie potomka. Zaszczyt bycia żoną króla sprowadzał się więc do haftowania i czytania w towarzystwie dam dworu i wieczornym czekaniu w łożnicy na przybycie męża, który z czasem pojawiał się coraz rzadziej. Po jakimś czasie dochodził nieustający lęk przed usunięciem z powodu braku syna lub braku dzieci w ogóle. Czy w takich okolicznościach można mówić o jakimkolwiek uśmiechu losu?

Elżbieta Habsburżanka, pierwsza żona Zygmunta Augusta
      Wydawać by się mogło, że te królowe, które miały szczęście wydać na świat chłopca, będą hołubione, uwielbiane i noszone na rękach przez rozanielonego małżonka. Guzik z pętelką! Król, spokojny o losy dynastii, pozostawiał niekochaną, narzuconą mu przez obowiązki żonę i coraz rzadziej interesował się jej osobą. Dwór pełen kobiet nie sprzyjał wierności. Taka władczyni miała przynajmniej spokój z oskarżeniami o niemożność urodzenia syna czy dziecka w ogóle, ale to wcale nie znaczy, że miała prawo czuć się bardziej kochaną. Kobiety z wyższych sfer nie miały wówczas zbyt wiele do roboty - do rządzenia dopuszczane były rzadko, do sensowniejszego kształcenia się jeszcze rzadziej, mogły tylko czytać i zajmować się robótkami ręcznymi. A spróbowalibyście kiedyś choć przez miesiąc siedzieć w ponurych murach zamku, przez większość czasu przy świecach, mając do dyspozycji tylko dzierganie i lekturę. Nawet najbardziej kochający książki człowiek wytrzymałby może tydzień, może dwa, ale pół życia?? Ja się osobiście wcale nie dziwię, że żony naszych monarchów były nie tylko nieszczęśliwe, ale także w większości przypadków po prostu chore.
 
      Jerzy Besala pisze w swojej książce o królowych znanych nam dobrze, ale także o takich, o których większość z nas słyszała bardzo niewiele. Zaczyna od księżniczki meklemburskiej, Ludgardy, żony wielkopolskiego władcy Przemysła II oraz Adelajdy Heskiej, wybranki Kazimierza Wielkiego. Obie nie mogły mieć dzieci, co okazywało się przeszkodą nie do przejścia. Adelajda przynajmniej nie straciła z tego powodu życia. Nieszczęsna Ludgarda zniknęła z tego świata w bardzo tajemniczy sposób - przypuszcza się, że zdesperowany małżonek usunął niewygodną żonę, aby móc poślubić kogoś lepiej rokującego. 

Katarzyna Habsburżanka, siostra Elżbiety
      W książce znajdziemy także wiele o żonach Zygmunta Augusta, dwóch siostrach Habsburżankach, których dzieje są tak tragicznie smutne, że nie mogą nikogo pozostawić obojętnym. Pierwsza, Elżbieta, była niewinną dziewczynką, która odstręczała królewskiego małżonka niedoświadczeniem i nieśmiałością. Przede wszystkim jednak przerażała go jej ciężka choroba - padaczka. Elżbieta szybko zmarła - powodem była nie tylko wrodzona przypadłość, ale przede wszystkim zaszczucie przez teściową i odrzucenie przez męża. Po śmierci ukochanej Barbary Radziwiłłówny, Zygmunt, nie do końca właściwie wiadomo dlaczego, poślubił siostrę Elżbiety, Katarzynę. Ona także cierpiała na padaczkę, ale przede wszystkim za bardzo wtrącała nos w sprawy państwa szpiegując polskiego króla na rzecz dworu cesarskiego. Król odsunął ją od siebie całkowicie, niemal zmuszając do opuszczenia Polski. 
 
      Inne były dzieje siostry Zygmunta Augusta, Anny Jagiellonki, która wyszła za mąż w podeszłym, jak na owe czasy, wieku. "Stara panna" miała wobec małżonka, Stefana Batorego, takie wymagania, że zdołała go skutecznie do siebie zrazić. Anna była fatalnie wychowywana przez matkę, Bonę, niewydana zawczasu za mąż, odtrącana i nieustannie nikomu niepotrzebna, zgorzkniała, poniżona przez Henryka Walezego - wcale się nie dziwię, że z czasem nabrała wielu paskudnych cech charakteru i była wręcz unikana przez brata, szlachtę, magnatów, królów. 
 
      Losy kolejnych kobiet, o których możemy przeczytać w "Polskich królowych", wcale nie były łatwiejsze, przyjemniejsze, szczęśliwsze. Ludwika Maria Gonzaga była przez królewskich małżonków, Władysława IV Wazę i Jana Kazimierza, traktowana jako zło konieczne, Krystyna, żona Augusta II Sasa, niezwykle drażniła swoją pobożnością uwielbiającego hulanki i swawole króla, a małżeństwo Stanisława Leszczyńskiego i Katarzyny Opalińskiej było przez lata przepełnione głównie goryczą.
 
     Smutny korowód kobiet nieszczęśliwych, umierających z braku czułości, coraz bardziej zgorzkniałych z powodu odsunięcia od wszystkiego, co było dla nich ważne, zmuszonych do tolerowania armii kochanek przewijających się przez łoża mężów, nie raz nie potrafiące już wybaczyć, uśmiechnąć się, spojrzeć na świat przychylniej. Jedno jest pewne - czytanie opowieści o nich skutecznie zniechęciłoby mnie do szukania kandydata na męża pomiędzy koronowanymi głowami ;)
 
      Styl, jakim posługuje się Jerzy Besala niezmiennie mnie zachwyca. Jest lekki i przyjemny, a jednocześnie profesjonalny, naukowy. Przyjmuję go z całym dobrodziejstwem inwentarza, uczę się i niezmiennie cieszę, że dzięki niemu wiem o wiele więcej nie tylko o kobietach, które zasiadały na polskim tronie, ale także o stosunkach panujących wówczas między ludźmi i o życiu na europejskich dworach.


Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 334 s.
Oprawa: miękka 
ISBN: 978-83-11-13119-4

 

Recenzja powstała dla portalu:

 

Mira Jakowienko "Żona enkawudzisty"

 

 
"Żyła jak królowa: luksusy, dwór pochlebców, kochankowie, żadnych ograniczeń w świecie, w którym na podstawie jednego donosu znikały całe rodziny. Agnessa znała reguły gry, umiejętnie odsuwała od męża kolejne konkurentki, a gdy było trzeba, znowu stawała się niewinną i łagodną dziewczyną. Wygrała marzenia, ale potem omal nie przypłaciła tego życiem. „Żona enkawudzisty” to fascynująca opowieść o miłości w burzliwych czasach, gdy rodziła się stalinowska Rosja. Agnessa zakosztowała raju dostępnego tylko dla czerwonych elit i przeżyła piekło gułagu. Teraz opowiada nam swoją historię."
 
 
      Czasy i wydarzenia opisane w tej książce nie należą do tematów zajmujących mnie na co dzień, tematów, którymi żyję i którymi mogłabym godzinami zanudzać rozmówców. Przyczyna jest prosta - nie mam o nich większego pojęcia. Chodziłam do szkoły w tych czasach, w których nauczycielowi historii nie udawało się zrealizować programu nauczania do końca, bo mało czasu..., bo matura..., bo powtórki... W efekcie uświadamianie historyczne kończyło się na II wojnie światowej. Jeśli wiem coś o tym, co działo się później, to tylko dzięki rodzinie, filmom i książkom. Po te ostatnie sięgam jednak sporadycznie. Nikomu nie udało się rozbudzić we mnie większego zainteresowania latami powojennymi, kojarzą mi się z polityką, trzymaniem ust zamkniętych na kłódkę, przetasowaniami partyjnymi, ogólnie z jedną wielką nudą. Zanim zdążyłam dowiedzieć się więcej, wsiąkłam w wieki dawniejsze. Oczywiście to nie jest tak, że nie wiem nic, bo losy Polaków, którzy walczyli w czasie wojny są mi bliskie i zdaję sobie sprawę z tego, jak toczyły się potem. Nie jest to jednak temat, który by mnie wciągał i pasjonował. A już zdecydowanie nigdy nie miałam ochoty poznawać reżimu stalinowskiego od środka.
 
      Po książkę Miry Jakowienko sięgnęłam z ciekawości. Ta przypadłość, zwana przez niektórych "wściubianiem nosa", względnie "ścieżką do piekła", a przeze mnie "głodem wiedzy", nieraz pomogła mi trafić na temat intrygujący i wciągający. "Żona enkawudzisty" miała znakomite recenzje, czytałam w nich, jak wiele można się z tej pozycji dowiedzieć, jak wciąga w świat XX-wiecznej Rosji. Stwierdziłam, że nie mogę dłużej ignorować własnej niewiedzy i że czas zapoznać się z tym, co do tej pory omijałam szerokim łukiem.  I dobrze zrobiłam! :)
 
      Początkowo miałam problem z określeniem, czym ta książka w ogóle jest. Pamiętnikiem? Wywiadem? A może powieścią? Kim jest Mira Jakowienko, która widnieje jako autorka książki? Zanim więc na dobre zagłębiłam się w kolejne rozdziały, musiałam zajrzeć na ostatnie strony, żeby poszukać jakiejś informacji na ten temat. Znalazłam obszerną i fascynującą opowieść o kobiecie, która z pasją historyka poszukiwała ludzi i ich wspomnień, zapisywała je, gromadziła, przechowywała ku pamięci przyszłych pokoleń. W pewnym momencie swojego życia Mira spotkała Agnessę, byłą żonę Siergieja Mironowa, wysokiego urzędnika stalinowskiego. I z tej niezwykłej przyjaźni, jaka zawiązała się między dwoma kobietami, powstała książka, której żadną miarą nie da się określić jednym słowem i wsadzić do szufladki z napisanym na wierzchu gatunkiem literackim.
 
      Mira nie wchodziła do mieszkania Agnessy z magnetofonem, zeszytem i stosem ołówków. Siadała przy stoliku, na którym na koronkowej serwetce stały szklanki z herbatą i słuchała. Potem wracała do domu i spisywała to, co udało jej się zapamiętać. Dzięki temu powstało bardzo niebanalne dzieło. Można zarzucać autorce, że na pewno nie była w stanie zapamiętać wszystkiego, przedstawić wspomnień tak, jak brzmiały w oryginalnej wersji. Można insynuować, jak wiele pozmieniała, ile dodała od siebie. Trzeba się jednak zastanowić przede wszystkim, ile prawdy nie wyszłoby w ogóle z ust Agnessy, gdyby widziała przed sobą dyktafon lub gdyby czuła się ograniczona skrzypiącym po papierze ołówkiem. Czy dzięki temu, jaką formę przekazu wybrała Jakowienko, nie dowiadujemy się więcej, choćby nawet spora część informacji została przefiltrowana przez jej pamięć i zacięcie literackie?
 
Agnessa Mironowa
 
      Jest jeszcze jedna, bardzo ważna zaleta tego specyficznego sposobu prowadzenia narracji. Książkę czyta się jednym tchem, nie można się od niej oderwać. Pozwala na rozwinięcie skrzydeł wyobraźni i odwiedzenie niemal namacalnie tych mrocznych, strasznych czasów, spojrzenie na nie z dystansu, a jednocześnie niemal z samego ich centrum. Autorka nie zarzuca czytelnika datami, suchymi faktami, nazwiskami, zakłada, że zna on przynajmniej ogólne zarysy tamtych lat i potrafi umieścić Agnessę w odpowiedniej przestrzeni historycznej. Tym samym zachęciła mnie do poszperania, dowiedzenia się więcej, zainteresowania się czasami i ludźmi, którzy do tej pory pokutowali gdzieś na granicach mojej świadomości i wiedzy.
 
      Bardzo wielkim atutem "Żony enkawudzisty" jest sama postać bohaterki. Dziewczyna o niezbyt lotnym umyśle, ale wielkiej świadomości własnego uroku, wyrywa się z małego miasteczka dzięki małżeństwu z wojskowym. Dość szybko dochodzi do wniosku, że to wcale nie jest koniec jej możliwości. Zostawia więc męża, by wyjść za pnącego się w górę po szczeblach kariery urzędnika państwowego. Agnessa Mironowa nie jest bohaterką krystaliczną, nie wzbudza większej sympatii. Ani ona sama, ani jej słuchaczka, nie wybielają jej czynów, słów, myśli. Udawała ślepą i głuchą, dbała tylko o siebie, nie widziała dalej poza czubek swojego nosa. Dla Agnessy każda kobieta była brzydka, mała lub koścista, gruba bądź zaniedbana. Żadna nie miała pojęcia o tym, co znaczy być kobietą. A już w szczególności żony jej niezliczonych wielbicieli. Beznamiętnie patrzyła na świat spod półprzymkniętych powiek.
 
      Jest mimo to bohaterką zadziwiającą każdego, kto pozna jej dzieje do końca. Piękna, głupiutka dziewczyna, która często musiała walczyć o byt i zadowalać się byle czym, nagle stała się opływającą w luksusy, rozpieszczaną panią wielkiego domu. Jednak fortuna kołem się toczy, a koło Agnessy toczyło się w wyjątkowo zawrotnym tempie. Powodzenie i bogactwo wiązało się z nieustannym strachem przed ich utratą. Można było być pierwszym po "bogu" - nie chroniło to przed plotką czy kłamliwym donosem. Kolejni ulubieńcy Stalina usuwali poprzednich, zrzucając w otchłań całe rodziny. Każdy czekał na swoją kolej - im dłużej to trwało, tym strach był bardziej wyniszczający. 
 
      Agnessa z piedestału spadła do piekła. Potworne przeżycia, jakim musiała stawić czoła, nie unicestwiły jej ducha, wiary w życie, w świat, w samą siebie. Przeżyła z uśmiechem na ustach. Niesamowity charakter tej kobiety sprawił, że poczułam dla niej szacunek i swoisty podziw. 
 
      Wielką zaletą wydania jest spora ilość zdjęć pozwalających nam spojrzeć w oczy osobom, o których opowiadała Mironowa, a za nią Jakowienko. Widzimy jak wyglądali, nie musimy ich sobie wyobrażać, a to sprawia, że cała historia przestaje być mitem, fantazją, a znajduje mocne zaczepienie w rzeczywistości. Jest jeden tylko minus mnogości stalinowskich twarzy na stronach książki. Agnessa mówi o mężczyznach - piękni, przystojni, zachwycający od pierwszego wejrzenia. Moja wyobraźnia szaleje. Kilka kartek dalej znajduję fotografie tych "zachwycających" - i toto ma być przystojne?? ;)
 
Agnessa i Sierioża Mironowie
 
      Poprzez snujące się przez wiele stron, pozornie niewiele znaczące kobiece opowieści o mężczyznach, zauroczeniach, zdradach, o kapeluszach i sukienkach przebija się obraz życia w Rosji w dwudziestym wieku. Z czasem zagęszcza się atmosfera nieustannego zagrożenia, strachu o siebie, bliskich i znajomych, obserwowanie niesprawiedliwości panującej w każdej sferze życia, ukrywanie wszystkiego, co mogłoby zostać opacznie zrozumiane lub przekręcone. Agnessa jest znakomitą gawędziarką, stopniuje napięcie wtrącając od czasu do czasu parę drastycznych szczegółów z życia wziętych. 
 
      Na koniec zastanawiam się nad jeszcze jedną sprawą - czy opowieść żony enkawudzisty można rzeczywiście nazwać "spowiedzią"? Ta forma zakłada przyznanie się do winy, wyznanie grzechów. Agnessa w żadnym wypadku tego nie robi. Każde jej działanie miało dla niej sens, było usprawiedliwione, podobnie jak wszystko, co robił jej mąż. Nie znalazłam w całej książce ani jednego słowa świadczącego o wyrzutach sumienia z powodu ignorowania szalejącego wokół bohaterki świata nieszczęść, głodu i śmierci, z powodu przymykania oczu na znikające każdego dnia całe rodziny. 
 
Tytuł oryginału: Agnessa
Przekład: Dorota Bal
Wydawnictwo: Znak Horyzont
Liczba stron: 443
Okładka: miękka
ISBN: 978-83-240-3010-1
 
 

 

 

Powiew historii znad XVII-wiecznych Niderlandów - "Skrzydła nad Delft"

"Odkąd w haskim muzeum zobaczyłem Widok Delft, wiem, że widziałem obraz najpiękniejszy na świecie."
Marcel Proust, 1921

 

 
      Moim skromnym zdaniem egzaltacja pana Prousta była troszeczkę przesadzona, niemniej jednak nie mogę zaprzeczyć, że obraz Vermeera działa na mnie hipnotyzująco. To cudowny przykład genialnego odtworzenia na płótnie przestrzeni pełnej powietrza - patrzę i mam ochotę wziąć głęboki oddech. Odtworzenie z detalami zabudowań Delft, niewielkiego miasta niderlandzkiego, w którym Vermeer żył i tworzył, jest nieprawdopodobne przy tak wielkiej pustej przestrzeni - jednak w momencie, gdy udaje mi się oderwać wzrok od chmur i wody, zaczynam dostrzegać bogactwo urbanistycznych szczegółów. Obraz jest nietypowy dla malarza specjalizującego się w scenkach rodzajowych, których akcja toczyła się w czterech ścianach, co czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym. Przy tym wszystkim "Widok Delft" wydaje się być zapowiedzią impresjonizmu, który narodzi się wiele lat później pod paryskim niebem. To tyle, jeśli chodzi o zarzucanie komuś popadania w egzaltację :).
 
     Delft było dla mnie do niedawna niepozornym miasteczkiem, jakich wiele na niderlandzkiej ziemi. Kojarzyło mi się właśnie z Vermeerem i jego obrazem, a także z porcelaną, której produkcja rozsławiła to miejsce na całym kontynencie. Dzięki książce, po którą ostatnio sięgnęłam (wcale nie licząc na fajerwerki), dowiedziałam się o tym niezwykłym miejscu o wiele więcej.
 
 
 
      "Skrzydła nad Delft" to opowieść o młodej dziewczynie, którą poznajemy w przełomowym momencie jej życia. Louise, córka niezwykle uzdolnionego i cenionego projektanta wzorów na porcelanie, ma tylko jedno marzenie - nie zostać zmuszoną do poślubienia człowieka, którego nie kocha, a najlepiej nie być zmuszaną do małżeństwa w ogóle. Pragnie poświęcić się badaniu gwiazd, zgłębianiu tajemnic nauki, poznawaniu świata i towarzyszeniu ojcu w podróżach biznesowych. Niestety, ma pecha, gdyż jest spadkobierczynią jednej z największych fortun w mieście i jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, żeby dać jej możliwość wybrania sobie przyszłości. A przynajmniej tak jej się wydaje. Całe Delft oczekuje, że jej małżeństwo z synem jednego z największych producentów ceramiki w Niderlandach da początek firmie, która rozsławi miasto na całym świecie. Louise czuje się zobligowana do podporządkowania się tym nadziejom, choć tak bardzo pragnie wolności.
 
      Wydawać by się mogło, że będzie to kolejna opowieść o tym, jak młode dziewczę buntuje się przeciwko konwenansom, odnajduje miłość w ramionach biednego chłopca, a siła tego uczucia doprowadza do przełamania barier. I wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nic bardziej mylnego. 
 
      Książka Aubrey'a Flegga, choć niepozorna, daje czytelnikowi całkiem wyczerpujący, a przy tym malowniczy opis życia w XVII-wiecznym niderlandzkim mieście. Tło obyczajowo - historyczne zostało przedstawione intrygująco, a przede wszystkim niezwykle sugestywnie. A uwierzcie mi, że pod tym względem ciężko mnie zadowolić. Atmosfera miasta, w którym życie toczy się niespiesznie, dość pogodnie i spokojnie, opisana przez pisarza mniej utalentowanego, mogłaby zanudzać na śmierć. Flegg jednak stanął na wysokości zadania i oczarował mnie powolną, a przy tym niezwykle bogatą w szczegóły narracją. Względna tolerancja religijna, która utrzymywała się na równym poziomie pod warunkiem, że ludzie innego wyznania zbyt nachalnie nie obnosili się ze swoimi obrządkami, klimat racjonalizmu coraz bardziej wpływającego na umysły ludzkie, a co za tym idzie, na rozwój nauki i chęć dążenia do zdobywania wiedzy, a to wszystko na tle pozytywnego nastawienia do życia i do bliźniego - właśnie w taką inspirującą rzeczywistość zatopiłam się już od pierwszych stron lektury.
 
      Oczywiście echa niepokojów religijnych, które przetaczały się przez Europę, docierają i do Delft, nie do końca jest więc tak sielankowo, jak mogłoby się wydawać z powyższego opisu. Początkowo spokojnie, bez pośpiechu, towarzyszymy Louise w wędrówkach po mieście, w którym czuje się bezpiecznie, mimo iż w każdej mijanej twarzy dostrzega oczekiwanie na jej mariaż z Reynierem, spadkobiercą fabryki porcelany. Wraz z nią zachodzimy do pracowni malarskiej mistrza Haitinka, który ma namalować jej portret zaręczynowy. I ten wątek staje się dominantą, odciąga naszą uwagę od niepozornego, choć w efekcie istotnego, motywu miłosnego i od dziewczyny, której wydaje się, że cały świat zmusza ją do czegoś. 
 
      Pracowania malarska, farby, alchemiczne akcesoria - to wszystko sprawia, że zanurzamy się w magii.  Obserwujemy, jak na białym płótnie, dzięki niezwykłym i tajemniczym składnikom, pojawia się arcydzieło. I wcale, ale to wcale nie chciałoby się nam z tej pracowni wychodzić, gdyby nie to, że na zewnątrz czeka na nas równie fascynująca kraina opisana lekko, bez przeładowania zbędnymi szczegółami, a mimo to oddająca znakomicie atmosferę holenderskiego złotego wieku.
 
      Mistrza Jacoba Haitinka ze świecą szukać w spisach ówczesnych malarzy, gdyż powstał on w wyobraźni Flegga. Bardzo odpowiada mi pomysł autora, by nie wsadzać do powieści Veermera, kolejnej postaci historycznej, która przede wszystkim odciągałaby uwagę czytelnika od miasta, fabryki porcelany, stosunków między katolikami i protestantami, życia ówczesnych kobiet, od całego tła społeczno - obyczajowego, tak ważnego dla tej książki. W momencie, gdyby w pracowni malarskiej swoje pędzle i składniki do sporządzania farb rozłożył mistrz Johannes, mówiłoby się tylko o tym, że "Skrzydła nad Delft" są kolejną, po "Dziewczynie z perłą", powieścią o nim i o jego twórczości. Irlandzki pisarz sprytnie zdołał tego uniknąć, dzięki czemu nie skupiamy się na postaci malarza, ale na całym procesie twórczym, na magii świata, który nieodwracalnie przeminął. Obserwujemy, w jaki sposób tworzyło się kompozycję, która następnie była przeniesiona na płótno, z jakich składników powstawały farby, z zaskoczeniem stwierdzamy, że bycie malarzem było jednoznaczne z koniecznością znajomości tajników chemii. 
 
      Dzięki odsunięciu punktu ciężkości od postaci malarza, autor "Skrzydeł nad Delft" mógł z powodzeniem, nienachalnie, wprowadzić do swojej powieści wiele innych, znanych nam z historii, nazwisk. Spotykamy młodego Benedicta Spinozę, zwanego jeszcze wówczas Baruchem, wiele słyszymy o tworzącym w Amsterdamie Rembrandcie, a przede wszystkim stajemy w progu domu Carela Fabritiusa, stając się świadkami powstawania jego uroczego portretu małego szczygła. 
 
Carel Farbitius, Szczygieł (1654)
 
      Data, która widnieje na obrazie, jest bardzo znamienna. 1654 był rokiem tragicznym dla Delft. 12 października miastem wstrząsnęła olbrzymia eksplozja trzydziestu ton materiałów wybuchowych składowanych w prochowni. "Piorun nad Delft" zniszczył sporą część zabudowań i pozbawił życia wielu obywateli, w tym mistrza Carela Fabritiusa. O tym wydarzeniu Aubrey Flegg opowiada delikatnie i z wyczuciem. Mamy wrażenie, że nie jest to dla niego odległe echo historyczne, ale coś, co mocno wpłynęło na niego i jego postrzeganie świata. Wątki, z taką umiejętnością splatane w intrygującą całość, mają zaskakujące, świeże zakończenie.
 
      Nie spodziewałam się wiele po tej powieści, dzięki temu niespodzianka była większa. Całkowicie zawładnął mną niderlandzki świat pełen barw i światła, gwaru miejskiego targu, trzepotu skrzydeł mew szybujących nad rzeką, zapachu farb w pracowni geniusza, a przede wszystkim życia dziewczyny takiej jak ja, która użycza mi swoich oczu rozjaśnionych pragnieniem poznawania i uczenia się, oprowadzając mnie po świecie, w którym miała szczęście żyć.

 

"Justyna Skotnicka powraca do swoich rodzinnych stron. Zostaje kustoszem niewielkiego muzeum hrabiny Doenhoff. Pełna obaw, czy poradzi sobie w nowej sytuacji, przejmuje również tymczasową opiekę nad synami siostry: niesfornym pierwszoklasistą, Kubą i jego dużo starszym bratem, Maciejem. W Brzozowie zamierza spędzić tylko rok. Wbrew oczekiwaniom nadchodzący czas przyniesie jej sporo niespodziewanych wrażeń. Kobieta pozna związaną ze Śląskiem Cieszyńskim rodzinę Kossaków i ekscentrycznego Witkacego, porozmawia z dawną dziedziczką Brzozowa, spotka wyniosłego prawnuka hrabiny, a także mieszkańców prowincji. Odtworzy niezwykłe wydarzenia z przeszłości, wpisane w rytm wielkiej historii, dostrzeże urok zmieniających się pór roku, które z dala od zgiełku wielkich miast każą spojrzeć na życie i ludzi z innej perspektywy. Czy Justyna znajdzie prawdziwe i dojrzałe uczucie? Jaki wpływ na nią i  mieszkańców prowincji będą miały rozwiązane zagadki i ujawnione tajemnice?"


      Ależ mnie Leń dopadł. Lenia tłumaczy się zazwyczaj ucieczką weny twórczej, czyli gremialnym wyjazdem wszystkich olimpijskich muz na wycieczkę. Wszystkich, bo nigdy nie wiem, która w rzeczywistości odpowiada za moje zwyczajowe gadulstwo: Calliope, Clio, czy może ta, którą lubię najbardziej, czyli Thalia :) Niemniej jednak czasami trzeba rzeczy nazywać po imieniu, a nie poetyzować na siłę - to po prostu zwykły,prozaiczny Leń przez wielkie L. Wakacyjna egzystencja jest jakimś wytłumaczeniem - jeździ się to tu, to tam, a nawet jak się nie jeździ, to ma się Bąbla przez cały dzień w domu i trzeba mu rozrywkę zapewniać. Warunki do pisania znikome. A wieczorami tak ciągnie do książki czy do filmu... Mam nadzieję, że nie gniewacie się na mnie za ten tradycyjny letni przestój i nie zrezygnujecie z zaglądania tutaj.

      Minęło już sporo czasu od chwili, w której postanowiłam polecić Wam książkę miłą, lekką i przyjemną (postanowiłam i udałam się na wakacje, po czym przez jakiś czas nie chciało mi się postanowienia zrealizować - i jak widzicie, zwaliłam winę na Lenia). Wszelkiej maści sondaże, listy i prognozy dostępne w Internecie od początku wakacji twierdziły, że taka właśnie lektura jest do walizki i na łono natury najbardziej pożądana. W moim przypadku pora roku nie ma tu nic do powiedzenia, wybór zależy tylko i wyłącznie od mojego humoru i ochoty, więc "podpowiadacze", którzy chcą mi włożyć w dłonie tonę niezbyt wymagających powieści obyczajowych, są mi zazwyczaj zbędni. Przeglądam jednak ich propozycje, bo zdarza się, że natrafię na coś interesującego, na co normalnie uwagi bym nie zwróciła. I właśnie taką sympatyczną książeczkę, wyłowioną przypadkiem, chciałam polecić tym z Was, których najdzie ochota na przeczytanie czegoś niezwykle przyjemnego, niewymagającego skupienia i głębszej kontemplacji. Cóż, jeszcze zdążę, w końcu lato trwa - niektórzy ciągle mają wakacje, inni rozkoszują się urlopem, wszyscy mają sporo pięknej, chwilami wręcz upalnej, pogody (pomijam trąbę powietrzną, która niedawno przemknęła w mojej okolicy).

      Powieści obyczajowe są tą częścią literatury, po którą sięgam najrzadziej - pierwszeństwo mają zawsze historia, biografie, fantastyka... Nie znaczy to, że nie czytam ich wcale. Po prostu fabuła musi mnie wyjątkowo zaintrygować, żebym odłożyła na chwilę grubachne tomy o postaciach, które żyły wiele lat temu albo o podróżach do światów pełnych smoków i zajrzała do książki opisującej życie ludzi współczesnych, takich jak ci, którzy otaczają mnie na co dzień, mijają każdego dnia, mieszkają wokół. Przeglądając przedwakacyjne zestawienia powieści tego typu zwróciłam uwagę na książeczkę, której treść wyjątkowo mnie zainteresowała. Po pierwsze - magiczne słówko "hrabina", po drugie - równie magiczne nazwisko "Kossak" (Witkacego pomijam, bo magiczny to on dla mnie wcale nie był), a po piąte przez dziesiąte - historia, zagadki i tajemnice. Jako bonus dokładam "prawnuka hrabiny" - arystokratyczni sukcesorzy zawsze, ale to zawsze, okazują się godnymi tego, by zwrócić na nich uwagę :)

      "Tajemnice prowincji" to książeczka niezwykle sympatyczna. Bohaterka jest ujmująca, miejsce akcji jest urokliwe, przygody, w których bierzemy udział są nader wdzięczne. Czy muszę dodawać, że prawnuk hrabiny też jest całkiem do rzeczy? :) W sumie wszystko jest tutaj trochę za bardzo urzekające, by było prawdziwe i naturalne, niemniej jednak ja osobiście od tego typu opowiastek realności nie wymagam. Niech sobie świat przedstawiony będzie przyjazny i radosny - przypuszczalnie niejednemu czytelnikowi (mnie nie wyłączając) humor poprawi i pozwoli marzyć o tym, że wszystko jest możliwe:) To trochę taka komediowa telenowela na papierze - po kilku stronach lektury byłam święcie przekonana, że zaraz pojawią się panowie trzeźwi inaczej siedzący na ryneczku pod drzewkiem i filozofujący ile wlezie. I się nie pomyliłam! Podobnie było z dziarskim księdzem proboszczem - zabraknąć go po prostu nie mogło! :)

      Główna bohaterka to mieszkanka Krakowa, która podejmuje decyzję o chwilowym powrocie do małego miasteczka, z którego pochodzi. W pewnym sensie podziwiam decyzję, którą świadomie podjęła, bo ja bym się teraz na taki krok nie zdecydowała. Dawno temu, gdy byłam jeszcze zbyt młoda, by wiedzieć, co dla mnie najlepsze, zrobiłam mniej więcej to, co zrobiła Justyna i będę tego żałowała do końca życia. Miastowa jestem i miastowa pozostanę. Najchętniej mieszkałabym w wielkiej metropolii, cisza, spokój i piękne krajobrazy odpowiadają mi tylko wówczas, gdy żyję wśród nich przez kilka dni podczas wakacyjnych wojaży. Nie martwcie się jednak o naszą heroinę - odnajduje się ona doskonale w małomiasteczkowej atmosferze i z dnia na dzień czuje się coraz bardziejspełniona i szczęśliwa.

      Justyna obejmuje posadę kustosza małego muzeum hrabiny Doenhoff w Brzozowie na Śląsku Cieszyńskim. Pracę tę otrzymuje dzięki mamie, która jest burmistrzem i to jest motyw, który niezwykle mnie zirytował, jako że mam po dziurki w nosie wszechobecnego kumoterstwa i załatwiania pracy członkom rodziny. Idylliczność świata przedstawionego musiało jednak zrównoważyć coś, co ma naprawdę miejsce w naszej polskiej rzeczywistości - bajka doprawiona odrobiną niewesołych faktów i całość od razu nabiera cech prawdopodobieństwa. Nawet prawnuk hrabiny :) Nie wszystko układa się tak, jak Justyna by sobie tego życzyła, ale dziewczyna powoli nabiera dystansu do niepowodzeń, a oszałamiające sukcesy, które przychodzą z czasem, stokrotnie wynagradzają jej wszelkie smutki i porażki.

      Jak na wykształconą i ambitną młodą kobietę, Justyna nie jest jakoś szczególnie rozgarnięta, ale opisana została w taki sposób, że nie sposób jej nie polubić. Z czasem zaczęłam się z nią identyfikować i kibicować jej poczynaniom, bo któż by nie chciał, przynajmniej w wyobraźni, odnaleźć na strychu skarbu, stać się medialną sensację, utrzeć nosa zarozumiałej arystokratce i w końcu... no wiecie, prawnuk hrabiny :) Najciekawszym wątkiem jest oczywiście odnalezienie nieznanego obrazu Witkacego, które rzeczywiście miało miejsce, a które autorka zgrabnie wplotła w fabułę. I choć szumnie zapowiadani Kossakowie pałętają się gdzieś na marginesach, to jednak całość czytało mi się zadziwiająco miło i radośnie! :)

      W opisie okładkowym jest coś, co dodatkowo zwróciło moją uwagę - "urok zmieniających się pór roku". Mimo iż nie jestem zwolenniczką mieszkania na łonie natury, to jednak przyroda mnie zachwyca, a już zwłaszcza wówczas, gdy widzę, jak ten sam krajobraz przeobraża się wraz z upływem czasu. Dlatego też z zaciekawieniem szukałam zapowiadanych opisów i tego, w jaki sposób, poprzez te zmiany, Justyna spogląda na świat. Niestety, motyw został zaprzepaszczony zupełnie - początek obiecujący, ale potem autorka jakby zupełnie zapomniała o tym założeniu i jedynie kilka mało zwracających uwagę wzmianek pojawia się na kartach książki od czasu do czasu.

      "Tajemnice prowincji" mają swoje wady, ale mimo wszystko jest to książka pełna pozytywów. Niektórzy odnajdą w niej pochwałę codzienności i pozytywnego spojrzenia na życie, inni wagę szanowaniatradycji i tego, co bezpowrotnie przemija - uczynności, dobroci, prostolinijności. Ktoś zwróci uwagę na prawdziwość splatających się losów kilku pokoleń i wpływ tego, co odeszło na to, co nadchodzi. Dla kogoś innego ważny będzie niezaprzeczalny urok opowieści, która może nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością, ale pozwala mieć nadzieję, iż każdy ma szanse na spełnienie marzeń. Miło czasami oderwać się od realiów i dać ponieść ku cukierkowemu światu, w którym każda szara myszka może zdobyć serce arystokraty, a na historyków sztuki na strychach czekają nieodkryte skarby.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 304 s.
Oprawa: miękka 
ISBN: 9788377853658 

 

Teraz czytam

Szkoła neuronów
Marek Kaczmarzyk
Wiedźmie opowieści
Olga Gromyko