Zielono w głowie

Przeszłość to głębia, to przestrzeń, tęsknota. Każdy rok w historii istnienia człowieka przynosił ze sobą coś, co fascynuje - coś pięknego, intrygującego, porażającego, dającego do myślenia. Historia jest przepełniona olśnieniami. Czasem cofam się w czasie i podróżuję po epokach, innym razem znikam w lasach wyimaginowanych rzeczywistości powstałych w umysłach pisarzy, aby niebawem wyłonić się tu i teraz. Blog powstał po to, bym mogła się dzielić myślami, fascynacjami, recenzjami, tekstami.

Kompas w dłoni, pies u boku - można szukać skarbu!

To tylko pies? - Suzanne Selfors
"Poznaj Homera Puddinga, chłopca, którego marzeniem jest zostać poszukiwaczem skarbów. Kiedy wujek Drake, słynny poszukiwacz skarbów, zostaje połknięty przez żółwia, Homer dziedziczy po nim dwie rzeczy: leniwego, pozbawionego węchu basseta i pewną tajemnicę. Dlaczego wuj nazwał tego niezdarnego psa jego największym skarbem? Dlaczego włożył złotą monetę w obrożę? I kto będzie kontynuował poszukiwania największego na świecie skarbu piratów? Dołącz do Homera, jego siostry Gwendolyn i psa podczas przygód, które sprawdzą ich spryt i odwagę. Bohaterowie wyruszą w świat, w którym bezwzględni poszukiwacze skarbów czają się za każdym rogiem. Przy okazji dowiedzą się, że pies wujka ma ukryty talent i że skarb może być bliżej, niż im się wydaje..."
 
 
Dzieci mają różne plany na przyszłość - chcą być strażakami, grafikami komputerowymi, projektantami klocków Lego, modelkami, lekarzami... I fajnie, tylko że owe marzenia wyglądają zazwyczaj na przetworzone przez rzeczywistość i zdroworozsądkowe - przecież wyżej wymienione zawody istnieją i ktoś musi je wykonywać. A ja się pytam - kim te dzieci chciałyby zostać NAPRAWDĘ? Autorzy książek dla młodych czytelników, zanim zabiorą się za pisanie, też muszą zadać sobie to pytanie. I jeśli znajdą na nie odpowiedź, to połowa sukcesu za nimi.
 
Drążenie tematu wcale nie przynosi zaskakujących wyników, bo większość przyciśniętych do muru dziewczynek odpowie, że tak naprawdę, na uszko szepcząc, najbardziej nęcąca jest kariera księżniczki (względnie wróżki). Gdybym była klasyczną przedstawicielką swojej płci, to zapewne powiedziałabym to samo - jestem w stanie wyobrazić sobie pragnienie posiadania zamku, szafy pełnej najpiękniejszych kiecek, jednorożca w stajni i księcia w... ehm, pokoju obok. Nie doszukujcie się w tym żadnego szyderstwa, mówię najzupełniej serio - bycie księżniczką musi być kapitalną sprawą, pod warunkiem, że ma się życie takie, jakie księżniczka mieć powinna, a nie takie, jakie prawdziwe księżniczki zazwyczaj mają (patrz: Sissi, cesarzowa Zyta czy lady Diana). I choć w dzieciństwie pragnęłam czegoś innego, to doskonale rozumiem tęsknoty dziewczęcych serduszek.
 
Kim chcą być chłopcy i dziewczynki mojego pokroju? Tak naprawdę, z ręką na sercu, bez oglądania się na realność? Kosmonautami! Poszukiwaczami skarbów! Piratami! Czarodziejami! (Dziwne, ale jakoś nie zetknęłam się z chłopcem, który chciałby być księciem; był jeden pragnący zostać księżniczką, ale na szczęście szybko mu się odwidziało). Nam, awanturnikom jest łatwiej niż dziewczynkom - na dobrą sprawę, jak się człowiek uprze, to kosmonautą zostać można, a i archeolog może być poszukiwaczem skarbów, podczas gdy książąt na świecie jak na lekarstwo, a okazji do zostania żoną Harry'ego Windsora raczej bym nie szukała. Niemniej jednak to są właśnie te plany bajkowe, wspaniale dziecięce, niezniszczone przez nienaturalne dążenie do skracania maluchom dzieciństwa.
 
 
Skupimy się teraz na poszukiwaczach skarbów, jako że taki właśnie zawód miałam w planach przez wiele lat, począwszy od okresu przedszkolnego, a skończywszy... cóż, tak naprawdę nigdy nie skończywszy, bo studia archeologiczne ciągle zostają sprawą otwartą. Przeznaczony mi książę dostał dyspensę i mógł białego konia wykorzystywać li tylko do polowań, a ja zajęłam się marzeniami o odkryciu Atlantydy i odszukaniu kompletnej, zmontowanej Bursztynowej Komnaty (o Świętym Graalu nie wspomnę, bo to bajka! ;) ). Zaczytywałam się w "Przygodach Trzech Detektywów" i w historiach o Panu Samochodziku, uwielbiałam takie lektury, jak "Skarb pradziadka" Ewy Kołaczkowskiej.
 
Na dobrą sprawę nigdy nie musiałam zakończyć mojej zabawy w Indianę Jonesa, ponieważ dobry i wyrozumiały Pan Bóg obdarzył mnie synem. Nie muszę ukrywać się po kątach, gdy chcę poczytać książki z serii "Ulysses Moore", bo mam słuchacza, który pomaga mi zachować pozory - przecież to jemu czytam, a nie sobie! ;) Mogę z czystym sumieniem łazić po ruinach średniowiecznych zamków i szukać ukrytych skrytek oraz obładowywać półki kolejnymi tomami dziecięcych i młodzieżowych przygodówek!
 
Teraz już chyba nikt nie będzie zdziwiony, że powieść "To tylko pies?!" została przeze mnie nie tylko zauważona, ale w tempie przyspieszonym przeczytana Bąblowi podczas wieczornych wypraw w świat fantazji. Dziecko moje ma już dziewięć lat, więc właściwie mogłoby sobie samo książkę przeczytać, ale mamusia nie była w stanie przepuścić takiej okazji! 
 
 
 
Historia chłopca o imieniu Homer, któremu ojciec zaplanował przyszłość hodowcy kóz, a który marzy o wyruszeniu w świat w poszukiwaniu skrzyń pełnych złota, przyciąga każdego, kto kocha przygody, ukryte komnaty, dziwne mapy, niesamowite pojazdy, groźne zwierzęta i wredne czarne charaktery. Akcja toczy się wartko, jest pełna niespodziewanych zwrotów i ciekawych rozwiązań fabularnych. Oprócz pomysłu, największą zaletą powieści jest przesłanie: cóż z tego, że jesteś chłopcem o nazwisku Pudding, którego nie można nazwać szczupłym i wysportowanym, cóż z tego, że nie jesteś za bardzo lubiany przez kolegów, bo ciężko się bawić z kimś, kto nosa z książek nie wystawia, cóż z tego wreszcie, że mieszkasz w zabitej deskami wiosce, z której droga ucieczki jest usiana kamieniami i drutem kolczastym. Nic nie może stanąć na przeszkodzie komuś, kto chce zostać poszukiwaczem skarbów, nikogo nie można zmusić do rezygnacji z marzeń!
 
Homer ma wujka, który rozbudza w nim pasję i utwierdza w przekonaniu, że nic nie jest niemożliwe. Niestety, Homer wujka traci w dramatycznych i niezwykle tajemniczych okolicznościach, a jedynym spadkiem po nim okazuje się być... pooowolny i melancholijny psiak, który stracił węch, więc jest w pewnym sensie inwalidą. Lawina wydarzeń rusza w chwili, gdy dwunastoletni bohater dokonuje czynu potwornego, makabrycznego i odrażającego - własnoręcznie, choć niechcący, zaprósza ogień w bibliotece, puszcza ją z dymem i zrównuje z ziemią. W tym momencie miałam ochotę porzucić lekturę - jak można obarczać dziecko tak potworną zbrodnią!? Całe szczęście, że Homerowi udaje się zrehabilitować. W pewnym sensie, bo życia to książkom nie wróci.
 
Przygody chłopca wciągają, a bohaterowie, choć dość schematyczni, to jednak świetnie wpisują się w konwencję książek dla dzieci, którym nie potrzeba wcale pogłębionych psychologicznie i niespotykanych nigdzie dotąd postaci. Mamy tu coś dla miłośników zwierząt (sympatyczny pies, wzbudzający mieszane uczucia szczur i zdecydowanie nienadający się do przytulania żółw), dla fanatyków niestandardowych środków lokomocji, dla wielbicieli tajemniczych map, zagadek, pościgów i ciemnych, nie-wiadomo-dokąd prowadzących tuneli. Znajdzie się też kilka dramatów dla tych, którzy szukają opowieści "z trupem", więc lektury nie polecam młodszym osobnikom, których wrażliwości nie stępiła jeszcze mitologia grecka! ;) 
 
Napięcie - jest, dobra zabawa - także, nie brakuje mądrego przesłania (choć przydałby się większy nacisk na pochwałę odpowiedzialności i niedoprowadzania rodziców do zawału). W czasie lektury bawiliśmy się dobrze, choć słuchacz zdecydowanie lepiej od lektora.
 
 
 
 
Rozczarowaniem jest styl powieści. Słabiutki, pełen powtórzeń, banalnych dialogów, irytujących wyrazów dźwiękonaśladowczych i zmarnowanego potencjału scen. Jednym słowem - niewymagający. Przy tym średnio zabawny, choć nie powiem, ze dwa razy oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Niestety, kolejny to dowód na to, iż spory procent dzisiejszych autorów (a także tłumaczy i redaktorów) książek dla dzieci nie szanuje swoich odbiorców (w przypadku literatury dla młodzieży ten problem jest wręcz zatrważający!). Używają stylu infantylnego i płytkiego zakładając, że czytelnicy nie zrozumieją ciekawszych, oryginalniejszych i bardziej barwnych sformułowań, że nie potrzebują niczego, poza pędzącą na złamanie karku akcją. Nie przypuszczają, że niejeden dziewięciolatek zwróci uwagę na wyraz "kamienny", pojawiający się czterokrotnie w jednym niedługim akapicie. Dodatkowym minusem jest fatalna korekta, bo tekst roi się od błędów interpunkcyjnych, stylistycznych, trafił się nawet ortograficzny. A przecież czytanie książek ma kształtować styl i poprawność wypowiedzi...
 
Podsumowując: książka podobała się, ale nie do końca, wciągała, ale nie bez reszty. Bąbel już się dopytuje o dalsze części, ja także ich wyglądam, bo mimo wszystko czytało się miło, ale moim zdaniem nie będzie to lektura, która oprze się działaniu czasu i będzie czytana przez nasze wnuki i prawnuki. 

Zapraszam na bloga ZIELONO W GŁOWIE :)

 

Tytuł: To tylko pies?!
Tytuł oryginalny: Smells like dog
Autor: Suzanne Selfors
Wydawnictwo: Wilga
Rok wydania: 2010
ISBN: 9788328018068
Ilość stron: 382
Format: 13.5x20.5cm
Oprawa: Miękka

 

Recenzja powstała dla portalu:

 

 

Guwernantki w natarciu. Kierunek: Rosja!

Gdy panna Emmie była w Rosji - Harvey Pitcher
 

 

„Wyjazd do carskiej Rosji i podjęcie tam pracy nie były łatwymi krokami w życiu, jednak decydowało się na nie wielu przybyszów z Zachodu, w tym i guwernantki. Wszedłszy dzięki temu do środowisk rosyjskiej arystokracji i klasy średniej, osiągnęły rangę, której odmawiano im w kraju rodzinnym. Oczarowane, ale i przytłoczone nieznanym i odległym zakątkiem świata, próbowały odnaleźć się w obcej kulturze. Pokonanie różnic stało się ich wspólną pasją. Poznały Rosję przyziemną, zajętą codziennymi sprawami, problemami i troskami. Chociaż słynącą także z przyjęć oraz wystawnych balów. Gdy na początku XX wieku anarchia i chaos ogarnęły Rosję, panna Emmie Dashwood znajdowała się w samym epicentrum tych wydarzeń. Wspomnienia jej i innych angielskich guwernantek układają się w niezwykłą opowieść o prawdziwym obliczu dwóch rosyjskich rewolucji i wojny domowej. 
Te unikatowe relacje z pierwszej ręki zebrał i ocalił Harvey Pitcher."



Zawód guwernantki jest dzisiaj otulony romantyczną mgiełką. Nie zmienią tego takie książki jak "Agnes Grey" Anny Brontë, nic nie dadzą pełne pogardy słowa panny Ingram z "Jane Eyre" Charlotty Brontë czy przeżycia Sugar ze "Szkarłatnego płatka i białego" Michela Fabera. Prywatne nauczycielki są dla nas nierozerwalnie powiązane z XIX wiekiem, z jego legendą, a przede wszystkim z przeidealizowanym wyobrażeniem wiktoriańskiej Anglii.
 
Parę dni temu zaczęłam pisać recenzję książki "Gdy panna Emmie była w Rosji" Harvey'a Pitchera. Sięgnęłam po nią, bo sprawiała wrażenie idealnego połączenia dwóch przyciągających mnie jak magnes tematów. Jeden z nich to ostatnie lata znikającej bezpowrotnie carskiej Rosji, drugi - historia angielskich guwernantek, które w drugiej połowie dziewiętnastego stulecia rozlały się po wszystkich zakątkach cywilizowanego świata. Książka okazała się nie tylko wyjątkowo ciekawa, ale przede wszystkim otworzyła mi oczy na prawdę, z której nie do końca zdawałam sobie sprawę - że wcale, ale to wcale nie byłabym zachwycona, gdyby przyszło mi pewnego dnia obudzić się i stwierdzić, że przeniosłam się jakieś 150 lat wstecz, a zza drzwi dobiega mnie właśnie głos, pytający, dlaczego jeszcze nie czekam w pokoju szkolnym, skoro dzieci moich pracodawców są już dawno na nogach!
 
W kilku pierwszych zdaniach recenzji chciałam delikatnie zarysować Wam sytuację dziewiętnastowiecznych kobiet, zmuszonych do pracy zarobkowej, którym społeczeństwo wiązało ręce, nie dając ani gruntownego wykształcenia, ani możliwości godnego i uczciwego zarabiania na utrzymanie - poza łaskawym zezwoleniem na bycie nauczycielką domową. Dodałam trochę cytatów i planowane parę zdań rozrosło się do niebotyczny rozmiarów - z tego też powodu uszczęśliwiłam Was ;) osobnym tekstem o guwernantkach, który znajdziecie TUTAJ.
 
Teraz najwyższy czas przejść do meritum i powiedzieć Wam, dlaczego żałowałabym, gdybym po książkę Pitchera nie sięgnęła i dlaczego - niestety - nie każdemu się ona spodoba.
 
W drugiej połowie dziewiętnastego stulecia angielski rynek pracy kipiał od nadmiaru guwernantek. Nie wystarczały już dobre chęci, żeby znaleźć miejsce za parę funtów rocznie - teraz trzeba było mieć także spore znajomości, doświadczenie i wiedzę. Ekspansja kolonialna Imperium sprawiła, że sporo dziewcząt znalazło pracę u rodaków za granicą, jednak to ciągle nie rozwiązywało problemu. Z pomocą przyszła moda - cały cywilizowany świat zapragnął spijać wiedzę o angielskich rzeczownikach, zwrotach i konstrukcjach składniowych z ust brytyjskich nauczycielek.
 
V. Perov, Przybycie guwernantki do kupieckiego domu, 1866
 
Niezwykle atrakcyjnym rynkiem okazała się Rosja - ze względu na dobre warunki i doskonałe wynagrodzenie. Dla kobiet, które wyprawę dopiero rozważały, daleki i zimny kraj carów wydawał się niemal obcą planetą, ale zdesperowane, nie miały wiele do stracenia. Te, które zaryzykowały i podjęły trudną decyzję o wyjeździe, nigdy tego nie żałowały. Aż do rewolucji bolszewickiej były ważną częścią rosyjskiej klasy wyższej. Traktowane jak domownicy, w najgorszym razie ich pozycja była równa wyższym rangą służącym. Sporo z nich mieszkało w pałacach, uczyło książęce dzieci. Kilka z nich wylądowało na dworze cara (polecam wspomnienia Margareth Eagar "Six years at the Russian court" - miejscami nudnawe, ale warte zgłębienia).
 
"Pogrążam się w coraz większej rozpaczy, Molly. Chyba spróbuję szczęścia w Rosji. Słyszałam o wolnej posadzie dla angielskiej guwernantki w Moskwie, w rodzinie posiadającej całą prowincję i chłopów pańszczyźnianych na setki. Odkładam pisanie listu, aż dotrę na miejsce, będę tam tak samo na uboczu, jak gdybym była zamężna".
Cyntia Kirkpatrick, bohaterka książki 'Żony i córki" Elizabeth Gaskell
 
Autor książki "Gdy panna Emmie była w Rosji" dokonał wspaniałej rzeczy - dotarł do ostatnich żyjących kobiet, które na początku XX wieku wyjechały z kraju, by uczyć angielskiego rosyjskie dzieci. Było to możliwe z kilku powodów - po pierwsze: książka Pitchera powstała w latach 70. zeszłego wieku, po drugie: okazało się, że brytyjskie guwernantki to osoby wyjątkowo długowieczne. Ich hart ducha oraz siła psychiczna i fizyczna sprawiały, że sporo z nich żyło ponad dziewięćdziesiąt lat - a każda z jasnym umysłem i niezmąconymi wspomnieniami.
 
Poznajemy między innymi uroczą i niezwykle przedsiębiorczą Scottie oraz ciekawską i inteligentną Edith Kirby, która wróciła do Rosji z bezpiecznego Szanghaju, bo chciała zobaczyć czym jest rewolucja. Główną bohaterką książki stała się Emmie Dashwood, która wyruszyła w niezapomnianą podróż w 1911 roku. O swojej wielkiej rosyjskiej przygodzie opowiedziała Harvey'owi Pitcherowi, pisarzowi i tłumaczowi języka rosyjskiego, który od tamtej pory nie spoczął, dopóki nie dotarł do kilku innych uroczych starszych pań - źródeł wiedzy o życiu guwernantek w Rosji przedrewolucyjnej.
 
Polski podtytuł książki jest trochę mylący. Brzmi on: "Dzieje angielskich guwernantek na tle rewolucji październikowej", podczas gdy w oryginale jest bardziej adekwatny do treści: "English governesses before, during and after the October Revolution" - "przed, podczas i po"! Przedzierając się przez pierwszą połowę książki znalazłam w niej zarys historii domowych nauczycielek, które żyły i walczyły z rzeczywistością przez cały niemal XIX wiek i nijak się to miało do rewolucji październikowej. Powodów do narzekań nie miałam, bo poszerzenie tematu odpowiadało mi dużo bardziej, niemniej jednak wolałabym, żeby polskie tytuły trzymały się oryginałów.
 
E. Shanks, Zatrudnianie guwernantki, ok. 1913
 
Wróćmy do sformułowania "przedzierać się", którego użyłam wyżej. Tak właśnie było w przypadku pierwszych rozdziałów. Są ciekawe, ale pozostawiają wiele do życzenia. Miejscami przeteoretyzowane i nużące, jako całość są chaotyczne i zapełnione ogólnikami. Czytelnik, który spodziewał się, że wraz z autorem zgłębi nie tylko życie Angielek pracujących w Rosji, ale zajrzy także za kulisy i dowie się czegoś o rosyjskim społeczeństwie, będzie rozczarowany. Autor nie miał dostępu do obszerniejszych, a przede wszystkim ciekawych dziewiętnastowiecznych wspomnień z pierwszej ręki, nie mógł więc opisać ze szczegółami tego, co chciałabym w jego książce znaleźć. Pierwsza połowa książki to historia zawodu guwernantki i wyjazdów zagranicznych, w tym do Moskwy i Petersburga, ale bez gawędziarskiego pazura. Wiedzy w niej sporo, ale tak wymieszanej i niespójnej, że miejscami ciężko przez nią przebrnąć.
 
W chwili, gdy wkraczamy na teren dobrze znany Emmie Daswood i jej koleżankom, zaczyna być ciekawiej. Więcej tu szczegółów, obrazów, więcej polotu. Zagłębiamy się w życie na rosyjskiej wsi, wchodzimy do pałaców i dworów. Obserwujemy wszystko z perspektywy nauczycielek, które niby wiele nie widziały i nie słyszały, siedząc zamknięte w szkolnych pokojach swoich podopiecznych, jednak uszy i oczy miały otwarte, a wrodzona spostrzegawczość i ciekawość dawała im możliwość zauważać niejedno fascynujące zjawisko. 
 
"Członkowie rosyjskiej wyższej warstwy byli biegłymi i zdolnymi lingwistami. Język ojczysty nie przydawał im się poza granicami Rosji. Potrafili doskonale porozumiewać się zarówno w języku francuskim, jak i rosyjskim, a nierzadko arystokracja mówiła płynnie także po angielsku i niemiecku. Dziwniejsze wydaje się to, że bardzo często pierwszym językiem, którego uczyło się rosyjskie dziecko z warstwy wyższej, nie był rosyjski, ale francuski albo angielski. Język narodowy miał niższy status - był to język kuchni, chwytany mimochodem od niani i służących. Odnosiło się wrażenie, że Rosja nie miała własnej kultury, ale zapożyczała ją od Europy Zachodniej, zwłaszcza Francji".

 

Z czasem zaczyna być naprawdę interesująco. wybucha rewolucja, niektóre guwernantki nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Wyjeżdżają same lub z rosyjskimi rodzinami, dla których pracują, by wkrótce powrócić - z ciekawości lub tęsknoty. Od tego momentu nie można się już od książki Pitchera oderwać.
 
Bałaganiarski charakter opowieści ma źródło w tym, że autor postanowił przeskakiwać od jednej bohaterki do drugiej bez wyraźnego zaznaczenia tego faktu, wymieszał je ze sobą, dorzucając do garnka wielkie ilości znajomych i członków rodziny każdej z nich, przez co dopiero po dłuższym czasie byłam w stanie odróżnić jedną od drugiej i pojąć, dlaczego teraz przebywam na Krymie, a nie, jak jeszcze przed momentem, w Petersburgu. Do tego dochodzą zbyt szybkie i zaskakujące retrospekcje oraz gwałtowne wybieganie w przyszłość - trzeba cierpliwości, żeby z tego chaosu wysupłać wspaniałości, których mimo wszystko książka jest pełna. 
 
Jestem szczęśliwa, że trafiłam na "Pannę Emmie", bo zawarta w niej wiedza jest nieoceniona. Prawdziwy pasjonat machnie ręką na fabularny zamęt i znajdzie w nim moc intrygujących i ważnych informacji. Jest wśród Was sporo osób, które kochają historię Rosji tak samo jak ja - nie wolno Wam przejść obok tej książki obojętnie! ;) 



Tytuł: Gdy panna Emmie była w Rosji. Dzieje angielskich guwernantek na tle rewolucji październikowej
Tytuł oryginału: When miss Emmie was in Russia. English governesses before, during and after the October Revolution
Autor: Harvey Pitcher
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788377853481
Ilość stron: 304
Format: 14.5x20.5cm
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
 

 

 

Gdy panny Brontë były guwernantkami...

Guwernantka.
 
Niepozorne słówko, które potrafi wywołać jedyne w swoim rodzaju emocje. Przypomina mi cudowne godziny spędzone nad najpiękniejszymi, pisanymi dawno temu powieściami. Niesie ze sobą powiew dziewiętnastego wieku i wizję armii panien z włosami związanymi w koczek, przemykających po posępnych korytarzach szkół i dworów. Dzięki literaturze dziewczęta te stały się ważnym elementem naszych wyobrażeń o czasach, w których przyszło im żyć. 
 
 
Hellen Allingham, Lekcja, ok. 1880
 
Romantyczny dla dzisiejszego czytelnika zawód guwernantki był w rzeczywistości gorzkim i ciężkim losem. Praca nauczycielki domowej była w XIX wieku jedynym godnym szacunku zajęciem dla dobrze urodzonej panienki, która została zmuszona do zarabiania na swoje utrzymanie. Nierzadko traktowane na równi ze służbą, lekceważone, często poniżane - życie guwernantek nie było usłane różami. Nie każda miała szczęście zostać przyjaciółką swojej podopiecznej, a następnie dobrze wyjść za mąż - jak panna Taylor, jedna z bohaterek "Emmy" Jane Austen. 
 
W literaturze polskiej nie znajdzie się wielu guwernantek. Na myśl przychodzi mi jedynie Joasia Podborska z "Ludzi bezdomnych", świetnie wykształcona, a tym samym dobrze przygotowana do zawodu, pracująca w przyjaznym środowisku i traktowana na równi z domownikami. Dla równowagi przypomina się los Marty z opowiadania Elizy Orzeszkowej, która zmuszona do podjęcia pracy, nie jest w stanie utrzymać się na stanowisku nauczycielki z powodu niewystarczającej wiedzy i braku odpowiednich umiejętności. Orzeszkowa zresztą niejednokrotnie pisała felietony o guwernantkach, które powinny wykazywać się wiedzą, znajomością języków obcych i talentem muzycznym, ale - z racji niskiego poziomu edukacji - nie są w stanie sprostać tym wymaganiom, a tym samym gardzi się nimi i kiepsko opłaca.
 
"Obok nielicznej arystokracji guwernantek, przyjmowanych do domów bogatych lub dostatnich, (...) doświadczającej jakich takich względów i otrzymującej płacę dającą niekiedy możność zebrania sobie choćby maluchnej sumki na godzinę starości lub choroby, mrowi się ogromna masa tych cichutkich i pokornych istot w ciemnych wełnianych sukienkach, z bladymi od strudzenia twarzami, ze spuszczonym od upokorzeń wzrokiem, istot, które bez powołania i zdolności, bez dostatecznego wykształcenia, pracują ciężko i najczęściej nieumiejętnie, z małą lub żadną dla uczennic korzyścią, dla siebie z płacą mogącą zaledwie odziać je w tę ubogą sukienkę, która je okrywa. (...) W razie choroby lub przy nadejściu starości potwór nędzy musi niezawodnie zajrzeć im w oczy (...)".
E. Orzeszkowa, Kilka słów o kobietach
 
O wiele więcej danych na ten temat dostarcza nam literatura angielska. Guwernantki znajdziemy w powieściach sióstr Brontë, w twórczości Elizabeth Gaskell - właściwie wszędzie jest ich pełno, tylko nie zawsze są bohaterkami wysuniętymi na pierwszy plan. Prywatne nauczycielki zapełniają stronice książek przez wiele lat, z czasem wychodzą poza ramy XIX wieku - spotykamy je u Arthura Conan Doyle'a i u Agathy Christie, współcześnie u Diane Setterfield ("Trzynasta opowieść") czy u Michela Fabera ("Szkarłatny płatek i biały").
 
Thomas Ballard, Nowa guwernantka, ok. 1877
 
Guwernantką była Anna Brontë, która swoje doświadczenia opisała w autobiograficznej powieści "Agnes Grey". Zamieściła tam ponurą, aczkolwiek w wielu miejscach prawdziwą wizję delikatnej, wrażliwej dziewczyny nękanej przez rozwydrzonych paniczów. Inna sprawa, że Anna, podobnie jak jej siostra Charlotta, nie miała odpowiedniego wykształcenia i charakteru, które dawałyby jej prawo do wychowywania i edukowania dzieci. Obie nie cierpiały swoich wychowanków, a zajęcie, do którego zostały zmuszone, uważały za poniżające.
 
"Pani Ingham mówiła podobno po latach, że zatrudniała kiedyś jako guwernantkę bardzo nieodpowiednią osobę, niejaką pannę Brontë, która pewnego dnia przywiązała dwoje dzieci do nogi stołowej, żeby jej nie przeszkadzały pisać".
A. Przedpełska-Trzeciakowska, Na plebanii w Haworth
 
Charlotta Brontë została nauczycielką w domu znajomych swojego ojca. Tak samo jak wcześniej jej młodsza siostra, została do tego zmuszona przez konieczność finansowego wsparcia rodziny. Stała się pomocą domową, permanentnie pozostającą do dyspozycji pracodawczyni.
 
"Chociaż dola prywatnej guwernantki była jej bardzo niemiła, to jednak miała obowiązek zdjąć z ojca ciężar jej utrzymania, a to była jedyna dostępna dla niej możliwość. (...) Niewątpliwie każdy, kto obiera karierę guwernantki, musi zrezygnować z wielu rzeczy; życie takie bez wątpienia musi być zawsze życiem pełnym wyrzeczeń; ale dla Charlotte Brontë było ono wypełnione nieustannymi usilnymi próbami skupienia wszystkich zdolności na celu, do którego realizacji nie zostały one nigdy przystosowane".
E. Gaskell, Życie Charlotte Brontë
 
Dziewczyna, która później tak dobitnie i sugestywnie opisała guwernancką dolę w "Jane Eyre", była porażona traktowaniem, z jakim spotkała się w domu ludzi równych jej urodzeniem, u których zgodziła się być nauczycielką. "Widzę teraz wyraźniej niż kiedykolwiek, że prywatna guwernantka to dla tych ludzi ktoś, kto nie istnieje i nie myśli, a kogo dostrzega się tylko w związku z jego ciężką pracą" - pisała w 1839 roku w liście do siostry Emily. Nie było to niczym niezwykłym w owych czasach, jednak przyznać trzeba, że w tym wypadku sporo winy leżało po stronie Charlotty. 
 
"Jeden z licznych kuzynów małych Sidgwicków, pan A.C. Benson, który bywał częstym gościem w Stonegappe, zarzucił w swoich wspomnieniach Charlotcie, że nie miała najmniejszych zdolności pedagogicznych, a poza tym była wciąż chorobliwie ponura. To prawda, że mój kuzyn... rzucił w nią kiedyś Biblią, ale inny mój kuzyn pamięta, iż kiedy ją proszono, by poszła z wszystkimi do kościoła, uważała, że się jej rozkazuje jak niewolnicy, a jeśli jej nie proszono, uważała, że się ją wyklucza z rodzinnego grona. Nie, Charlotta Brontë nie mogła być jako guwernantka osobą łatwą we współżyciu".
A. Przedpełska-Trzeciakowska, Na plebanii w Haworth 
 
Myślę, że większość z was zna Jane Eyre i jej przejścia z wyniosłą, przerysowaną panną Ingram (czy Charlotta jedynie przez przypadek wybrała dla niej nazwisko łudząco podobne do miana chlebodawczyni Anny?). W zachowaniu i słowach polującej na pana Rochestera dziedziczki autorka zawarła całe - typowe dla angielskiego społeczeństwa - spojrzenie na nieszczęsne guwernantki.
 
"Ja mam tylko jedno słowo do powiedzenia o całej tej zgrai: to plaga. (...) Co za figle Teodor i ja płataliśmy naszym pannom Wilson, paniom Grey i madame Joubert!"
"Mary i ja miałyśmy swojego czasu coś ze dwanaście guwernantek; połowa ich były to nieznośne kreatury, reszta śmieszne, a wszystkie czupiradła, nieprawdaż, mamo? (...)
- Moja najdroższa, nie mów mi o guwernantkach; samo to słowo działa mi na nerwy. Wycierpiałam męki z powodu ich nieumiejętności i grymasów. Bogu dziękuję, że skończyłam z nimi raz na zawsze!
Tu pani Dent nachyliła się ku nabożnej damie i szepnęła jej coś na ucho; przypuszczam, po odpowiedzi sądząc, że zwróciła jej uwagę, iż jedna z tej wyklętej rasy jest tu obecna. (...)
- Zauważyłam ją; znam się na fizjonomiach, a na jej twarzy widzę wypisane wszystkie wady jej klasy".
Ch. Brontë, Jane Eyre (1847)
 
Dziewczęta, wychowywane w duchu ówczesnego spojrzenia na kobiety, były w sporej mierze słabo wyedukowane (w końcu po co przyszła żona i matka ma znać się na chemii czy biologii, w jakim celu zapoznawać ją z językami obcymi?) i nienauczone postępowania z dziećmi. Trudne dla wielu rodzin czasy zmuszały je do podjęcia pracy zarobkowej, której znalezienie graniczyło z cudem. Z konieczności stawały się guwernantkami, bo tylko takie stanowisko oferowało im społeczeństwo. 
 
Richard Redgrave, Guwernantka, 1844
 
Szybko okazywało się, że kompetencje większości z nich są niewystarczające, a to z kolei sprawiało, że nauczycielki domowe stały się słabo opłacanym obiektem niechęci. Opinia ta rozciągnęła się na wszystkie przedstawicielki tego zawodu, także te, które posiadały odpowiednie kwalifikacje, więc całkiem spora grupa zdolnych i wykształconych zawodowych guwernantek zmuszona była do pracy za poniżające pensje - z powodu przepełnienia rynku. 
 
"W roku 1845 guwernantkę można było łatwo rozpoznać po bladej, przygnębionej twarzy (...). W latach 40. XIX wieku ponad sto guwernantek dawało codziennie ogłoszenie o przyjęcie do pracy. W 1850 r. 21 tysięcy wytwornych, szlachetnie urodzonych kobiet zapisano jako należące do najbardziej pogardzanego zawodu w wiktoriańskiej Anglii".
H. Pitcher, Gdy panna Emmie była w Rosji
 
Wszystkie razem wrzucano do jednego worka i traktowano gorzej od służących. Nie to jednak było najgorsze - dziewczyna, która podejmowała się tego zawodu, z miejsca traciła szansę na wyjście za mąż, gdyż jej ewentualne relacje z mężczyznami były pilnie śledzone przez pracodawców, nietolerowane. Co więcej, w wiktoriańskiej Anglii wiele prywatnych nauczycielek pod koniec okresu aktywności zawodowej, pozostawało nagle bez miejsca, w którym mogłyby mieszkać i bez środków do życia.
 
Niewiele pomagała literatura, piętnująca wyzysk i pogardę, na nic zdały się apele ludzi takich jak John Ruskin, angielski pisarz i krytyk, który w 1864 roku pisał: "Co za nauczycielki dajecie swoim córkom i jaki szacunek okazujecie nauczycielkom, które wybraliście? Co wasza córka pomyśli sobie o waszej ocenie jej osoby bądź o znaczeniu, jakie przywiązujecie do jej intelektu, skoro powierzacie formację jej charakteru, zarówno moralną, jak i intelektualną osobie, którą pozwalacie traktować służącym z mniejszym respektem niż waszą gospodynię (...)? Sami zaś uważacie, że to dla niej zaszczyt, gdy pozwolicie jej czasami posiedzieć wieczorem w salonie".
 
 
Emily Mary Osborn, Guwernantka, 1860
 
"Status młodej kobiety, która znalazła się w obcym domu, nacechowany był dwuznacznością. Jako osoba dobrego urodzenia nie należała do grupy służących. Nie mogła jednak czuć się równa państwu, którzy ją zatrudniali. Nie jadała w kuchni z pokojówkami i lokajami, ale poza wyjątkową okazją nie wolno jej było zasiadać przy stole z chlebodawcami. Gdy zachowywała się z uniżonością - nie zyskiwała respektu, zwłaszcza ze strony swoich podopiecznych. Gdy domagała się szacunku dla siebie - postrzegano ją jako hardą i niesympatyczną. (...) Prawie zawsze była ponad miarę obciążona pracą. Od rana przebywała w towarzystwie dzieci, a wieczorami obarczana bywała szyciem, naprawianiem odzieży i innymi robótkami ręcznymi. Za to wszystko otrzymywała żałosną zapłatę kilkunastu funtów rocznie".
E. Kraskowska, Siostry Brontë
 
Lata 60. XIX wieku przyniosły istotną zmianę. Mnóstwo zdesperowanych, ale przede wszystkim niezwykle odważnych młodych kobiet, postanowiło porzucić kraj, w którym ciężko im było znaleźć godną pracę i szacunek. Rozpoczęła się wielka ekspansja angielskich guwernantek, które niejednokrotnie znajdywały zatrudnienie bardzo daleko od domu. Najwięcej przygód przeżyły te, które wylądowały w Rosji. 
 
Ale o tym opowiem Wam już następnym razem. :)



Do poczytania:
A. Brontë, Agnes Grey;
Ch. Brontë, Jane Eyre;
E. Gaskell, Życie Charlotte Brontë;
E. Kraskowska, Siostry Brontë;
E. Orzeszkowa, Kilka słów o kobietach;
E. Ostrowski, Charlotte Brontë i jej siostry śpiące;
H. Pitcher, Gdy panna Emmie była w Rosji;
A. Przedpełska-Trzeciakowska, Na plebanii w Haworth.
 
Ilustracja z magazynu Punch

 

 

Zapraszam: http://zielonowglowie.blogspot.com/

W odwiedzinach u Mieszka

Lubonie. Powieść z X wieku - Józef Ignacy Kraszewski
"Jest rok 964. Nieopodal Gniezna do dworu należącego do rodu Luboniów nieoczekiwanie powraca z niewoli niemieckiej Włast, syn zamożnego władyki. Nikt nie wie, że ukrywa pewną tajemnicę. Jest bowiem chrześcijańskim duchownym, który przybrał imię Matia. Dowiaduje się o tym władca Państwa Polan, książę Mieszko, na którego dworze panują obyczaje pogańskie. Docierają tam jednak wieści o potędze kneziów i panów, którzy się ochrzcili. Ci zaś uchodzą za zdrajców i niemieckich przyjaciół, a lud, nie dowierzając im, stroni od nich i czyha tylko, by się ich pozbyć. Książę Polan także nie okazuje ochoty do nawrócenia. Tymczasem na ziemie polskie przybywa księżniczka czeska Dobrawa. Mieszko ją poślubia i przyjmuje chrzest. Wypowiada potajemnie wojnę starej wierze i rozpoczyna długotrwały proces chrystianizacji swojego państwa. Pomaga mu w tym ojciec Matia..."
 
Dawno, dawno temu, nie za siedmioma górami i nie za siedmioma rzekami, ale tutaj, gdzie większość z nas mieszka (metaforycznie w przypadku wszystkich, którzy do Poznania mają dość daleko), miał swoją siedzibę potężny władca. Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia, więc potężny to on może był dla swoich poddanych i dla mniejszych sąsiadów, jednak dla jednoczącej się chrześcijańskiej Europy był Mieszko I jedynie pogańskim książątkiem, które nie miało dość siły, by przeciwstawić się wchłonięciu go przez niezwyciężone Cesarstwo Rzymskie. I choć robił chłopak co tylko się dało - pracował nad łączeniem w jedno państwo rozsypanych plemion słowiańskich - to ciągle musiał obawiać się łakomych spojrzeń rzucanych nań zza zachodniej i południowej granicy.

Cóż my możemy wiedzieć o czasach, w których Mieszko I galopował po puszczy, by upolować niedźwiedzia na kolację? Trochę suchych faktów, z których w głowie pozostają niewiele mówiące hasła: władca Polan, żona Dobrawa, chrzest Polski w 966 roku. Przed oczyma staje nam brodacz, pewnie dzierżący krzyż na portrecie Jana Matejki - ot, władca, który postanowił zmienić wiarę, nakazał to samo wszystkich swoim poddanym i cyk!, załatwione. Problem pod postacią cywilizowanych państw europejskich, które patrzyły na lechickie plemiona zachłannym wzrokiem, rozwiązał się szybko i bezboleśnie. Pogaństwo, a wraz z nim Światowidy, Peruny i Jasze, w momencie odeszło w niepamięć. A przecież było dokładnie na odwrót...

 


Istnieje sporo tekstów, które mogą dać nam jakie takie pojecie o egzystencji żyjącego w tamtych czasach człowieka, o funkcjonowaniu Mieszkowego dworu, czy o modzie panującej wśród niewiast, ja jednak nie trafiłam jeszcze na taki, który efektywnie nakarmiłby moją wyobraźnię, tę wybredną, nienasyconą bestyjkę. Lubi ona klepać się po brzuszku po obfitym posiłku, leżeć z głową w chmurach i przetwarzać informacje, które jej dostarczam. Ja ją tuczę, a ona z wdzięczności sprawia, że czytam książki tylko pozornie. Postronni widzą mnie zwiniętą w kłębek na fotelu i wlepiająca nieprzytomny wzrok w stronice kolejnego tomu, a ja cichaczem przenoszę moje ciało astralne w świat przedstawiony i biorę udział w wydarzeniach, o których sporej części ludzkości nawet się nie śniło.
Funkcjonowanie tego specyficznego paktu pozwala mi patrzeć na postaci historyczne jak na ludzi z krwi i kości, zupełnie różne od nieruchomych portretów i abstrakcyjnych obiektów opisywanych w notkach biograficznych. Daje mi możliwość chwycenia za szablę i szarżowania na wroga, zamiatania suknią posadzki pałacu należącego do Ludwika XVI, czy malowania obrazu pod okiem Claude'a Moneta. Moja wyobraźnia przetwarza odpowiednie pożywienie w realistyczne podróże w czasie (nie martwcie się o mnie, jestem przy zdrowych zmysłach i niczym się nie odurzam!), dlatego tak bardzo lubię książki o pogłębionym tle społeczno-obyczajowym, pełne rozbudowanych i barwnych opisów.

 
 
 
Jest wiele okresów historycznych, o których mam słabe pojęcie, do których moja wyobraźnia nie sięga - albo milczą o nich źródła, albo nie znaleźli się autorzy, potrafiący przekształcić ciężkostrawne, drętwe fakty w fascynującą przygodę. Należy do nich - wspomniany wyżej - dziesiąty wiek na ziemiach polskich.

 

Józef Ignacy Kraszewski, dziewiętnastowieczny człowiek renesansu - filolog, historyk, poeta, dziennikarz, polityk i wydawca, a przede wszystkim powieściopisarz o imponującym dorobku, miał chyba problem podobny do mojego. Trwały zabory, Polski od dawna nie było na mapach Europy, ale walka o zachowanie tożsamości narodowej nie ustawała, a pisarze historyczni dysponowali w tym boju jedną z najpotężniejszych broni. Kraszewski postanowił wziąć na warsztat czasy pierwszego władcy zjednoczonych plemion słowiańskich i ożywić postaci, w mrokach przeszłości nie mające nawet wyraźnych zarysów. Chciał napisać książkę, która dawałaby czytelnikowi możliwość wyobrażenia sobie okresu niemal mitycznego, będącego dla Polaków jedynie kilkoma zdaniami w zakazanych podręcznikach. 
"Czasy, które się tu malują, szare okrywają mroki, wrócić im cokolwiek życia, starać się je z niemnogich skazówek i pomników odgadnąć, zaprawdę trudnym było".         J.I.Kraszewski, z przedmowy do powieści "Lubonie"
Autor zakasał rękawy i wiele godzin spędził na studiowaniu opracowań historycznych, przede wszystkim jednak wsadził nos w stare kroniki - Thietmara i Długosza. Opierając się na lakonicznych i nie do końca wiarygodnych źródłach, zdołał stworzyć barwną i plastyczną opowieść o początkach naszej państwowości.
 
"Lubonie" mają jedną podstawową zaletę, stojącą ponad wszystkimi wątpliwymi (acz przyjętymi ze zrozumieniem) faktami historycznymi - znakomicie i przejmująco ukazuje problemy, jakimi kipiał okres przechodzenia ludów podległych Mieszkowi na chrześcijaństwo. Nowa wiara nie pojawiła się wraz z decyzją władcy o chrzcie. Proces był długi i złożony, ludzie od lat stykali się z doniesieniami o Chrystusie, wielu już w niego wierzyło, jednak większość obawiała się zmian. I to wcale nie ze względu na gniew starych bóstw.

 

Jan Matejko, Chrzest Polski

 

Krzyż kojarzył się przede wszystkim z Niemcami, z wrogiem. To była obca wiara i obce zwyczaje, czegoś takiego nie da się przyjąć ze wzruszeniem ramion i bez dyskusji. Poganie pragnęli swobody i pozostawienia wszystkiego takim, jakie było za czasów ich ojców i dziadów, za czasów legendarnego Piasta Kołodzieja, a wejście chrześcijaństwa jawiło im się niczym rewolucja wywracająca wszystko do góry nogami. Jednożeństwo, posty, wyższa władza duchowa w miejsce armii starych kapłanów - to wszystko brzmiało w uszach Polan niczym czarnoksięskie sztuczki.
"Krzyż ten już stał nad polańską granicą, uznać tego boga poganinowi zdało się przejściem ze swobody i bezkarności do niewoli i posłuszeństwa".
Zakorzenionej w sercach wiary oraz ugruntowywanych zwyczajów nie da się spłukać kilkoma chlupnięciami wody zaczerpniętej z Warty, nie można ich unicestwić jednym książęcym ukazem. Proces chrystianizacji polskich plemion, rozproszonych, walczących między sobą, a przede wszystkim nieufnych wobec centralizacji władzy, był długi i bolesny, z czego nie zawsze zdajemy sobie sprawę.
"Na rozdartych ziemiach Słowian działo się różnie, walka wrzała ciągle. To się Niemcom poddawano z haraczem, to się burzono i opierano, szli jedni im hołdować i chrzest przyjmowali, drudzy się łączyli ku obronie. Pokoju godziny nie było. Samopas większa część plemion ratowała się, jak mogła, w kupę się zebrać nie umiejąc. Każdy z małych wodzów chciał wielkiej władzy. (...) Gdy Morawy i Czechy już się były zlały w państwo jedno przeciw nieprzyjaciołom, chytrością walcząc z nimi, Polanów dopiero Mieszko skupiał, aby szli razem, sięgając i po dalsze, rozbite plemiona".
Warstwa fabularna powieści wciąga niczym ruchome piaski. Opowieść o Właście Luboniu, który wraca odmieniony z niemieckiej niewoli, ląduje na dworze księcia i staje się aktywnym uczestnikiem kulminacji procesu przyjmowania chrztu przez współplemieńców, została skonstruowana z ogromnym talentem, zapełniona żywymi, różnorodnymi i realnymi postaciami. Nieprzekonany i mający wyrzuty sumienia Mieszko przemawia do wyobraźni o wiele bardziej, niż butny i nakazujący chrzest "bo tak i już!" brodacz ze znanych nam obrazów.
 
Kraszewski opisuje wydarzenia bez wartościowania, bez potępiania starych zwyczajów. Przekazuje nam swoją sympatię dla wiary przodków i szacunek dla ludzi, którym odebrano to, czym żyli od pokoleń, którym burzono świątynie, niszczono posągi, a na ich miejscu stawiano nowe, nieznane symbole. Bez wygładzania i retuszu, ale i bez nacisku pokazuje, że nowa wiara została przez Mieszka przyjęta z wyrachowaniem, po to tylko, by ratować kraj i ludzi przed ekspansją niemiecką, przed wyniszczeniem i wchłonięciem przez cesarstwo.

 

Język powieści jest malowniczo archaiczny, początkowo trochę zniechęcający, po jakimś czasie wynagradzający z nawiązką tego, kto się nie zniechęcił i wytrwał. Miło czasem wrócić do czasów, w których wszyscy autorzy dopieszczali styl i dotąd pracowali nad każdym zdaniem, aż stawało się idealne, napisane piękną polszczyzną.
 
Moja wyobraźnia, mimo iż wybredna wielce i czepiająca się nieścisłości we wszystkim, co opowiada o czasach dobrze udokumentowanych, w tym wypadku przyjmuje historię Kraszewskiego z całym dobrodziejstwem inwentarza. Zastrzega sobie prawo do twierdzenia, że zdaje sobie sprawę z nieidealności obrazu jaki przed jej oczyma odmalował pisarz, a mimo to czuje się usatysfakcjonowana i już potrafi przekazać mi klarowną, żywą, wręcz hałaśliwą wizję barczystego, uwielbianego przez druhów księcia, wściekłych kapłanów starego porządku, którzy zdawali sobie sprawę z nadchodzącego bezrobocia, zagubionych w lasach dworów, niszczonych miejsc kultu pogańskich bóstw i wzrastających z mozołem świątyń nowego Boga.
 
Zapraszam na bloga ZIELONO W GŁOWIE :)
 
 
 
Tytuł: Lubonie. Powieść z X wieku
Autor: Józef Ignacy Kraszewski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788377856178
Ilość stron: 304
Format: 15.0x23.0cm
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
 
 

 

Miłość kwitnie wokół, a Tyzbe umiera trzykrotnie, czyli Globe on Screen


Skrót dla niezorientowanych w wydarzeniu (o ile gdzieś tu jeszcze tacy są ;)):
 
W Multikinie możemy oglądać retransmisje sztuk teatralnych nagranych w Londynie (wtrącenie bardzo subiektywne - najlepszych spektakli na świecie!). National Theatre Live oraz Globe on Screen to projekty, dzięki którym każdy, kto nie ma możliwości, chęci, czasu, itp., by wybrać się do stolicy Wielkiej Brytanii i zasiąść na widowni któregoś z teatrów na West Endzie, ma okazję zobaczyć niesamowicie kreatywne adaptacje i wspaniałe aktorstwo - widowiska, którymi zachwyca się cały świat. 
 
TUTAJ - moja recenzja wyświetlanego w zeszłym roku "Hamleta" - znajdziecie tam sporo szczegółów dotyczących projektu NT Live. 
 
TUTAJ - krótki tekst o tym, jak wygląda wystawianie sztuk na scenie The Globe. Napisany przeze mnie, czyli przez nierozumnego człowieka, który będąc w Londynie, przed teatrem Szekspira jedynie stał.
 
W czwartek mogliśmy zobaczyć "Sen nocy letniej", produkcję wystawioną na deskach zrekonstruowanego teatru szekspirowskiego The Globe w 2013 roku. Poniżej znajdziecie moje wrażenia w różnych odsłonach. I sporo obrazków, bo sztuka wizualnie powalała na kolana. Podobnie jak pod każdym innym względem. ;)

Ułatwienie dla tych, którzy "Sen nocy letniej" czytali dość dawno:
 
Akcja toczy się w Atenach. Egeusz, ojciec Hermii, koniecznie chce wydać córkę za mąż za zakochanego w niej Demetriusza. Hermia nie ma na to najmniejszej ochoty, bo kocha Lizandra. Z wzajemnością. Natomiast Demetriusza kocha Helena - bardzo bez wzajemności. Lizander i Hermia postanawiają uciec i pobrać się w tajemnicy. Wyruszają z miasta i nocą błąkają się po lesie, podobnie jak szukający Hermii Demetriusz i desperacko śledząca go Helena. Ten sam las jest świadkiem, jak wióry lecą między Tytanią i Oberonem, królową i królem wróżek, kochającymi się równie mocno, jak nienawidzącymi.

Trudna miłość... 
 
Odbywa tu także próby malownicza grupka ateńskich rzemieślników, którzy z okazji ślubu swojego władcy Tezeusza chcą wystawić sztukę teatralną o zwięzłym i jakże wiele mówiącym tytule "Śmieszna tragedia, krótka, ale nudna, Tyzby, kochanki młodego Pyrama". 

Zbieranina największych oryginałów, jakich świat widział.
Biega tam też Puk - złośliwy duszek, zmieniający jednego z niewydarzonych aktorów w osła oraz sprawiający (na wyraźne życzenie wkurzonego na żonę Oberona), że Tytania w rzeczonym ośle zakochuje się na zabój. Gagatek, choć w dobrej wierze, chcąc stworzyć dwie zgodne i kochające się pary, rzuca także nie do końca udany czar na pałętających się wte i wewte Ateńczyków. I tym sposobem Lizander z Demetriuszem uganiają się za Heleną, a biedna Hermia nie ma pojęcia, dlaczego nagle jej uroda przestała być atrakcyjna dla kogokolwiek. 

Wszystko jasne i klarowne, jak to u Szekspira! ;)

Tytania flirtuje, Denko łaskawie przyjmuje zachwyty swoją osobą.
 
Wstęp (nareszcie!):

 

Wracałam w czwartek z kina w stanie z lekka wskazującym na spożycie... mocnej dawki elżbietańskiej komedii. Ona mi zawsze uderza do głowy. Po drodze próbowałam ułożyć parę sensownych zdań do niniejszej recenzji. Chciałam jak najwierniej opisać Wam trzygodzinne szaleństwo, w jakie wpędził mnie ten niecnota Puk - scenografię, kostiumy, aktorstwo, muzykę... Jakoś mi nie szło, bo za każdym razem, gdy zaczynałam wymyślać poważne, profesjonalnie brzmiące sformułowanie, przypominałam sobie sztukę odegraną przez ateńskich rzemieślników i chichot nie pozwalał mi się skupić. 
 
Po powrocie do domu zajrzałam do notatek, robionych na żywo i zupełnie niemal nieczytelnych (ciężko jest pisać cokolwiek po ciemku, usiłując jednocześnie nie odrywać wzroku od ekranu, żeby nie uronić nawet jednej miny czy gestu aktorów występujących na scenie). Zajrzałam i zwątpiłam. Nie będzie poważnej recenzji, będzie za to fangirlowanie na całego. W notatkach bowiem Oberon to, Oberon tamto, Oberon siamto...

Żebyście mi jednak stąd nie pouciekali, zamierzam powstrzymać się od infantylnego, cielęcego zachwytu nad królem elfów i spróbować pozachwycać się także wszystkim innym. ;)
 
No, ale Oberon przecież... ;)
 
 
Część  profesjonalna (o tyle o ile): 
 
"Sen nocy letniej" sam w sobie należy do najlepszych, najbardziej pogmatwanych, a jednocześnie najinteligentniej skonstruowanych komedii pomyłek, jakie widział świat. Gdy jednak za realizację tej sztuki weźmie się fenomenalny reżyser, ludzie od castingu odwalą kawał znakomitej roboty, wybierając aktorów perfekcyjnie pasujących do ról, a sceną, na której widowisko zostanie wystawione, będzie Shakespeare's Globe, to otrzymamy zestaw wysoce nieprzeciętny. Widziałam w swoim życiu kilka różnych adaptacji tej sztuki, ale od chwili, w której zobaczyłam wersję Dominica Dromgoole'a, wszystkie pozostałe przestały dla mnie nie istnieć. 
 
O scenografii pisać chyba nie muszę - widzicie ją na zdjęciach. Scena w The Globe wygląda tak, że wiele do niej dodawać nie ma potrzeby, sama w sobie jest wspaniałym tłem dla każdej sztuki. Zasłona z wymalowanymi na niej konturami drzew, kilka konarów rozrzuconych po ziemi oraz parę gałązek - z liśćmi lub bez - tyle wystarczyło, by wyobraźnia widza przeniosła się do gęstego, dusznego i pełnego czarów lasu. Nie wiem, jakie zajęcia mają studenci brytyjskich szkół teatralnych, ale te, na których uczy się ich wpływania na wyobraźnię widzów poprzez scenografię, są prowadzone przez geniuszy w swoim fachu!

Biedna Hermia - ukochany skrewił, wielbiciel się znudził, a las gęstnieje.
Kostiumy - takie, jakie zapewne mieli na sobie aktorzy, którzy po raz pierwszy wystawiali "Sen nocy letniej" na scenie, jakieś 400 lat temu. Nie jestem tylko pewna, czy w owych czasach można było prezentować publicznie dokładnie taki strój, jaki tutaj, przez sporą część przedstawienia, mieli na sobie odtwórcy głównych męskich ról. A ściślej, jego część od pasa w górę. Jakkolwiek by nie było, bardzo się cieszę, że Oberon miał na sobie to co miał, a raczej nie miał tego, czego mieć nie potrzebował. :)

Nie mam siły, żeby wstawić tu jakiś konstruktywny podpis... ;)

Stroje ateńskich sfer wyższych zachwycały barwami i detalami, rzemieślników - chaotycznością i różnorodnością, natomiast te postaci, które biegały po gęstym i ciemnym lesie, siłą rzeczy wyglądały tak, jakby... biegały po gęstym i ciemnym lesie. I jeszcze jedno - męskie saczki trochę odwracały uwagę, ale wierność kostiumom z epoki elżbietańskiej zobowiązuje. :)
 
Wydawać by się mogło, że po czterystu latach wystawiania sztuk Szekspira na scenie, bardzo trudno jest wydobyć z nich coś nowego, świeżego. Brytyjskim aktorom i reżyserom ciągle się to jednak udaje. Miłosne zapasy pomiędzy młodymi ateńczykami, Oberon latający nad sceną na linie czy dwuznaczny pocałunek między królem wróżek a Pukiem - tego na pewno nikt jeszcze wcześniej nie widział. 

Sztuka Szekspira wcale nie jest grzeczna.
 
W Atenach jest pięknie, elegancko i czysto, choć pod tą zasłoną wrą tłumione emocje. Wszelkie bariery puszczają, gdy wchodzimy do lasu. Atmosfera niewidzialnego niebezpieczeństwa, zdradliwe gęstwiny i dzikie, nieokrzesane wróżki (zapomnijcie o Dzwoneczku), a na tym tle urocza inaczej Tytania i diaboliczny, uwodzicielski, dziki (wrrr...óć, profesjonalnie miało być!) Oberon. A do tego śliczny, zwiewny, delikatny, a przy okazji złośliwy do bólu - Puk.
 
Oberon i Puk tworzą jeden z najciekawszych scenicznych duetów, jakie moje oczy oglądały. Są groźni władzą, jaką mają nad ludźmi, a jednocześnie do bólu zabawni. Człowiek ma ochotę patrzeć tylko na nich i zapomina o całej reszcie, gdy ci dwaj znajdują się w pobliżu. Eteryczność Matthew Tennysona pomogła mu bezbłędnie zagrać leśnego duszka, podobnie jak tryskający z Johna Lighta testosteron sprawił, że jego Oberon ma wszystko to, co powinien mieć władca mrocznej krainy czarów. 

Źle się może skończyć zabawa chłopców magicznymi kwiatkami...
Obsada sztuki została w większości dobrana doskonale i choć ciężko było mi oderwać wzrok od niektórych jej członków, to nie mogłam nie zauważyć groźnej, a jednocześnie z lekka ogłupionej czarami Puka Michelle Terry (Tytanii) oraz całej bezbłędnej obsady "Pyrama i Tyzbe" - rozbrajająco irytującego Denki (Pearce Quigley), charyzmatycznego  Piotra Pigwy (Fergal McElherron) oraz mazgajowatego, ale jakże genialnie umierającego jako Tyzbe, Fujarki (Christopher Logan). 

Tyzbe umiera, a widownia leży na podłodze i kwiczy!
Najmniejsze wrażenie zrobiła na mnie czwórka młodych Ateńczyków uganiających się po lesie. Lizander i Helena trochę za bardzo oparli swoje role na przesadzonej mimice - on na robieniu z siebie błaznującego dzieciucha, ona na wykrzykiwaniu wszystkiego z zatroskaną lub zdesperowaną miną. Demetriusz był w ogóle ledwo zauważalny. A Hermia była taka, jaka być powinna - wiecznie kwękająca i mało charakterystyczna. 
 
Adaptacja Dromgoole'a ma w sobie olbrzymią dawkę elżbietańskiego ducha teatru. I wcale nie jest to zasługą miejsca, w którym sztuka została wystawiona. Owszem, scena The Globe ułatwia kontakt z widzami - właśnie taki, jaki mieli XVII-wieczni aktorzy. Popchnięty przez Hermię Demetriusz niemal ląduje na głowach stojących najbliżej szczęśliwców, a jedna z kobiet otrzymuje od Oberona gałązkę (nie żebym jej zazdrościła!). Tekst Szekspira jest niezmienny od wieków, dynamiczny, dowcipny i inteligentny, ale to aktorzy i ich interpretacje czynią z niego arcydzieło.

Sztuki tak fantastycznie śmiesznej, dwuznacznej (dokładnie tak aluzyjnej, jak w oryginale - w miłosnych walkach, których jesteśmy świadkami nie ma niczego niewinnego!) i subtelnie rubasznej (wiem, że to się teoretycznie wyklucza, ale nie w tym przypadku) nie widziałam dawno i myślę, że prędko nie zobaczę. 

Pani z widowni najadła się strachu :)
Część euforyczna (bo to, co czytaliście wyżej, to jeszcze nic!):
 
Wróćmy do Oberona, czyli do Johna Lighta. Jakimże on jest pięk..., ekhem, męsk..., ekhem, nadzwyczajnym profesjonalistą! Zdominował sztukę swoją osobowością, talentem i wyglądem, a jestem pewna, że byłoby tak samo, gdyby scenograf ubrał go w futro niedźwiedzie i kazał stać w jednym miejscu. Chwała Bogu, że zapadła zupełnie inna decyzja, pozwalająca Lightowi pokazać, jak bardzo jest wygimnastykowany i jak doskonale potrafi połączyć olbrzymi talent z warunkami fizycznymi.
 
Kostiumy, scenografia czy muzyka, to wszystko pikuś wobec tego, jak obłędnie śmiała się cała sala podczas spektaklu. Ze mną na czele. Wychodziłam z kina spłakana i opuchnięta, a przy tym po brzegi napełniona pozytywną energią. Nie można było nie pokładać się z radości, gdy zbieranina ateńskich rzemieślników wystawiała swoją sztukę, Denko dawał wszystkim do zrozumienia, że właśnie od niego powinni uczyć się aktorstwa, mur graniczny sam robił w sobie dziurę, a Fujarka umierał - jako Tyzbe - przez dobre dwie minuty. Nie dało się powstrzymać od chichotu, gdy Tytania, widząc osła, wykrzykuje: "Jakiż mnie anioł z słodkich budzi marzeń?" lub gdy Puk, w obawie przed gniewem Oberona, usiłuje dyskretnie zwiać ze sceny.

Scena na scenie, a na niej Księżyc oraz Lew. Bezbłędni! :)
Zakończenie (powiadacie, że najwyższy czas?):
 
Pomysł z nagrywaniem sztuk na West Endzie i przenoszenie ich do kin na całym świecie jest dla mnie równoznaczny z wynalezieniem żarówki. Oglądanie spektaklu na płaskim ekranie nie będzie takim przeżyciem, jakim jest branie udziału w widowisku jako widz, dla którego aktorzy wychodzą na scenę i dla którego grają, niejednokrotnie patrząc mu w oczy. Niemniej jednak nie oglądanie przedstawienia w ogóle byłoby dla mnie tragedią. Siedząc w kinie zapominam o tym, że jestem bardzo daleko od West Endu, bo magia teatru działa nawet na tak wielką odległość.



Niektóre ilustracje zgarnęłam stąd

Tytuł: Sen nocy letniej
Tytuł oryginału: A midsummer night's dream
Autor: William Szekspir
Data wystawiania: 2013
Na ekranach Multikina: 14.05.2015
Reżyseria: Dominic Dromgoole
Scenografia i kostiumy: Jonathan Fensom
Muzyka: Claire van Kampen
Występują: Huss Garbiya, Tala Gouveia, Tom Lawrence, John Light, Christopher Logan, Molly Logan, Sarah MacRae, Fergal McElherron, Edward Peel, Pearce Quigley, Stephanie Racine, Olivia Ross, Joshua Silver, Matthew Tennyson, Michelle Terry, Luke Thompson

 

Zapraszam na: http://zielonowglowie.blogspot.com/

 

Barwy dziewiętnastego wieku

Podróż po miłość. Tom II: Maria - Dorota Ponińska
"Emilia wiedzie bezpieczne życie u boku tureckiego męża, dopóki napięte stosunki pomiędzy imperium osmańskim a Rosją nie doprowadzą do wybuchu wojny krymskiej. To burzy spokój rodziny. Zakir postanawia bowiem przyłączyć się do walk, a żona podąża za nim, choć oznacza to rozstanie z ukochanym synem. Jak potoczą się dalsze losy Emilii? Czy jej dorastająca w Rosji córka Maria pozna prawdę o swoich tureckich korzeniach oraz starszego brata? Czy dorosły już Kemal wybaczy matce, że go porzuciła jako dziecko, wybierając swobodne życie poza haremem? Dorota Ponińska umieszcza swoje bohaterki w wielonarodowościowym środowisku pośród przepięknego krajobrazu Półwyspu Krymskiego, którego uroda stanowi inspirację dla poetów i malarzy. Zabierze czytelnika także do Petersburga, Paryża i Stambułu. Przy okazji przedstawi sylwetkę Iwana Ajwazowskiego, wybitnego malarza marynisty z końca XIX wieku, oraz innych twórców jego pokolenia."



Od "Emilii", pierwszego tomu sagi "Podróż po miłość" Doroty Ponińskiej, nie mogłam się oderwać do późnej nocy - w sumie chyba już świtało, gdy padłam na posterunku. Przez kilka niedzielno-porannych godzin śniłam o Stambule i poezji Bliskiego Wschodu, a po przebudzeniu się, z kawą w ręku, porwałam część drugą. Z jakiego powodu desperacko "porwałam" zamiast kulturalnie "wziąć do ręki"? Winę za to ponosi autorka i jej książka - człowiek się po prostu dalszego ciągu doczekać nie może.

 

Wszystkich tych, którzy "Emilii" jeszcze nie czytali (recenzja TUTAJ), a mają taki zamiar, proszę teraz o przerzucenie się na jakiś inny mój tekst, bo mogą znaleźć tutaj coś, co zdradzi im elementy fabuły pierwszego tomu. Albowiem z lekka spoilerować zamierzam. 
 
Tak więc z kawą w dłoni porwałam tom drugi i - niech mi autorka wybaczy - naszły mnie mordercze myśli! Któż to widział, żeby tak traktować bohaterów, żeby ich w takie okoliczności rzucać? Któż to widział, żeby mi w spokojne, niedzielne przedpołudnie łzy w oczu wyciskać? ;) "Maria" zaczyna się z przytupem - konstrukcja to zdradliwa i podstępna, bo czytelnik najmniejszej nie ma ochoty na odrywanie się od lektury, choćby obowiązki wzywały go przez megafon.



Niespodziewane zwroty akcji wzbudzają emocje, cieszą bądź smucą, zaskakują. W "Marii" znalazło się ich całkiem sporo. Poznajemy dalsze losy Emilii i jej męża, które wcale nie są tak sielankowe, jak z początku mogłoby się wydawać, a następnie towarzyszymy dorastającej córce głównej bohaterki, szybko stającej się pierwszoplanową postacią opowieści. Dzięki niebanalnemu charakterowi Marii możemy z bliska obserwować zmiany, jakie zachodziły nie tylko na scenie politycznej Rosji czy Turcji, ale także w sztuce.
 
Wraz z Emilią, która wyrusza na front wojny krymskiej, zostawiamy za plecami Stambuł i przez wody Morza Czarnego docieramy do portu w Sewastopolu. Fabuła prowadzi nas zawsze tam, gdzie najciekawiej, gdzie mimo pozornego spokoju toczy się burzliwe życie wielokulturowego społeczeństwa. Krym to nie tylko przepiękne krajobrazy i wspaniałe zabytki przeszłości, to przede wszystkim ludzie mówiący w najróżniejszych językach, wyznający rozmaite religie i wierzący w odmienne systemy polityczne. Życie w tym tyglu nie było proste. Emilia traci to, co dla niej najważniejsze, ale zyskuje możliwość niezależnego życia w olśniewającej scenerii starożytnego portu - Teodozji. Musi jednak nieustannie walczyć o spokój i bezpieczeństwo rodziny.

C. Bossoli, Teodozja (Kaffa), 1856
 
Podstawową zaletą "Marii" jest przesłanie podsumowane jednym, trafnym zdaniem: "Każdy naród ma własną opowieść". Bohaterowie książki wywodzą się z najróżniejszych środowisk. Na XIX-wieczny Krym patrzymy oczyma Turków, Rosjan, Tatarów, Polaków... Każdy z nich spogląda na rzeczywistość przez pryzmat własnej historii, religii, przekonań. To, co dla jednego jest walką o wolność, dla drugiego będzie zdradą. Swoboda, z jaką autorka lawiruje pomiędzy poszczególnymi światopoglądami jest zadziwiająca. Bez wysiłku udaje się jej przekonać nas, że nie istnieje jedna prawda i jedna historia - każdy naród ma własną i nie ma powodu, by którąś z nich wynosić ponad inne.

Jedyną ideą, której nie przyznaje racji, jest rodzący się bolszewizm. Jego założenia, uznawanie wyimaginowanych wartości za ważniejsze od prawa ludzi do życia, skupianie się na niszczeniu i zabijaniu, stają się zalążkiem przyszłych nieszczęść, powodem ruiny marzeń o równości i spokojnej, wartościowej egzystencji. Dla bohaterów powieści nie jest on tylko dalekim echem dobiegającym ze stolicy, w której rewolucjoniści organizują zamachy na cara, staje się elementem ich życia, przyczyną niejednej tragedii.

"Podróż po miłość" to wyjątkowo barwna opowieść, w której znalazłam wszystko to, co kocham w książkach najbardziej. Oryginalna fabuła, daleka od konwencji i schematów, toczy się na tle złożonej historii stosunków między narodami zamieszkującymi Półwysep Krymski, Rosję, Turcję i Polskę. Od wielkiej, międzynarodowej historii i wspaniale opisanego życia wielokulturowego społeczeństwa, poprzez zarys działalności Polaków na rzecz niepodległości, rozwój dziewiętnastowiecznego malarstwa, a nawet motyw emigracji za ocean, aż po odkrywanie własnej tożsamości i konieczność podejmowania trudnych wyborów - ogrom tematów został przez autorkę ujarzmiony i przekazany w sposób niebanalny oraz wciągający. A wszystko to w egzotycznej, a jednocześnie dziwnie znajomej i bliskiej scenerii, znanej doskonale każdemu, kto zachwycał się "Sonetami krymskimi" Mickiewicza.

I. Ajwazowski, Statek podczas sztormu - 
zwróćcie uwagę na to, jak namalowana jest woda!!
 
 
 
Mimo to "Podróż po miłość" w żadnym wypadku nie jest chaotyczna, nie sprawia wrażenia przeładowanej wątkami. Czyta się ją z zapartym tchem, z radością czerpiąc z niej wiedzę i z przyjemnością śledząc dzieje bohaterów.

Akcja "Marii" jest odrobinę mniej dynamiczna niż fabuła "Emilii", spokojniejsza, ale za to przepełniona zachwytem nad życiem, sztuką, architekturą i przyrodą. Losy Polki, która została żoną tureckiego polityka, a ostatecznie wylądowała na Krymie, splatają się z życiem jednego z największych rosyjskich malarzy - Iwana Ajwazowskiego. Artysta zostaje przyjacielem i mentorem Marii, rozwija w niej pasję i miłość do sztuki, a my dzięki temu możemy nie tylko śledzić rozwój nowego nurtu w rosyjskim malarstwie, ale przede wszystkim lądujemy w Paryżu, gdzie właśnie rozkwita impresjonizm.

Właśnie dzisiaj ma swoją premierę trzeci tom sagi: "Podróż po miłość. Lilianna". Po wrażeniach, jakich dostarczyły mi poprzednie części, zdecydowanie nie mogę się doczekać kolejnej zaczytanej nocy, spędzonej nad losami wnuczki Emilii, a córki Marii.

I. Ajwazowski, Wybrzeże w Odessie nad Morzem Czarnym, 1852
 
Tytuł: Podróż po miłość. Maria
Autorka: Dorota Ponińska
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia (WNK)
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788310125323
Ilość stron: 384
Format: 13.5x20.4cm
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

 

Z wileńskiego klasztoru do stambulskiego haremu

Podróż po miłość. Tom I: Emilia - Dorota Ponińska
 
 
"Emilia znalazła bezpieczne schronienie za murami klasztoru. Niespodziewanie w jej poukładanym świecie pojawia się Tatar Selim, którego wizyta burzy spokój dziewczyny. Mężczyzna przynosi wiadomość, że jej zaginiony ojciec, uczestnik powstania listopadowego wcielony do carskiego wojska, żyje, lecz znajduje się w tureckiej niewoli. Muszą natychmiast wyruszyć, by go wykupić…W podróży nastąpi jednak dramatyczny zwrot… Czy tajemniczy wojownik Zakir, arogancki, lecz pociągający wielbiciel poezji, to ktoś, komu młoda kobieta może zaufać? Czy w dalekim kraju, w świece obcej kultury i obyczajów, Emilia zdoła odnaleźć szczęście i miłość? Powieść przybliża polskim czytelnikom fascynujący świat Bliskiego Wschodu – w tym codzienność haremów i przepych stambulskich posiadłości. W prowadzonym równolegle wątku autorka przedstawia sylwetkę Rumiego, perskiego poety z XIII wieku. Czy losy mistyka i zagubionej dziewczyny mogą mieć coś wspólnego?"



Była spokojna sobotnia noc, czas błogiej świadomości, że nie trzeba zerkać na zegarek, bo następnego dnia można spać dłużej niż zwykle. Tego wieczoru przygotowałam sobie dzbanek herbaty i tak zaopatrzona, zasiadłam do lektury pierwszego tomu "Podróży po miłość" Doroty Ponińskiej. Wiedziałam, że zaczytam się na amen, bo zaczęłam ją kilka dni wcześniej i zerkałam tęsknie w jej stronę za każdym razem, gdy musiałam przerwać czytanie, by biec to tu, to tam, do obowiązków. Nie sądziłam jednak, że zaczytanie się będzie aż tak nieprzytomne! Mijające godziny nie miały nade mną władzy, a oczy wcale się nie zamykały. Przewróciwszy nad ranem ostatnią stronę, nie miałam najmniejszej ochoty na gaszenie światła, chciałam natychmiast sięgnąć po kolejny tom. Niestety, zanim udało mi się dotrzeć do półki, zasnęłam na stojąco. Zwycięstwo ciała nad umysłem, szczyt wszystkiego! ;)
 
Nie muszę więc chyba pisać, jaka była moja pierwsza czynność o poranku (poranek niedzielny zaczyna się najwcześniej w okolicach godziny 11.00). Kawa i dawaj! - do literek. Okazało się, że już na wstępie drugiego tomu autorka zgotowała mi zestaw ekstremalnych przeżyć, ale o tym napiszę Wam gdzie indziej. W tej chwili wracam pamięcią do przytulnego fotela, herbaty z cytryną, do Wilna i Stambułu - bo właśnie w tych miejscach, wcale się nie wykluczających, przebywałam przez większość sobotniej nocy.
 
Będę szczera - powieści z "miłością" w tytule rzadko mają wstęp nie tylko na moje półki, ale także na wszelkie listy przeszłych i przyszłych lektur. Wyjątek robię tylko w dwóch sytuacjach - muszę albo znać i bardzo lubić autora ("Pod sztandarem miłości. Rok 1794" Renaty Czarneckiej), albo obsesyjnie uwielbiać czasy i postaci, o których mowa w książce ("Sekretna miłość Szekspira" Karen Harper). Po sagę Doroty Ponińskiej sięgnęłam przypadkiem, zaintrygowana opisem okładkowym. Choć znajdują się w nim tak typowe dla romansów stwierdzenia, jak "klasztor" ;), "tajemniczy, arogancki, lecz pociągający wojownik" oraz takie tam różne "szczęścia i miłości", to moja uwaga skupiła się na zupełnie innych pojęciach: "powstanie listopadowe", "carskie wojsko", "świat Bliskiego Wschodu". Okazało się, że po raz kolejny nie zawiodła mnie Intuicja (którą od dzisiaj, aby okazać jej szacunek i uwielbienie, zapisuję od dużej litery!), pozwalając cieszyć się książką świetnie napisaną, pioruńsko ciekawą i pełną intrygujących informacji.

 

Nie lubię czytać książek, w których na pierwszy plan wysuwa się pogoń za miłością, migdalenie się i harlequinowa czułostkowość. Opowieści o romansach jestem w stanie znieść tylko wówczas, gdy są one historycznie udokumentowane, a przy tym przesadnie nie opanowują fabuły. Z tego też powodu bałam się trochę, że "Emilię" zdominują sceny, w których za bohaterką lata Kupidyn, strzelając na oślep w Tatarów, tajemniczych wojowników, angielskich lordów, itp. Jednak, jako się rzekło, zaufałam Intuicji! I bardzo, bardzo się z tego cieszę, gdyż umieszczanie książki Doroty Ponińskiej pod tagiem "romans" jest, z mojego punktu widzenia, zdecydowanie krzywdzące.
 
Stambuł w XIX wieku.
 
 
Tak oczarowały mnie przygody młodej dziewczyny wyruszającej ze znajdującego się pod rosyjskim zaborem Wilna, opisy życia w Stambule, sytuacji kobiet w kulturze osmańskiej, mentalności Anglików czy działalności Polaków na obczyźnie, że nie zwracałam uwagi na momenty, w których serduszko Emilii biło trochę szybciej z powodu obecności w pobliżu takiego czy innego mężczyzny. Najważniejsze było dla mnie to, że uczucia, jeden z wielu elementów tworzących historię głównej bohaterki, są przede wszystkim pretekstem do głębszego wniknięcia w mechanizmy rządzące ówczesną rzeczywistością. Z jednej strony będzie to brytyjskie dążenie do narzucenia całemu światu własnej wizji cywilizacji, z drugiej - walka Turków o możliwość zachowania autonomii i odrębności kulturowej.

 

Zaimponowała mi nie tylko wiedza, z jaką Dorota Ponińska wprowadziła do swojej książki szereg pasjonujących motywów, jej znajomość kultury Orientu i związków przyczynowo-skutkowych rządzących ówczesną Europą. Warto docenić także to, jak autorka lekko i płynnie, bez silenia się na sztuczną fachowość, wciąga czytelnika w skomplikowaną tematykę. Śledząc z zapartym tchem poczynania Emilii uczymy się jednocześnie, jak wyglądało życie codzienne w normalnym stambulskim domu i chłoniemy wiedzę o działalności księcia Adama Czartoryskiego w Paryżu. Pod tym względem "Podróż po miłość" wyróżnia się na tle setek mniej elokwentnie skonstruowanych współczesnych powieści.

 

Autorka sprawnie lawiruje po mnogich wątkach, żadnego nie akcentując na siłę, ale także żadnego nie trącając jedynie długopisem. Osobiście tęsknie (i daremnie) wyglądałam jeszcze szerszego rozwinięcia tematu aktywności polskich emigrantów w Stambule czy rozprzestrzeniania się brytyjskich wpływów na Bliskim Wschodzie, ale zdaję sobie sprawę z tego, że powieść nie miała być przeładowanym faktami traktatem o europejskich stosunkach politycznych. "Emilia" jest historią dziewczyny, która niespodziewanie ląduje w świecie egzotycznym, pełnym sprzeczności, grozy, ale i piękna - a my poznajemy ten świat z jej perspektywy. 
 
 
Bywały momenty, w których czułam się lekko zszokowana sposobem, w jaki autorka dąży do obalania stereotypów, do akcentowania różnic między mentalnością córki polskiego powstańca, a tureckiego wielbiciela trzynastowiecznej poezji i filozofii - na korzyść tego drugiego. Przekonanie Zakira o tym, iż miłość między dwojgiem ludzi stoi ponad wszystkim i jest ważniejsza od przynależności narodowej, wolności i wiary, było dla mnie swoistą herezją - biorąc pod uwagę czasy, w których toczy się akcja. Trzeba było otworzyć szerzej umysł i pamiętać, że dany światopogląd zawsze zależy od postaci, która go prezentuje. Naiwność Emilii, bardzo młodej kobiety, która wchodzącej dopiero w dorosłe życie, jej nieprzystosowanie i nieukształtowany charakter sprawiały, że dziewczyna poszukiwała własnej drogi, opierając się na tym, co usłyszała od ludzi o poglądach dojrzałych i ukształtowanych przez doświadczenie. 
 
Nie przeczę, że powieść jest trochę baśniową, odrobinę za mocno posłodzoną opowieścią o Kopciuszku, który wyrusza z wileńskiego klasztoru po to, by niemal zostać żoną angielskiego lorda, a ostatecznie wylądować w tureckim haremie. Ckliwa miejscami i melodramatyczna bajka jest jednak doskonale zrównoważona wplatanymi nieustannie wzmiankami o historii narodów i społeczeństw, a przede wszystkim o kulturze - zarówno polskiej, jak i tureckiej. Odnoszę wrażenie, że Dorota Ponińska zapragnęła odczarować - mocno w nas zakorzeniony i pokutujący od wieków - mit okrutnego muzułmanina, morderczego islamu i uświęconego przez tradycję oraz religię poniżania kobiet.
 
F. A. Bridgman (1847-1928), W haremie.

 

 
I wiecie co? Po lekturze zaczęło mi się marzyć życie w XIX-wiecznym Stambule, mieszkanie w zamożnym tureckim haremie, w którym kobieta, wbrew czarnej legendzie, była niejednokrotnie szanowana i uwielbiana, codzienne upiększanie się w hammamie i oddawanie się zaspokajaniu własnych potrzeb - cielesnych i duchowych. Będąc na miejscu kobiet takich jak Gülşen czy Aysun, patrzyłabym z przerażeniem na ludzi Zachodu, którzy przekonani o własnej nieomylności, usiłowaliby wmówić mi, moje życie nie ma wartości i trzeba mnie wyzwolić z jego okowów.
"Emilia miała wrażenie, że przez jej nowy dom przewijały się setki kobiet zadbanych, zadowolonych z życia, niekłopotanych przez mężczyzn zajętych sprawami zewnętrznego świata."
Dorota Ponińska posługuje się piękną polszczyzną, jej styl jest przebogaty, a jednocześnie zwięzły - autorka nie rozwodzi się w nad nieistotnymi szczegółami, każde słowo, którego używa, ma znaczenie, każda scena jest istotna dla rozwoju akcji. Cykl "Podróż po miłość" jest jej debiutem. Ta świadomość o lata świetlne cofa moją decyzję, by rozpocząć karierę powieściopisarki - bo ciężko będzie przeskoczyć tak wysoko postawioną poprzeczkę.
 
 
Tytuł: Podróż po miłość. Emilia
Autor: Dorota Ponińska
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2013
ISBN: 9788310124197
Ilość stron: 368
Format: 13.5x20.4cm
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

 

Szekspir w najczystszej postaci na wyciągniecie ręki. I konkurs!

Gdyby w zabawie w skojarzenia ktoś rzucił hasło TEATR, nie potrzebowałabym nawet sekundy, by bez najmniejszego wahania wykrzyknąć nazwisko - Szekspira oczywiście. Zaraz potem napłynęłyby mi do głowy słowa takie jak: pasja, piękno, zachwyt, katharsis... Uczestnictwo w każdym spektaklu teatralnym jest wydarzeniem, które nie znika z pamięci i pozostawia piętno w moim sercu. Owszem, bywają kiepskie sztuki i nietrafione adaptacje, dlatego od dawna już robię do bólu staranną selekcję i póki co, udaje mi się oglądać na scenie same cudeńka.
 
 
 

Pierwsze kompletne wydanie sztuk Szekspira, 1623.
 
 
Życie w dzisiejszych czasach ma wiele zalet - mam kilka ulubionych. :) Jednymi z podstawowych są te, które pozwoliły mi obejrzeć na żywo sztukę Szekspira na deskach teatru w Londynie oraz te, dzięki którym mogę zachwycać się innymi dramatami z West Endu w chwili, gdy nie mam możliwości na wyprawę do Wielkiej Brytanii. Projekt National Theatre Live to nagrywanie spektaklu wystawianego z udziałem publiczności, a następnie udostępnianie go w kinach widzom na całym świecie. 
 
Gdy cykl NT Live dotarł do Polski (dzięki sieci Multikino oraz British Council), miałam ochotę zaproponować kandydaturę ludzi za to odpowiedzialnych do pokojowej nagrody Nobla (uzasadnienie: nakarmienie tysięcy dusz, głodnych i spragnionych sztuk z londyńskich teatrów). Osobiście uważam brytyjskich reżyserów i aktorów za najlepszych na świecie - gdybym tylko miała możliwość, to chęć obcowania z nimi na co dzień byłaby wystarczającym powodem do zamieszkania w Anglii. 
 
Paplam i paplam, zamiast przejść do rzeczy. A rzecz to nie byle jaka! :) Najpierw będzie wstęp, ale koniecznie doczytajcie do końca, bo tam, na ostatku, czeka na was niespodzianka!
 
 
Kochacie Szekspira? A wiecie, gdzie ogląda się go najlepiej, gdzie adaptacje jego utworów mają jedyny w swoim rodzaju klimat? Czy wiecie, na deskach jakiego teatru sztuki Szekspira mają moc przeniesienia widza w czasie? Londyński The Globe to miejsce, gdzie duch elżbietańskiego dramatu jest nie tylko hasłem reklamowym. Rekonstrukcja tego budynku była genialnym posunięciem, a uczestniczenie w spektaklu sztuki Łabędzia z Avonu, wystawionej na scenie wyglądającej tak samo jak ta, po której Szekspir chodził i na której po raz pierwszy odgrywano jego tragedie i komedie, musi być przeżyciem magicznym (napisać "mistycznym"? przesadzę trochę? ;)).
 
 

scena w Shakespeare's Globe
 
Dla każdego, kto do Londynu wybrać się nie może, powstał projekt "Globe On Screen" ("Globe na ekranie"). Po moim przydługim wstępie wiecie już doskonale, na czym ów projekt polega. Owszem, nie możemy poczuć na własnej skórze zapachu XVII-wiecznego miasta, nie będziemy stać pod sceną, zarabiać kuksańców od innych widzów, wykrzykiwać radosnych obelg bądź pochwał pod adresem bohaterów sztuki, aktorów czy autora tekstu, ale dzięki retransmisji ze spektaklu możemy obejrzeć sztukę szekspirowską w jej najczystszej postaci - na takiej samej scenie, na której była wystawiana po raz pierwszy. No, prawie najczystszej - jedynym odstępstwem jest powierzenie ról niewieścich kobietom, nie mężczyznom, jak to było w zwyczaju w czasach elżbietańskich. :)
 
Już w przyszły czwartek, w kinach sieci Multikino, będziemy mogli obejrzeć adaptację "Snu nocy letniej", zarejestrowaną w zeszłym roku właśnie w The Globe. I niech ci z Was, którzy mają możliwość, nie ważą się przegapić okazji, by choć w ten sposób uczestniczyć w spektaklu wystawionym na scenie wyglądającej tak samo jak ta sprzed czterystu lat, a nawet wybudowanej w tym samym miejscu! A przy okazji można wygrać samochód! :)
 
SZCZEGÓŁY:
 
"SEN NOCY LETNIEJ", 14 maja 2015 w 17 kinach sieci Multikino: Bydgoszcz, Gdańsk, Gdynia, Katowice, Kraków, Lublin, Łódź (Silver Screen), Olsztyn, Poznań Stary Browar, Rzeszów, Sopot, Szczecin, Warszawa Ursynów, Warszawa Złote Tarasy, Włocławek, Wrocław Arkady Wrocławskie oraz Zabrze. Retransmisja rozpocznie się o godzinie 19:00, wyjątkiem jest Multikino Kraków, gdzie wydarzenie rozpocznie się o godzinie 19:30. Przedstawienie zarejestrowano z udziałem publiczności, w jakości HD i DD Surround. Retransmisja w wersji oryginalnej w jakości High Definition. Spektakl z polskimi napisami.
 
Pozostałe informacje znajdziecie TUTAJ.
 
 
 
 
A teraz obiecana niespodzianka (tak, wiem, że przeczytaliście tytuł i nie jest to dla Was żadne zaskoczenie, ale pozwólcie mi nacieszyć się tym uroczym określeniem)! 
 
Do wygrania BILETY NA "SEN NOCY LETNIEJ"!
Kraków, Olsztyn i Warszawa - Złote Tarasy!
 
Wraz z siecią Multikino chciałabym zaprosić Was do wzięcia udziału w konkursie. Nagrodami są trzy podwójne bilety na "Sen nocy letniej" (14 maja 2015) - po jednym na każde z miast: Kraków, Olsztyn i Warszawa - Złote Tarasy. Jeśli mieszkacie gdzieś indziej, a w wymienionych miastach macie znajomych lub rodzinę, to koniecznie przekażcie im informację.
 
 
 
PYTANIE:
 
Jaką sztukę Szekspira chcielibyście 
zobaczyć na scenie The Globe i dlaczego?
Wystarczą 2-3 zdania uzasadnienia.
 
 
WARUNKI:
 
Po pierwsze: przeczytajcie regulamin.
 
Po drugie: napiszcie w komentarzu pod tym postem (i tylko tutaj!): 
a) miasto, w które celujecie (przypominam: Kraków, Olsztyn lub Warszawa - Złote Tarasy);
b) odpowiedź na pytanie;
c) jeśli nie macie googlowego konta, podpiszcie komentarz imieniem i nazwiskiem - wiadomości anonimowe się nie liczą.
 
Po trzecie: nie musicie, ale możecie:
*  puścić gdzieś dalej banner konkursowy (np. na swoim blogu);
* jeśli jeszcze nie obserwujecie/nie lubicie bloga "Zielono w głowie" tutaj, na Facebooku, na Pintereście lub na Google+, to będzie mi miło, jeśli zdecydujecie, że warto to zrobić;
* zacząć obserwować na Facebooku wydarzenie "Sztuka brytyjska w Multikinie" - będziecie na bieżąco!
 
Streszczenie dla tych, którzy mają mało czasu:

1. Regulamin: przeczytać!

2. Komentarz: wybrane miasto i odpowiedź na pytanie (tylko nie anonimowo!).
 
3. Można, ale nie trzeba: puścić dalej wieść o konkursie oraz sprawdzić, czy nie byłoby warto polubić "Zielono w głowie" i "Sztuka brytyjska w Multikinie".
 
 
REGULAMIN:
 
* organizatorami konkursu są: Anna Urbańska, właścicielka bloga Zielono w głowie (macham łapką) oraz Multikino;
* nagrody sponsoruje Multikino;
* nazwiska zwycięzców zostaną wylosowane przeze mnie!
* osoby, które wygrają bilety, będą mogły zgłosić się po odbiór biletów przed seansem w danym Multikinie - trzeba będzie podać swoje imię i nazwisko (koniecznie pokazując dowód tożsamości) oraz hasło: "blog Zielono w głowie".
 
Konkurs trwa od 7 do 12 maja 2015 roku.
 

 

Philippa Gregory, władczyni półek mojej biblioteczki

Biała księżniczka - Philippa Gregory
"Przejmująca historia Elżbiety York, żony pierwszego Tudora na tronie Anglii i matki Henryka VIII. Pretendent do angielskiej korony zwołuje armię, podważając legalność dynastii Tudorów. Ale czy faktycznie jest jednym z zaginionych książąt, odesłanym w nieznane przez Elżbietę Woodville, czy zwykłym oszustem ― wrogiem Henryka Tudora i jego żony, księżniczki Yorku? Zdobywając koronę Anglii na polu bitwy pod Bosworth, Henryk VII Tudor wiedział, że aby zjednoczyć kraj targany wojną domową, przyjdzie mu poślubić księżniczkę z konkurencyjnej dynastii ― Elżbietę York. Wszakże ona nadal kochała poległego króla, Ryszarda III, a jej krewni z rodu Yorków wciąż marzyli o odnalezieniu zaginionego następcy tronu i tryumfalnym powrocie do władzy. Po ślubie z Henrykiem młoda Elżbieta staje przed wielkim dylematem. Jakże ma wybrać między Tudorami i Yorkami, między własnym mężem a chłopcem utrzymującym, że jest jej ukochanym zaginionym bratem ― powracającą nareszcie do domu „różą Anglii”?"
 
Jedna z najdłuższych i najszerszych półek mojej prywatnej biblioteczki ugina się cała pod tomiszczami dotyczącymi średniowiecznej i renesansowej historii Anglii. Winę za to ponosi, w stopniu naprawdę niemałym, Philippa Gregory. Nie tylko dlatego, że jej książki mają spore gabaryty, ale przede wszystkim z tej przyczyny, iż powieści, które pisze, rozbudowały moje zainteresowanie Plantagenetami i Tudorami do niebotycznych rozmiarów. Najulubieńszą rozrywką jest dla mnie tworzenie, po raz dwudziesty piąty, drzewa genealogicznego władców Anglii - bo na poprzednich wersjach nie ma już miejsca, a ja właśnie wydedukowałam, że trzeba dorysować połączenie między Janem z Gandawy a ostatnim Jagiellonem! Mówię Wam, zabawa jest przednia! ;)
 
Koronnym powodem, dla którego szaleję za książkami angielskiej pisarki, jest jej wykształcenie - tytuły naukowe z historii oraz literatury. Gregory publikuje artykuły w prasie specjalistycznej, prowadzi wnikliwe badania dotyczące ludzi i czasów, o których pisze, wyciąga wnioski ze sprawdzonych faktów i przytacza racjonalne argumenty. To wszystko sprawia, że ma moje zaufanie. Podążam za jej konkluzjami, przyjmując je za dobry punkt wyjścia do własnych badań i dociekań. 
 
Philippa Gregory nie tworzy kolejnych kalek, nie ma w zwyczaju pisać książek opartych na zlepku teorii powieściopisarzy, którzy przed nią poruszali dany temat. Sama buduje prekursorskie koncepcje, sięgając do najdawniejszych źródeł, kichając nad zakurzonymi manuskryptami i inkunabułami, przedzierając się przez teksty pisane w najróżniejszych językach - od kronik po spisy inwentarzy małych gospodarstw. Mozolnie odtwarza dawno miniony świat z maleńkich kawałków olbrzymiej, rozsypanej układanki. 
 
Jest dla mnie niezwykle wiarygodna. Wszelkie wnioski, do jakich dochodzi - nie jako autorka fikcyjnych fabuł, lecz jako historyk starający się, by każdy element stworzonej książki był zasadny - opatruje komentarzami, tłumaczy, przytacza źródła. Wszystkie jej powieści opatrzone są długą bibliografią. Philippa opowiada o historii w taki sposób, że mam ochotę zapoznać się z życiorysem każdej postaci, jaka kiedykolwiek przewinęła się przez karty dziejów Anglii, tworzę niekończące się drzewa genealogiczne, dochodząc samodzielnie do zaskakujących i niezwykle mnie satysfakcjonujących wniosków. Dla uważnego i świadomego czytelnika, każde zdanie z książek Gregory niesie ze sobą informacje tworzące wielki mur wiedzy historycznej.

 

Jak to zwykle ze mną bywa, w chwili, gdy wystawy księgarń ozdabia właśnie najnowsza powieść angielskiej pisarki, ja wracam pamięcią do poprzedniej. "Biała księżniczka" wywarła na mnie olbrzymie wrażenie (a jakże, nie da się napisać inaczej!). Sprawiła, że znów odbyłam wędrówkę w czasie i wyskoczyłam, jak diabełek z pudełka, na dworze Henryka VII - króla, o którego panowaniu i osobowości wiem niewiele, bo nieustannie chował mi się za szerokimi plecami swego do bólu sławnego synalka. Powinnam powiedzieć "kiedyś wiedziałam niewiele", bo teraz, dzięki książce Philippy, zabrałam się za nadrabianie braków. Łapię się rozpaczliwie każdej dostępnej informacji, a książka Thomasa Penna "Henryk VII. Świat Anglii Tudorów" wylądowała jako pierwsza na liście pozycji do koniecznego kupienia.

"Biała księżniczka" opowiada historię Elżbiety York, kobiety, której, choć była córką (Edward IV), bratanicą (Ryszard III), siostrą (Edward V), żoną (Henryk VII) oraz matką (Henryk VIII) króla Anglii, co jest wyczynem mocno imponującym,  nie ma czego zazdrościć. Gdy czyta się o jej losach, to zdecydowanie odechciewa się marzyć o koligacjach z jakąkolwiek rodziną panującą - oddychałam z ulgą na samą myśl o tym, że nie urodziłam się księżniczką. Gdy mężczyźni walczą o władzę, ich kobiety stają się zakładniczkami, kartami przetargowymi - Elżbiecie przytrafiało się to kilkakrotnie. Ostatecznie została wydana za mąż, by usankcjonować prawa do tronu człowieka, który obalił dynastię Yorków, jej rodzinę. Przez cale życie musiała zmagać się z podwójną lojalnością - z jednej strony względem matki, kuzynostwa, uzurpatorów, z których każdy mógł być jej bratem, a z drugiej - w stosunku do męża i synów. 
 

Elżbieta York, portret nieznanego artysty, ok. 1500
 
 
Na początku poprzedniego akapitu napisałam, że książka "opowiada historię Elżbiety York" (nie ma to jak cytowanie samej siebie! ;) ). To tylko pozory. W rzeczywistości "Biała księżniczka" zawiera barwny, żywy i sugestywny obraz królowania Henryka VII, problemów towarzyszących tworzeniu nowej dynastii, a także dzieje "Perkina Warbecka", człowieka, który ogłosił, że jest jednym z książąt z Tower, rzekomo zamordowanych przez Ryszarda III. I kto wie, może rzeczywiście nim był. Cała Europa i niemal cała Anglia uwierzyła w cudowne ocalenie syna Edwarda IV. Nie wierzył w nie jedynie Henryk VII, który postanowił zdyskredytować samozwańca w oczach świata, wymyślił mu plebejskie imię i chłopską historię, o którą do dziś spierają się historycy.
 
Gregory jak mało kto potrafi uruchomić wyobraźnię czytelnika, odwołać się do jego zakodowanej, odziedziczonej po przodkach pamięci historycznej i wciągnąć go w wir niesamowitych wydarzeń, umiejscowionych w namacalnym otoczeniu. Postaci, które zazwyczaj są tylko imionami zapisanymi na gałęziach drzewa genealogicznego, stają się tutaj ludźmi z krwi i kości, oddychają, czują, rozmawiają. Opowiadają nam o sobie i o czasach, w których żyli.
 
Henryk VII pozornie pałęta się gdzieś w cieniu żony i irytuje nas swoją słabą i chwiejną osobowością. W rzeczywistości, nie wiedzieć kiedy, charakterystyka panowania tego pierwszego Tudora na tronie angielskim wysuwa się na pierwszy plan. Z coraz większym zainteresowaniem obserwujemy nieustanny lęk Henryka przed potężną siłą przywiązania poddanych do dynastii Yorków i przed ewentualnym odnalezieniem się prawowitego następcy Edwarda IV. Król, który przez większość życia oglądał się za siebie i trzymał się władzy z przekonaniem, że na nią nie zasługuje, wzbudza mieszane uczucia - od pogardy, po litość.
"Stoczyłem bój, wygrałem i zostałem koronowany, jednakże teraz moi poddani koronowali kogoś innego i znów trzeba nam walczyć. Wygląda na to, że w tym kraju, gdzie snują się mgły i kuzyni niczego w ogóle nie można być pewnym..."
 

Henryk VII, portret nieznanego artysty, ok. 1505
 
 
Elżbieta York, księżniczka pochodząca z potężnej dynastii, potomkini Plantagenetów, została zmuszona do życia na dworze królobójcy i nieustannego uśmiechania się przez łzy. Jakże trudne musiało być zaciskanie zębów w obliczu doniesień o wierności, którą angielski lud niezmiennie okazywał Yorkom, jak ciężko było znosić przytyki i wywyższanie się Królowej Matki - Małgorzaty Beaufort-Stanley, która jeszcze niedawno była dwórką w pałacu rodziców Elżbiety. Jako żona Henryka VII i matka jego dzieci, czuje się rozdarta między nadzieją, że jej brat, jeden z zaginionych książąt, żyje, a lękiem o przyszłość synów, między współczuciem dla słabego, otoczonego przez bunty męża, a nienawiścią do niego. 
"Niewiasta jest własnością swojego przyszłego męża nawet przed ślubem. Od dziś po kres swoich dni nie będziesz mogła mi odmówić. W grę wchodzi nie gwałt, lecz moje prawo i twój obowiązek. (...) Przegrałaś pod Bosworth z całą resztą - zakańcza dobitnie. - Stanowisz część upów wojennych".
"Oczywiście, że pragnę przywrócenia władzy naszemu rodowi i klęski przeciwnika Ryszarda - czasem ogarnia mnie nagły przypływ emocji na pojawiający się w moim umyśle ni stąd, ni zowąd obraz Henryka spadającego z wierzchowca i walczącego o życie pieszo pośród szarży kawalerii, wśród grzmotu kopyt - a jednak za dobrą wiadomość poczytuję sobie to, ze Henryk odniósł zwycięstwo i wyszedł cało z opresji. (...) Urodziłam się księżniczką Yorku, lecz zostałam żoną Tudora".
Cenię Philippę Gregory za jej obiektywizm. Wytyka Henrykowi i jego matce wszelkie niegodziwości, lecz jednocześnie nie odmawia im prawa do rządzenia według reguł panujących na wszystkich dworach europejskich. Autorka pragnie uzmysłowić czytelnikowi, że przyzwoitość i honor nie miały prawa bytu podczas bezpardonowej walki o życie. Docenia dążenia Tudora do zakończenia wojny, która przez dziesiątki lat wykrwawiała Anglię. Nie tworzy kryształowych charakterów, ale i nie demonizuje nikogo - na najwyższych szczeblach władzy nie było miejsca na sentymenty, a wszelkie decyzje miały swoje dobre i złe konsekwencje.
 
Technika angielskiej pisarki oczarowuje i zachwyca. Zapewne w każdym moim tekście o jej książkach znajdziecie podobną konkluzję, ale jest ona nieunikniona (z tego, co pamiętam, jedynie "Córka Twórcy Królów" była napisana z odrobinę mniejszym kunsztem, jakby wydana za szybko, bez ostatecznego pogłębienia i dopracowania). Uwielbiam jej uderzająco celne uwagi, to, że jednym trafnym zdaniem potrafi podsumować przyczyny i skutki całego ciągu zdarzeń  lub scharakteryzować postać.
"Tomasz Stanley z synem oraz bratem Wilhelmem - wszystko bohaterzy spod Bosworth, którzy zajęli pozycje na wzgórzu i przyglądali się jak ich król szarżuje samotnie na wroga, po czym przyczynili się do śmierci suzerena - maszerują za moim synem, jakby mógł na nich liczyć, jakby ich słowo było cokolwiek warte". 
"(...) lady Stanley koniecznie chce zachować tradycje podtrzymywane przez poprzednich władców, byle tylko zbytnio się od nich nie odróżniać - od prawdziwych królów, którzy panowali wcześniej. Ma nadzieję, że będą z Henrykiem uchodzić za dość królewskich (...)". 



John Adam Houston, Na dworze Henryka VII, 1862
 
Wiedza Gregory i jej zdolność do wplatania w intrygującą, arcyciekawą fabułę historycznych szczegółów, z pozoru błahych, a jednak tworzących sensowną całość - jest imponująca. Lata dyskusji i polemik na temat tworzenia przez Tudorów wygodnych dla nich okoliczności, fałszowania zdarzeń, życiorysów i kronik, odtwarza celnie jednym, krótkim monologiem  Henryka VII:
"Stworzę chłystkowi genealogię, wymyślę mu rodziców niskiego stanu i podłego charakteru. Ojca pijaka, nierozgarniętą matkę, a z niego samego zrobię hultaja, utracjusza, nicponia. Takaś pewna, że nie znajdzie się pijak ożeniony z tępaczką skłonny przysiąc, że to jego syn? Takaś pewna, że marny ze mnie pisarz i historyk? Czemu nie miałbym wykreować wydarzeń, które potomni uznają za fakty? (...) jestem królem. Któż ma stworzyć kronikę panowania jak nie ja sam?"
Autorka nie podaje na tacy gotowych rozwiązań. Poszczególni bohaterowie obserwują świat i z własnego punktu widzenia wyciągają wnioski, dzieląc się nimi z czytelnikiem, którego zadaniem jest samodzielne tworzenie najbardziej dla niego prawdopodobnego obrazu. Gregory ma wiele oryginalnych, niezwykle inteligentnych teorii, które wydają się być jedynym możliwym rozwiązaniem, choć nikt do tej pory na nie nie wpadł. Jednakże pisarka niczego nam nie narzuca, nie twierdzi, że jej opinia jest najbardziej sensowna. Pozwala czytelnikowi samodzielnie snuć domysły. I za to ją uwielbiam - bo daje mi do ręki narzędzie, pokazujące najciekawsze drogi przez zakręty i zakamarki odległych czasów, wehikuł czasu, moją własną, prywatną TARDIS. ;)

"Osobiście skłaniam się ku wersji przedstawionej w mojej książce. Należy jednak pamiętać, że nikt - nawet obecnie - nie wie, co naprawdę stało się z Edwardem i Ryszardem, synami Edwarda IV Angielskiego i Elżbiety Woodville". 
 
Tytuł: Biała księżniczka
Tytuł oryginału: The white princess
Autor: Philippa Gregory
Tłumacz: Urszula Gardner
Wydawnictwo: Książnica
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 464
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami



 
Recenzja powstała dla portalu
 

 

Zmierzch świata dżentelmenów oraz dowód na to, jak łatwo przemycić Cumberbatcha do recenzji :)

Żona oficera - Philippa Gregory

 

 
 
 
 
"Rok 1920, Wielka Brytania. Kraj otrząsa się po pierwszej wojnie światowej. Młodziutka Lily Valance pragnie zapomnieć o ciężkich czasach i rzuca się w wir szalonych lat dwudziestych. Gdy spotyka przystojnego kapitana Wintersa, ulega czarowi jego pozycji społecznej i bogactwa. On liczy na to, że związek z młodą śpiewaczką pozwoli mu się wyzwolić od traumatycznych wspomnień.
Lily decyduje się poślubić Stephena Wintersa, a jednocześnie zamierza kontynuować karierę sceniczną. Nie zdaje sobie jednak sprawy, jak trudne będzie wejście do klasy średniej i stawienie czoła hipokryzji skrywanej za fasadą domu Wintersów. Stephen nie potrafi sobie poradzić z dręczącymi go koszmarami, aż w końcu prawda o jego wojennych losach zmusza rodzinę do bolesnego rozliczenia z przeszłością..."
 
 
Dżentelmen prosto z Londynu - biały kołnierzyk, eleganckie spinki u mankietów i... kijek zatknięty za plecami. Przede wszystkim jednak nienaganne maniery, traktowanie każdej kobiety niczym królowej oraz motto: prędzej śmierć niźli złamanie danego słowa! Rycerz z parasolem zamiast miecza. Ech, marzenie mojego życia! :)
 
Czytana lata temu "Saga o dżentelmenie" Forda Madoxa Forda dynamicznie kształtowała moje spojrzenie na brytyjską arystokrację epoki edwardiańskiej. Wzdychałam sobie do głównego bohatera, cudownie brytyjskiego Christophera Tietjensa - cóż z tego, że sztywnego niczym deska, skoro jednocześnie wrażliwego, dobrego i bohaterskiego. Głowę straciłam do reszty, gdy obejrzałam "Parade's End", serial BBC oparty na powieściach Forda. Nie mogło być inaczej - mimo szwankującego miejscami scenariusza i za mało dynamicznego montażu - Tietjensa zagrał Benedict Cumberbatch, człowiek, który urodził się po to, by mi sen z powiek spędzać swoimi rolami.
 

Nie będę się upierać, że nie jest to moje ulubione zdjęcie promocyjne z serialu ;)
 
 
Moich wyobrażeń nie były w stanie zmienić ani książki Edwarda Forstera, ani nieprzemawiająca do mnie powieść "Noc i dzień" Virginii Woolf. Etykieta, którą kierowały się klasy średnia i wyższa angielskiego społeczeństwa, kojarzyła mi się z tradycją rycerską, honorem, wysoką kulturą. Z otwieraniem kobietom drzwi i chronieniem ich przed wdepnięciem w kałużę. Przymykałam oko na wszelkie skutki uboczne, takie jak swoisty cynizm czy brak elastyczności. Wady "systemu" wydawały się maleńkie w konfrontacji z jego zaletami.
 
Aż nadeszła Wielka Wojna i całą dżentelmenerię diabli wzięli. Świat się zmienił, kurtuazyjność umierała powoli na polach bitew. Bohater Forda Madoxa Forda został postawiony w obliczu utraty wszystkiego, w co wierzył, co nadawało sens jego życiu. Młodzi ludzie wracali z okopów odmienieni, przepełnieni wstrętem do zasad, które w ogniu walki okazały się nieprzydatną abstrakcją. Cała Europa utraciła niewinność, ale Anglicy musieli dodatkowo stanąć wobec prawdy, że pewne reguły i normy nie wytrzymują konfrontacji z bestialstwem i polityką.

 

"Parade's End", czyli "Koniec defilady"
 
 
Kolejną książką, obok "Sagi o dżentelmenie", która po mistrzowsku ukazała odchodzenie do lamusa obyczajów brytyjskiej elity, okazała się "Żona oficera" Philippy Gregory. Autorka, którą pokochałam za powieści z czasów Wojny Dwóch Róż i panowania Tudorów, tym razem sportretowała zaskorupiony świat konwenansów i przesądów, będący na początku lat 20. ubiegłego wieku karykaturą kodeksu moralnego sprzed wojny. 
 
Pokuszę się o stwierdzenie, że jest to najlepsza ze wszystkich książek Gregory, które czytałam.Wielowymiarowa, pod każdym względem dopieszczona stylistycznie, zapełniona niezwykle prawdziwymi i przekonującymi postaciami - "Żona oficera" wnika głęboko w skomplikowane relacje nie tylko między ludźmi, ukształtowanymi przez wydarzenia historyczne pierwszej połowy stulecia, ale przede wszystkim między sferami brytyjskiego społeczeństwa. Autorka jednoznacznie uświadomiła mi, jak tragiczne w skutkach okazało się kształcenie dzieci w ramach tzw. dobrego wychowania, do czego doprowadziło bezrozumne naśladowanie przez klasę średnią zachowań i stylu życia arystokracji.
 
Motywem przewijającym się przez wszystkie warstwy fabuły jest wojna. Widzimy jej wpływ na nastroje w Wielkiej Brytanii w chwili wybuchu i w trakcie trwania walk, oddziaływanie na psychikę człowieka, który wrócił z okopów oraz na stosunki międzyludzkie.
"Ludziom znudził się pokój. Wojna miała być lekarstwem na wszelkie niepokoje w kraju, wszelkie dziwactwa młodego pokolenia, które oto dostało swoją szansę na wielkość. Tak twierdziła prasa, tak głosiło duchowieństwo z ambon. Ludzie wierzyli, że wojna - szybka, porządna wojna - ustawi wszystkich do pionu, zjednoczy naród, dokona oczyszczenia. Ludzie wmawiali sobie, że Wielka Brytania potrzebuje wojny. W końcu było to imperium stojące walką. Brytyjczycy raz jeszcze musieli udowodnić swoją siłę".
Młodych ludzi, zuchwałych, pełnych zapału oraz wychowanych według szarmanckich zasad ojców, ubrano w mundury i przekonano, że czeka ich niezapomniana przygoda. Stworzono żołnierzyków w wyprasowanych spodniach, z szabelką u boku i z zapasem herbaty w plecaku ordynansa. Rodzice błogosławili synów idących po to, by wykazać się odwagą i wrócić w glorii chwały. Uchylających się od służby wojskowej piętnowano, wyrzekały się ich rodziny, ostatecznie wcielano ich do armii na siłę. Wracało niewielu. Ci, którzy w walkach nie stracili życia, stawali się znerwicowanymi, skrzywionymi moralnie wrakami.
 
 

To ostanie zdjęcie z "Końca defilady", obiecuję! :)
W obliczu wyzwolonej kobiety...  Christopher pewniej czułby się na polu bitwy!
 
 
Efektem wojny było zupełne wywrócenie do góry nogami układów społecznych. Kobiety musiały pójść do pracy, by zastąpić walczących mężczyzn, kraj zaczął zapełniać się bezrobotnymi kalekami, którym nikt nie pomagał, a zasady panujące w domach klasy średniej i wyższej okazały się niewiele warte. 
 
O takim właśnie świecie opowiada Philippa Gregory w "Żonie oficera". Skupia się na tym, co było największą porażką i utrapieniem tamtych czasów - na konsekwencjach wojny, stosunku do kobiet oraz tragicznych rezultatach wychowywania dzieci według snobistycznych i przepełnionych hipokryzją pryncypiów. Lily, główna bohaterka powieści, staje się ofiarą każdego z tych grzechów społecznych. Rezygnuje z marzeń o karierze, by wyjść za mąż za Stephena, człowieka upatrującego w małżeństwie leku na nerwicę frontową. Dziewczyna trafia do piekła równie przerażającego jak to, przez które przechodzili żołnierze na polach bitew.
 
 

Zdjęcie z lat 20. ubiegłego wieku -
weteran wojenny sprzedający na ulicy zapałki
 
Lily i Stephen to para ludzi niemających ze sobą nic wspólnego. Pochodzą z różnych środowisk, mają inne cele, na świat patrzą niczym mieszkańcy dwóch odległych planet. Ona jest jeszcze dzieckiem wymagającym rodzicielskiej opieki i wsparcia, a jednocześnie pragnącym swobody i szczęścia. On potrzebuje kogoś, komu mógłby rozkazywać, a ponieważ jest niestabilnym emocjonalnie i żyjącym koszmarami okrutnikiem, jedyną osobą, którą jest w stanie nagiąć do swojej woli, jest delikatna żona. 
"Napisano bowiem: do mnie należy pomsta - zacytował Biblię, wsiadając do auta. I pochwalił się Boycottowi: - Nareszcie ją stłamsiłem".
Kobiety z wyższych sfer były niejednokrotnie traktowane przez swoich mężów niczym piękne ozdoby, służące do zaspakajania mężowskich potrzeb. Synów uczono, że kobiety istnieją po to, by uprzyjemniać im życie, córkom nakazywano, by były ładne, uległe i robiły to, co się im każe. W efekcie całe pokolenia czyniły swoim dzieciom taką samą krzywdę, jaką kiedyś wyrządzono im, skazując je na samotność i obojętność. Za murami pięknych kamienic i rezydencji rozgrywały się nieraz niewyobrażalne dramaty, przez nikogo niewidziane, przez nikogo niesłyszane.
"Wolność i radość Christophera niebawem się skończą. Chłopiec (...) przestanie wylegiwać się na maminych kolanach i pozna, co to samotność i niewygoda. Tak jak należy".
"To okropnie niehigieniczne - powiedziała. - Moja siostrzenica nikomu nie pozwala dotykać swojego dziecka i sama też nigdy go nie całuje".
"Śniadanie znów podawano o ósmej i oczekiwano od Lily, aby była już wtedy w pełni ubrana i gotowa podać herbatę Stephenowi. (...) Jedna z reguł Muriel mówiła, że w ciągu dnia żadna dama nie kładzie się w pościeli, aczkolwiek może położyć się na narzucie, jeśli źle się poczuje. Druga reguła zabraniała czytania powieści przed południem. (...) Było to jej zdaniem nieangielskie i niemoralne".
Tysiące przepisów i praw, w których zaklętym kręgu znalazła się Lily, nie zdołały uczynić z niej niewolnicy. Jej otwarta i radosna natura wpłynęła orzeźwiająco na ponury dom Wintersów. Za drzwiami sypialni cierpiała cicho i bez słowa skargi, jednak w momencie, w którym Stephen znikał na horyzoncie, dziewczyna wprowadzała własne obyczaje. I przyszło jej za to drogo zapłacić. 
"Najważniejsza zasada wychowawcze wyznawana przez panią Janes mówiła, że małe dziecko powinno jak najwięcej czasu spędzać samo. Towarzyskość, czułość, spontaniczność - wszystko to były cechy, jakich należało unikać za wszelką cenę jako przejawów wulgarności i słabości. Natomiast samotność i milczenie były jakoby oznakami zdrowia". 
 

Taki świat odnajdziemy w powieści Philippy Gregory - odmalowany jednak innymi barwami...
 
Stephen jest nieszczęśliwy i nie może znieść tego, gdy ktoś w jego otoczeniu jest zadowolony i uśmiechnięty. Odnajduje spokój jedynie w krzywdzeniu innych. Nie pojmuje jak można żyć bez koszmarów i nieustannego myślenia o wojnie, ma za złe ludziom, że nie dzielą z nim jego lęków. Nie jest w stanie odizolować wojny od pokoju, życia od śmierci. 
"Wszyscy są dla mnie nikim oprócz Boycotta i ciebie. Tylko wy dwoje coś dla mnie znaczycie. Pozostali przypominają mi o wojnie. Mama, która mnie na nią wysłała. John Pascoe, który wysłał na nią swojego syna. Dentonowie, którzy się na niej wzbogacili. Wszystkie kobiety, które siedziały w domach, pozwalając nam walczyć, cierpieć i ginąć. Gdziekolwiek spojrzę, widzę ludzi, którzy byli częścią wojny... - rozszlochał się chrapliwie (...)".
"Lily miała odpokutować za wszystkie beztroskie chwile, w których górę brała jej wrodzona radość życia. Za uczynienie domu Wintersów miejscem, w którym znów rozlega się muzyka, trzaskanie drzwiami, tupot nóg na schodach (...). Pragnął ukarać Lily za to, że była dzieckiem czasów pokoju, gdy on nie potrafił wyzwolić się spod zaklęcia wojny".
Życie jego matki, Muriel, ogranicza się do pilnowania, by wszystko odbywało się zgodnie z wyznaczonymi przez nią standardami. Jest zatruta nieustającą podejrzliwością i kombinowaniem, jak by tu utrudnić życie innym. Charaktery bohaterów zostały przez autorkę stworzone z niezwykłą wirtuozerią i głębią. Gregory w kilku scenach, bez zbędnej patetyczności,  potrafi oddać złożoną i wielowymiarową psychikę postaci. 
"Muriel wolała nie wiedzieć, o co toczyła się bitwa, za jaką broń chwycili małżonkowie i na ile poważnie Lily ucierpiała. Wmawiała sobie, że nie naciskając, zachowuje takt".
"Była damą w każdym calu, a dama nie mówi na głos nieprzyjemnych prawd".

Herbatka w Buckinghamshire - takie życie wiodły kobiety z wyższych sfer.
A niechby któraś spróbowała robić coś innego!...
 
Wartości poznawcze to jedna strona medalu. Drugą jest pasjonująco skonstruowana fabuła, pełna tajemnic, zwrotów akcji, dramatów, uczuć. Przeszłość Stephena ukrywa się za jego koszmarami, większe i mniejsze sekrety domu Wintersów znajdują rozwiązanie lub prowadzą do tragedii, a środowisko, z jakiego wywodzi się Lily i jej znajomi, każdą szparką wsącza się w stwardniałą powłokę bogactwa prawniczej rodziny.
 
"Żona oficera" należy do ścisłego grona powieści, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Jest napisana niezwykle dojrzałym stylem, dyskretnie nasączona klimatem lat 20. XX wieku, zapełniona wyrazistymi i prawdziwymi postaciami. Pozwala wczuć się w atmosferę okresu, w którym toczy się akcja, porusza wiele ważnych tematów, a jednocześnie urzeka inteligentną i ciekawą fabułą. 
 
Tytuł: Żona oficera
Tytuł oryginału: Fallen skies
Autor: Philippa Gregory
Tłumaczenie: Urszula Gardner
Wydawnictwo: Książnica
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 504
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
 
 
Recenzja powstała dla:

Troski renesansowej księżniczki

Księżna Mediolanu. Dzieje Izabeli Aragońskiej, matki królowej Bony - Renata Czarnecka

 
"Dzieje Izabeli Aragońskiej, matki królowej Bony. Gdy w 1489 roku dziewiętnastoletni książę Mediolanu Gian Galeazzo Sforza spotyka po raz pierwszy swą poślubioną per procura małżonkę, z trudem kryje rozczarowanie. Izabela Aragońska nieświadoma jeszcze niechęci męża pragnie kochać i rządzić Mediolanem. Tymczasem Lodovico Sforza Moro, wuj Izabeli i stryj Gian Galeazza, sprawuje faktyczną władzę w Mediolanie, usuwając w cień młodego bratanka. Z czasem Izabela odkrywa tajemnice rodu Sforzów, a zamiast oczekiwanej miłości poznaje smak upokorzenia i zdrady. Staje do walki o Mediolan osamotniona, pozbawiona wsparcia męża, którego szczerze kocha. Jej największą rywalką jest ambitna i pozbawiona skrupułów Beatrycze d’Este, małżonka Mora."

Podczas wszystkich wojen, które toczyły się na przestrzeni wieków, marzenia, uczucia i pasje jednego człowiek nie miały większego znaczenia. Przez tysiące lat posyłano młodych ludzi na fronty, by ginęli w imię polityki, ambicji przywódców, dla dobrobytu nielicznych. Znikali z powierzchni ziemi ludzie tchórzliwi, głupi, źli, a wraz z nimi geniusze, bohaterowie, święci. W sukurs konfliktom zbrojnym szły choroby, najróżniejsze katastrofy, podążali mordercy.

Jak potoczyłyby się losy ludzkości, gdyby wszystkie unicestwione przedwcześnie istnienia dostały szansę na długie i szczęśliwe życie? Gdyby każdy człowiek, przez dowódców lub suwerenów potraktowany niczym nieznaczący element wojskowej kampanii, mógł w spokoju żyć i kochać? Gdyby sprowadził na świat dzieci, które z kolei same mogłyby nie tylko kreować własne losy, ale także tworzyć rzeczywistość wokół siebie, w społeczeństwie, w którym przyszłoby im żyć? Co stałoby się z historią, gdyby na przestrzeni wieków zawarto kilka innych małżeństw niż te znane nam z podręczników, podjęto kilka innych decyzji? Jak wówczas wyglądałby dzisiejszy świat? Ilu geniuszy i ilu oprawców nigdy nie ujrzało światła dziennego?
 
Często zastanawiam się, jak wyglądałaby dzisiejsza Europa, gdyby Juliusz Cezar nie zdążył niczego dokonać, zamordowany przez piratów? Czy Krzysztof Kolumb odkryłby Amerykę, gdyby Jan z Gandawy nie miał dzieci? Czy Zygmunt August byłby ostatnim Jagiellonem, gdyby jego matką nie była włoska księżniczka - Bona Sforza?
 
Wyobraźmy sobie, że Ferdynand I, król Neapolu, postanowił wydać swoją wnuczkę Izabelę Aragońską za kogokolwiek, byle nie za księcia Mediolanu - Giana Galeazza Sforzę. Jakie byłyby losy odległej Polski, gdyby Izabela nie powiła w 1494 roku córki, której nadała imię po babce - Bonie Sabaudzkiej? 


Prawdopodobnie portret Izabeli Aragońskiej
pędzla Giovanniego Boltraffio (ok. 1500).
Za każdą postacią, która mniej lub bardziej wpłynęła na losy świata bądź poszczególnych krajów, stoi ktoś, kto owego bohatera, tyrana lub geniusza spłodził i wydał na świat. Ktoś, kto ocalał w czasie wojny, zarazy, nie został skrytobójczo zamordowany. Kto w pewnym momencie podjął takie, a nie inne decyzje. Każdy człowiek, wymieniony w podręcznikach do historii, miał przodków, którzy przeżyli swoje życie spełniając marzenia, tworząc, działając, oglądając wschody i zachody słońca... Owi rodzice i dziadkowie są, tak samo jak ich latorośle, godni naszej uwagi, warci tego, by wiedzieć, kim byli, czego pragnęli i czego dokonali. 
 
O Bonie Sforzy wiemy wiele. Jej panowanie w naszym kraju zostało udokumentowane, opisane i przeanalizowane na wiele sposobów. Trzeba jednak przyznać, że większość badaczy, historyków, autorów książek popularnonaukowych i biografii nie była zbyt zainteresowana tym, skąd Bona w ogóle się wzięła, jakie były jej dzieje, zanim została żoną Zygmunta I Starego. Co robiło śliczne, wesołe dziecko, urocza dziewczynka, wreszcie młoda panienka, zanim została skrzywioną i pomarszczoną matroną, dumnie spoglądającą z portretów na potomków swoich poddanych? Mało kto zwrócił większą uwagę na to, iż jej matka, Izabela Aragońska, była siostrzenicą słynnego Ludwika Sforzy zwanego Il Moro, przyjaciółką Cecylii Gallerani, która pozowała mistrzowi da Vinci do "Damy z gronostajem", kuzynką Alfonsa d'Este, jednego z najpotężniejszych renesansowych mecenasów sztuki, a jednocześnie męża Lukrecji Borgii, wreszcie błyskotliwą, wykształconą i utalentowaną księżną.


Popiersie Izabeli Aragońskiej
Postać Izabeli co jakiś czas pojawiała się w moich lekturach dotyczących Renesansu we Włoszech, dziejów mediolańskiego tronu, majaczyła w tle opowieści o siostrach d'Este - Izabeli i Beatrycze, najjaśniejszych gwiazdach na firmamencie włoskiego Odrodzenia. W polskojęzycznych tekstach zawsze była cieniem, mało istotnym elementem olbrzymiej układanki. Ciekawa jej losów, byłam skazana na skromne notki biograficzne. I nagle nadeszła pomoc pod postacią "Księżnej Mediolanu"!
 
Już pierwsze wieści o kolejnej książce Renaty Czarneckiej były dla mnie tym, czym oaza na pustyni dla wędrującego o suchej paszczy nieszczęśnika. Nie ma zmiłuj, autorka musi posiadać wehikuł czasu, którym od czasu do czasu wyskakuje na wycieczkę po Renesansie. Niezwykle sugestywny obraz tamtych czasów, który zawarła w "Signorze Fiorelli" sprawił, że usłyszawszy o planach na powieść o młodości królowej Bony, zaczęłam skakać wesoło niczym Milne'owski Tygrysek.

Gdyby nie troska o sąsiadów, w suficie powstałaby wielka dziura, bo wkrótce okazało się, że książka obejmie przede wszystkim życiorys Izabeli Aragońskiej, matki polskiej władczyni. Miary szczęścia dopełniła wieść o powstawaniu aż dwóch tomów przepełnionych odgłosami mediolańskiego i baryjskiego dworu, dźwiękami lutni oraz brzmieniem kroków bassadanzy, szeptami szpiegów, dobiegającymi zza ściany książęcej alkowy i szczękiem oręża krzyżowanego w trakcie walk włosko-francuskich.

Na moje pytanie o przyczyny zainteresowania epoką, w której toczy się akcja większości jej powieści, Renata Czarnecka odpowiedziała: "Renesans kojarzy mi się z rozkwitem, dosłownie z odrodzeniem człowieka w każdej sferze jego życia. To potęga umysłu, nauki, przy jednoczesnej wierze w Boga i siły tajemne. To fascynacja tym, co  nieznane, odkrywanie nowych lądów, powrót do starożytności, umiłowanie życia i sztuki".

Na drugi tom przyjdzie nam jeszcze chwilę poczekać, ale pierwszy już od kilku tygodni ozdabia witryny księgarni i moją biblioteczkę. "Księżna Mediolanu" zawiera zbeletryzowane dzieje Izabeli Aragońskiej - od chwili, w której opuściła rodzinny Neapol i udała się w długą morską podróż, by zostać żoną mediolańskiego księcia. Towarzyszymy jej podczas psychologicznych zmagań z wujem, Ludwikiem Sforzą, okradającym prawowitego władcę z tronu i przywilejów oraz snującego sieć intryg zakrojonych na szeroką skalę. Widzimy jej rozpacz z powodu powolnego upadku męża, cierpienie wywołane brakiem miłości z jego strony. Podróżujemy wraz z nią między Pawią - miejscem odosobnienia i swoistego zesłania, a Mediolanem - miastem, którego panią miała zostać.



Dzieje Izabeli oraz jej męża, Giana Galeazza, są w książce Renaty Czarneckiej ukazane wyraziście i obrazowo. Nie trzeba mieć wiedzy dotyczącej historii Włoch, by wciągnąć się w akcję powieści i z zapartym tchem chłonąć szczegóły dotyczące XV-wiecznych praktyk stosowanych przez renesansową arystokrację, stawiającą na pierwszym planie władzę i bogactwa.

Autorka skupiła się na przedstawieniu nam historii przejęcia przez Ludwika Il Moro władzy w Mediolanie z punktu widzenia jego siostrzenicy. To Izabela stanowi punkt odniesienia, jej oczyma patrzymy na świat przedstawiony. Do Pawii docierają tylko niektóre wiadomości, a cierpienie, frustracja i gniew, które nieustannie towarzyszą bohaterce, stanowią filtr, kreujący pozostałe postaci dramatu według spojrzenia neapolitańskiej księżniczki. Tym samym Beatrycze d'Este, renesansowa znakomitość, patronka artystów, błyskotliwa wspólniczka męża w snuciu politycznych intryg, mających na celu zapewnienie im panowania nad Mediolanem, stała się wredną i niesympatyczną dziewczynką, niewiele widzącą zza pięknych strojów i błyskotek. Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. :)

"Chciałam, by fabuła trzymała się blisko Izabeli i była prowadzona z jej perspektywy. Oczywiście Beatrycze jest ciekawą postacią i chętnie poświęciłabym jej więcej uwagi, ale nie mogłam dopuścić do tego, by punkt ciężkości przeważył na jej stronę" - odpowiedziała Renata Czarnecka, gdy zapytałam ją o patrzenie na świat przedstawiony oczyma głównej bohaterki.

Ważnym elementem fabuły jest ukazanie sytuacji piętnastowiecznych kobiet. którymi mężczyźni rozporządzali według własnego widzimisię, żyjące od ciąży do ciąży i licytujące się między sobą, która z nich urodzi więcej synów. Główna bohaterka jest młodą dziewczyną, niepotrafiącą jeszcze zatroszczyć się o własne dobro, walczyć o swoje. Nieustannie ma nadzieję, że mądrzejsi, silniejsi mężczyźni zrobią to za nią, ale każdy, na kim pragnie polegać, przynosi jej jedynie rozczarowanie i ból.


Uroczy, ale zupełnie bezwolny mąż Izabeli - Gian Galeazzo Sforza

"Izabela była kobietą i to ją stawiało na pozycji gorszej od mężczyzn, mimo że sytuacja kobiet w Italii była znacznie lepsza niż np. u nas. Gdyby miała wsparcie męża albo potężnego ojca, pewnie dałoby to jej więcej odwagi. Skoro jednak jej własny mąż trzymał stronę Mora, to Izabela mogła jedynie krzyczeć i złorzeczyć. Była na straconej pozycji" - tak sytuację swojej bohaterki podsumowała autorka książki.

Po jakimś czasie wnuczka i córka królów Neapolu zdołała wykorzystać sprzyjające okoliczności, podnieść głowę i stać się jednym z najtęższych umysłów politycznych we Włoszech. O tym, jak do tego doszło, przeczytamy zapewne w drugim tomie, który przyniesie nam także obraz życia młodej Bony, dorastającej na książęcym dworze w Bari.
 
 
Tytuł: Księżna Mediolanu
Autor: Renata Czarnecka
Wydawnictwo: Książnica
Rok wydania: 2015
ISBN: 9788324581702
Ilość stron: 400
Format: 15.5x23.0cm
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

Wehikuł czasu wynaleziono dawno temu - "Żony i córki" Elizabeth Gaskell

Żony i córki - Elizabeth Gaskell



"Molly jest dorastającą córką lekarza w miasteczku Hollingford. Mimo że została osierocona przez matkę we wczesnym dzieciństwie, żyje beztrosko i szczęśliwie. Pewnego dnia dowiaduje się jednak, że jej ukochany ojciec postanawia ożenić się po raz drugi. Molly pogrąża się w rozpaczy. W tym dramatycznym momencie pomocną dłoń wyciąga do niej młodszy syn bogatych sąsiadów, Roger… Barwne i wyraziste w swojej różnorodności postacie bohaterów, ich skomplikowane relacje ukazują złożone stosunki społeczne w XIX-wiecznej Anglii. Ciekawe losy dwóch rodzin o odmiennym statusie zapowiadają również nadchodzące zmiany obyczajowe i polityczne."
 
 
Pewnego jesiennego popołudnia, gdy za oknem zapadnie już zmrok, a wiatr zacznie miotać bezlistnymi gałęziami i uderzać nimi o szyby, usiądę na sofie w pobliżu kominka, ciepłym światłem oświetlającego pokój pełen książek. Spojrzę na zegar spokojnie wystukujący rytm mijających sekund i po raz kolejny wezmę do rąk "Żony i córki", by przenieść się do jakże podobnego saloniku w domu pana Gibsona. Żadnego znaczenia nie będzie mieć fakt, że od chwili, w której Elizabeth Gaskell delikatnym, wykwintnym pismem notowała kolejne linijki swojej powieści, minęło już sto pięćdziesiąt lat. Przeniosę się tam tak, jakbym od urodzenia przynależała do pierwszej połowy XIX wieku, jakbym była przyjaciółką Molly Gibson, spędzającą z nią każdą wolną chwilę i jakby jej ojciec, będący lekarzem mojej rodziny, uratował mi kiedyś życie zagrożone przez szkarlatynę.
 
"Żony i córki" to monumentalna powieść, która pozwala zupełnie zapomnieć o współczesności, o pośpiechu, bieganiu do pracy, o komputerach i pociągach. Po oderwaniu wzroku od jej stron ze zdumieniem zaczynałam słyszeć szum samochodów oraz hałas miasta. Na długo nie byłam w stanie zapomnieć o irytacji, w jaką niezmiennie wprawiała mnie pani Gibson, o niesmaku, który czułam na każdą wzmiankę o niefrasobliwości i fałszu Cynthii albo o rozbawianiu, w jakie zawsze wpędzała mnie wyniosła lady Cumnor. Powieść Gaskell na długi czas przejęła władzę nad moim życiem. Będę tęskniła za tym uczuciem i zapewne jeszcze nie raz wrócę do tej lektury - mimo jej objętości.

Hiacynta Gibson każdym słowem, wypowiadanym miękkim, szczebiotliwym i miłym dla ucha, ale jakże fałszywym głosikiem, doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Podobnie mordercze myśli przychodziły mi do głowy, gdy czytałam o trajkotaniu pani Bennett, bohaterki "Dumy i uprzedzenia" Jane Austen. Różnica między nimi polega na tym, że matka Elizabeth Bennett była postacią karykaturalną, mocno przerysowaną, a przez to zbyt nierealną, by mogła być prawdziwa. W przeciwieństwie do pani Gibson, która jest opisana z takim mistrzostwem, iż zupełnie nie przyjmuje się do wiadomości faktu, że mogłaby nie istnieć naprawdę.

 
Jakże znakomity umysł musiała posiadać pisarka, która z tak wielkim talentem uwieczniła życie różnych warstw społecznych XIX-wiecznej Anglii. Śmiem twierdzić, że zdolności posiadała większe niż Jane Austen (zmarła, gdy Elizabeth miała 7 lat). Powieści Jane, nieprzeciętne, pełne błyskotliwie odmalowanych charakterów, pokazujące w krzywym zwierciadle świat zalotów, intryg, wiejskiej moralności oraz zwyczajów, są jednak lekturą mniej poważną, nie skłaniającą do aż tak głębokiego przeżywania nieszczęść i dramatów będących udziałem bohaterów.

Przez większość czasu spędzonego nad lekturą "Żon i córek" martwiłam się losem nieszczęsnej Aimee, denerwowałam miłością, którą Roger obdarzył niewłaściwą, w moim mniemaniu, osobę, roniłam łzy nad każdym z członków rodziny Hamley, by wreszcie zupełnie otwarcie radować się zakończeniem.
 
 
Wydawca Elizabeth Gaskell pod niebiosa wynosił jej zalety - nie tylko jako pisarki, ale przede wszystkim jako wrażliwej i dobrej kobiety, bardzo mądrego człowieka. Prowadziła dom otwarty dla wszelkich genialnych umysłów swoich czasów, przyjaźniła się z Charlotte Brontë. Musiała być znakomitym obserwatorem, bo tylko w ten sposób zdołałaby stworzyć postaci tak żywe i prawdziwe, nie przerysowane czy przesadzone, jakby żywcem przeniesione na karty książki z majątków, dworów i domków angielskiej prowincji. Miała też wspaniałą, intensywną wyobraźnię. Dzięki niej zapełniła ponad 800-stronicową książkę wydarzeniami tak wciągającymi, że po przewróceniu ostatniej kartki czytelnik budzi się, zdziwiony gwałtownym przeniesieniem w czasie.
 
Gaskell z pewnością zasługuje na to, by znaleźć się w naszych podręcznikach literatury, obok największych nazwisk angielskiego panteonu. 
 
Tytuł: Żony i córki
Tytuł oryginalny: Wives and daughters
Autor: Elizabeth Gaskell
Tłumaczenie: Katarzyna Kwiatkowska
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788379432585
Ilość stron: 864
Format: 12.5x20.5cm
Oprawa: Twarda z obwolutą
 

Niechże ta historia wreszcie się zacznie, czyli o kuriozalnej miłości do przewodnika turystyczno-kulturalnego

 
"Zaintrygowany zagadkowym listem Hildegunst powraca do Księgogrodu. Odbudowane z przepychem miasto przeistoczyło się w tętniącą życiem metropolię literacką i mekkę księgarstwa, pełną wszelkiej maści zbzikowanych pasjonatów książek. Podążając tropem tajemniczej przesyłki, Rzeźbiarz Mitów zostaje wciągnięty w wir przygód, ledwo przekroczy granice miasta. Spotyka dawnych znajomych, m.in. kolegę po piórze, Owidiosa, któremu udało się osiągnąć Orma, eydetę Hachmeda Ben Kibicera i przeraźnicę Inaceę Anacaci. Natyka się też na wielu nowych mieszkańców, fenomeny i cuda; tajemniczych librinautów, osławionych lalalistów, a przede wszystkim poznaje najmłodszą i zarazem najpotężniejszą z atrakcji Księgogrodu – Lalacircus Maximus oraz jego Niewidziany Teatr, w którym skonfrontowany zostaje z własną historią."
 
Uwaga! W tekście mogą znaleźć się sformułowania i konstatacje, które będą zrozumiałe jedynie dla wtajemniczonych. Aby zostać przyjętym do ekskluzywnego grona wybrańców orientujących się kim był Ojahnn Golgo van Fontheweg, dlaczego czasami trzeba niezwykle uważać podczas jedzenia chleba z miodem oraz kim (lub czym) jest mgławiec (z premedytacją unikam liczby mnogiej, bo nie jestem pewna, jaką powinnam zastosować odmianę - "mgławcy"? "mgławce"?), należy zapoznać się z wybitym dziełem Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów. Nosi ono tytuł "Miasto Śniących Książek" i zostało przetłumaczone z języka camońskiego przez niemieckiego pisarza i rysownika Waltera Moersa. ;)
 
Uwaga o numerze 2! Nie popełniłam wcale karygodnej pomyłki robiąc zdjęcia jednej książce, a pisząc o innej. Czytajcie dalej, a znajdziecie wyjaśnienie tego dziwnego zjawiska. ;)
 
 
 
Siedzę przed klawiaturą i łamię sobie głowę nad niezwykle ważnym, lecz niestety mocno pogmatwanym zagadnieniem. Jak zachęcić kogoś, kto się z literaturą fantasy wybitnie nie lubi, kogo nie interesują smoki, alternatywne światy i przygody rodem ze snów, do sięgnięcia po książkę, której półka z fantastyką jest domem rodzinnym? 
 
Do prozy Moersa nie trzeba jakoś specjalnie namawiać Czytelników, dla których baśnie są chlebem powszednim, a przemierzanie mrocznych otchłani pełnych dziwnych stworzeń to codzienność. Kto raz zwiedził Miasto Śniących Książek, ten będzie za nim tęsknił wiecznie,ten rzuci się z szaleństwem w oczach na najdrobniejszy przedmiot związany z Camonią (błagalne spojrzenie w stronę producentów bibelotów...), a jego oczekiwanie na kolejne książki z cyklu nie skończy się nawet wraz ze zdmuchnięciem stu świeczek na torcie urodzinowym.
 


Buchlingi - czy ktoś ma pojęcie, gdzie można kupić takie cudeńko?

 


Takiego Hildegunsta też chętnie bym przygarnęła -
problem w tym, że nigdzie nie da się go kupić...
 
Przekonywanie sceptyków należy zacząć od tego, że za fasadą niefrasobliwej, snutej przez smoka bajki o buchlingach, przeraźnicach i mgławcach, kryje się coś naprawdę niezwykłego. To intertekstualna, erudycyjna opowieść o książkach i natchnieniu twórczym. O autorach, ich szarpaninie z talentem i walce z ograniczeniami. O złożonościach rynku wydawniczego. O randze i sile słowa pisanego. A wszystko to okraszone zostało niezwykłą słowotwórczą kreatywnością autora, który bawi się aluzjami literackimi, anagramami nazwisk wielkich twórców oraz nawiązaniami do ich dzieł i życiorysów.
 
W tym momencie przed oczyma duszy mojej widzę spory procent książkomaniaków (o ile gdzieś uchowali się tacy, którzy prozy Moersa nie znają), pędzących do bibliotek i księgarni w poszukiwaniu pierwszej części historii o Księgogrodzie. Jako rzekło się wyżej, nosiła ona prosty, przyciągający wzrok każdego miłośnika literatury i obiecujący niezwykłe przygody tytuł - "Miasto Śniących Książek". 
 
Poza warstwą przepełnioną odniesieniami do literatury i jej twórców, powieść zawiera naprawdę pasjonującą historię bohatera, który przemierza niezliczone korytarze podziemnego świata. W mrocznych, ekstremalnie niebezpiecznych labiryntach ciągnących się pod Księgogrodem można natknąć się nie tylko na biblioteki składające się z setek bezcennych ksiąg. Są tam także zabójcze pająki, świecące meduzy, urocze stworki żywiące się słowami, łowcy książek i... Król Cieni.
 
 
Lektura "Miasta Śniących Książek" to niekończąca się przygoda. Za każdym razem, gdy sięgam po tę książkę, czytam ją pod innym kątem, odnajduję warstwy, których do tej pory nie zauważałam. Nie mogłam jej nie pokochać - ma wszystko, czego do szczęścia mi potrzeba. Nie będziecie więc wcale zdziwieni, gdy dowiecie się, jak bardzo czekałam na dalsze losy Hildegunsta, na kolejne książki, które pogłębią moją wiedzę o Camonii (czytanej przez "c", a nie przez "k" - apel tłumaczki zamieszczony na końcu książki brzmi desperacko, więc pamiętajcie o tym, proszę!).
 


Pięknie wydana książka! Obwoluta, twarda oprawa, oryginalne ilustracje autora,

urozmaicone czcionki - aż chce się ją brać do ręki i po prostu przeglądać.
Żaden e-book nie jest w stanie zapewnić mi takiej przyjemności!

 
Tomów jest całkiem sporo, choć ciągle za mało. "Rumo i cuda w ciemnościach" oraz "Kot alchemika" (obydwa ukazały się nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego) uzupełniają naszą wiedzę o kontynencie camońskim oraz o stworzeniach, które go zamieszkują. Podobno takie samo zadanie spełnia "13 i pół życia Kapitana Niebieskiego Misia", ale tego z całą pewnością stwierdzić nie mogę, gdyż książka ta skutecznie ukrywa się przede mną - brak wznowień doprowadza mnie do rozpaczy.
 
W tym momencie wypada wspomnieć o autorze. Choć z drugiej strony - nie jestem pewna, czy byłby zadowolony z tego, że umieszczam jego osobę w tym tekście. Walter Moers jest albo chorobliwie nieśmiały, albo doskonale zna się na autopromocji. A może jedno i drugie. Faktem jest, że nikt nie wie, gdzie Moers mieszka, jak wygląda i czy przypadkiem nie ukrywa się pod pseudonimem. Dawno wycofał się z życia publicznego, udziela najwyżej jednego (mailowego!) wywiadu rocznie i śmieje się z wszystkich dziennikarzy, którzy usiłują go wytropić. Dodam, że jest on w Niemczech prawdziwą gwiazdą literatury fantastycznej.
 
Kilka dobrych lat przyszło czekać wielbicielom enigmy zwanej Walterem Moersem na kolejną powieść. "Labirynt Śniących Książek" jest bezpośrednią kontynuacją "Miasta...", musiał więc z konieczności stać się najbardziej pożądaną przeze mnie zapowiedzią minionego roku. Chciałam ją mieć, zanim o niej usłyszałam, kochałam ją, zanim moje oczy ją ujrzały. Listonosz miał niezbyt mądrą minę, bo w chwili, w której on znalazł wreszcie na liście potwierdzeń moje nazwisko, ja już zabierałam się za lekturę książki, którą wydostałam z przesyłki. ;)
 
Czytałam, smakowałam język, chłonęłam każde słowo, śmiałam się z aluzji oraz gier słownych. Wraz z Hildegunstem opuściłam Twierdzę Smoków, by powrócić do Księgogrodu i wędrować ulicami miasta odbudowanego po wielkim pożarze. Zwiedzaliśmy miejsca znane i takie, o których istnieniu nie mieliśmy do tej pory pojęcia, spotykaliśmy starych przyjaciół i poznawaliśmy nowych, uczyliśmy się historii lalalizmu (nie liczcie na to, że powiem Wam co to takiego - za dużo objaśniania, sami musicie znaleźć odpowiedź) i zgłębialiśmy wszelkie przejawy interakcji z książkami prezentowane przez społeczeństwo - od bibliomanów po biblioklastów.
 
 
 
Przewracałam stronę za stroną licząc na to, że wraz z każdym kolejnym rozdziałem zakończymy zwiedzanie, studiowanie, poznawanie, że wreszcie zacznie się właściwa akcja książki. Nadziei narobiło mi spotkanie eydety i przeraźnicy. Znane czytelnikowi z pierwszej części książki postaci rozjaśniły wprawdzie delikatnie mroki tajemnicy związanej z listem, który wygonił nas z przytulnego, ciepłego domu w Twierdzy Smoków i skłonił do wędrówki szlakiem wspomnień, ale nic poza tym. Nadzieja na zwrot akcji umarła, a my dalej nawiązywaliśmy kontakty, zwiedzaliśmy, badaliśmy i penetrowaliśmy...
 
Owszem, interesuje mnie historia i kultura fikcyjnych miejsc, które powstają w umysłach genialnych pisarzy (a Moersa zdecydowanie można do nich zaliczyć). Lubię zgłębiać szczegóły świata przedstawionego, kocham dobre opisy, doceniam drobiazgowość, z jaką tworzone są niektóre literackie uniwersa. Księgogród jest pełen niesamowitych i wartych wspomnienia miejsc. Ale bez przesady! 
 
Niekończącą się wędrówkę da się przeżyć pod warunkiem, że przechowuje się w pamięci "Miasto Śniących Książek", że żyje się oczekiwaniem na więcej przygód rodem z katakumb, na spotkanie z buchlingami i łowcami książek, na pełne grozy przygody wbijające w fotel. Ponieważ nadzieja umiera ostatnia, miałam ją do samego końca. I rzeczywiście - wszystko to, na co czekałam tyle lat... dopiero się zacznie. :(
 
"Labirynt Śniących Książek" ma źle dobrany, mylący tytuł, bo do wspomnianej plątaniny korytarzy w katakumbach wkraczamy pod koniec ostatniego rozdziału. Na okładce powinien widnieć napis "Przewodnik turystyczno-kulturalny po Księgogrodzie". I wszystko byłoby jasne.Można było zrobić jeszcze inaczej - dodać podtytuł informujący czytelnika, że jest to część pierwsza, specyficzny i przydługi wstęp do właściwej książki. I też wiadomo byłoby, czego się spodziewać. Bez tego zupełny brak dynamicznej fabuły trochę rozczarowuje.
 
Pomimo, iż "Labirynt..." jest połową książki oddartą od całości, a na właściwą przygodę, zawartą w "Zamku Śniących Książek", przyjdzie nam czekać jeszcze bardzo długo, obdarzyłam ten nieoficjalny przewodnik po camońskiej stolicy biblionizmu sympatią wielką, narodzoną w ogniu miłości do autora, jego niezwykłej inteligencji, wyobraźni i dowcipu. I nadal będę z niecierpliwością czekać na kolejne tomy. 
 
 
 
 
Tytuł: Labirynt Śniących Książek
Tytuł oryginalny: Das Labyrinth der Traumenden Bucher
Autor: Walter Moers
Tłumacz: Katarzyna Bena
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-245-9124-4
Ilość stron: 384
Format: 165 x 240 mm
Oprawa: twarda z obwolutą
 
 
Recenzja powstała dla portalu:
 

Baśń, o którą wszyscy się kłócą - "W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka"

 

"Mała Amber i jej kuzyn Tashi na grzbiecie latającej Tygrysicy wyruszają na poszukiwanie tajemniczego Grzmiącego Smoka, ukrytego w niedostępnych Himalajach. Pięknie ilustrowana opowieść przybliża legendy egzotycznej azjatyckiej kultury Królestwa Bhutanu. Zapraszamy wszystkie dzieci do niezwykłej podróży w poszukiwaniu grzmiącego Smoka. Tak jak mała Amber i jej kuzyn Tashi możecie udać się do niezwykłego Królestwa Bhutanu, położonego u stóp najwyższych gór świata - Himalajów. Tym prawdziwym królestwem włada prawdziwy król Jigme Khesar Namgyel Wangchuck, a jego wojska strzegą spokoju smoka, który śpi w niedostępnych górach. Tam właśnie mieszka dziadek dzieci, który opowiada fantastyczne historie, związane z tym niezwykłym miejscem. Jedna z nich dotyczy właśnie grzmiącego Smoka, którego spotkać jest bardzo trudno! Trzeba pokonać wiele przeciwności, aby go odnaleźć! Nie martwcie się pomoże Wam w tym latająca Tygrysica na grzbiecie której możecie wyruszyć w pełną przygód podróż!"



Gdzie indziej są koty, względnie jakieś świnki morskie. A my mamy... smoki!* Tak, tak, hodujemy je z Bąblem po kątach, takie słodkie, ziejące ogniem maleństwa z ostrymi kiełkami. Mamy smoki karłowate (draco parvulus), afrykańskie wyverny (draco africanus), a nawet kilka odmian lotopłazów (draco americanus). Na potrzeby tego tekstu pozwolił się nam sfotografować nieśmiały smok tybetański (draco montana) - to ten czerwony. Niestety, zażyczył sobie do towarzystwa lunga chińskiego (draco orientalis magnus), który nijak tutaj nie pasuje. Ale cóż począć - chciało się mieć smoka z Tybetu, trzeba było uwiecznić także jego kumpla.**
 
 
Nie istnieje smok, który miałby przed nami tajemnice, jednak, aby dojść do takiego mistrzostwa, trzeba przez wiele lat studiować fachową literaturę. Żadna pozycja, w której mowa o tych wspaniałych stworzeniach, nie uchowa się długo poza naszym zasięgiem. Polujemy na wszystko - od książek z puzzlami po encyklopedie i poradniki. Kochamy smoki i już, taka nasz mała obsesja. :)

Najbardziej pożądane są oczywiście baśnie. Nie od dziś wiadomo, że przekazywana z pokolenia na pokolenie mądrość ludowa zawiera najwięcej pożytecznych i najpewniejszych informacji. Dzięki nim potrafimy odróżnić smoka łagodnego jak kociak od takiego, który tylko udaje niewiniątko, smoka przyjaznego, od wrednoty pokazującej rogi w najmniej spodziewanym momencie. Wiemy, które łatwo dają się hodować (a raczej łaskawie wyrażają zgodę na to, żebyśmy je karmili i zapewniali im ciepłe miejsce do spania), a które chętnie schrupałyby na śniadanie nieuważnego wielbiciela.

Nie ma na świecie kraju czy regionu, który uchowałby się bez własnych legend o smokach lub gadzinach smokopodobnych. Dlatego też literatura pełna jest kapitalnych, zachwycających opowieści, w których te istoty odgrywają główną rolę. I ciężko znaleźć w nich dwa takie same stwory - różnorodność zapewnia permanentną, niekończącą się przyjemność czytania.


Nasze domowe smoki upodobały sobie ostatnio książkę pełną zapierających dech w piersiach ilustracji. Ciężko wyrwać im ją spod łap, jednak pewnego wieczoru udało nam się wysłać poczwary na spacer w świetle księżyca i zapoznać z tym, co tak bardzo je zafascynowało. I teraz w domu trwa regularna bitwa o dostęp do książki "W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka".

 
Ta pozycja nadaje się właściwie dla każdego:
*dla małego tybetańskiego smoka, który w ilustracjach odnajduje wiele motywów buddyjskiej sztuki Tybetu i Bhutanu, a w tekście legendy z jego rodzinnych stron;
*dla dziecka, które uczy się czytać - wyraźny tekst okraszony kolorowymi obrazkami aż prosi się o to, by na nim właśnie doskonalić technikę poznawania liter;
*dla dorosłych wielbicieli artystyczne wykonanych ilustracji - przebogatych w szczegóły, olśniewających kolorystyką, a przede wszystkim niosących z sobą odległy, egzotyczny świat dalekiej kultury;
*dla dzieci w każdym wieku, bo każde znajdzie tu coś dla siebie - obrazki, które można oglądać godzinami, świetną historię przygodową, opowieść o baśniowych stworach i legendy z krain, o zwiedzeniu których marzy każdy przyszły podróżnik.
 
Książka powstała na zamówienie dziewczynki o imieniu Amber, córki Irlandki i Nepalczyka, zakochanej w kulturze, z której wywodzi się jej ojciec. Namówiła rodziców, zawodowych artystów - malarzy i ilustratorów, by stworzyli opowieść o Grzmiących Smokach, majestatycznych symbolach narodowych Bhutanu. I w ten prosty sposób powstało cudeńko, od którego, jak widać na załączonym obrazku, ciężko oderwać oczy.

 
Sama opowieść (abstrahując od niezwykle atrakcyjnych ilustracji) jest w stanie zainteresować nawet najmłodsze dzieci, gdyż jest oszczędna w słowach, a jednocześnie pobudzająca wyobraźnię. Pojawiające się od czasu do czasu opisy pozornie nieistotnych zjawisk, takich jak łoskot lądującego samolotu czy pisk hamujących opon sprawia, że imaginacja dziecięca pracuje na najwyższych obrotach. Przekazuje do mózgu obrazy i wrażenia, pomaga je utrwalać. Starszych czytelników oczarują przygody dwójki dzieci, podróżujących przez góry i doliny Bhutanu, by odnaleźć Grzmiące Smoki i spełnić swoje najbardziej szalone marzenie. A każdy rodzic nie tylko z chęcią patrzył będzie na zachwyt w dziecięcych oczach, ale sam zostanie pochłonięty przez tę nietypową, cudownie odmalowaną historię.

W naszym domu wszyscy są książką zachwyceni. Do tego stopnia, że każdy chce ją mieć na swojej półce (lub w pobliżu legowiska ;)). Bąbel czyta, ogląda, kopiuje ilustracje, tworzy na ich bazie własne, ja zainteresowałam się krajem zupełnie mi do tej pory nieznanym. A smoki, jak to smoki, kłócą się o to, który z nich ma za przodka Grzmiącego Smoka.


* Parafraza użyta z premedytacją. ;) Czytelnicy oglądający filmy animowane od razu będą wiedzieć, z której bajki bezczelnie ściągnęłam powyższe zdanie. Czytelnikom nieoglądającym ułatwię zadanie i nie będę zmuszać do poszukiwań (choć wcale by na tym źle nie wyszli ;)) - z "Jak wytresować smoka". Oczywiście!
** Smoki nie zostały dołączone do książki. Wykluły się z jaj, które z troską inkubowaliśmy w ciepłym piekarniku.



Tytuł: W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka
Tytuł oryginału: In search of the Thunder Dragon
Autorzy: Sophie i Romio Shrestha
Wydawca: Wydawnictwo M
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-8021-003-5
Ilość stron: 32
Format: 200 x 282 mm
Oprawa: twarda

 

Tragedia goni tragedię, czyli opowieść o trzech renesansowych damach w wersji light

 

 
 
"Żyły w epoce największej potęgi Rzeczpospolitej. Opływały w niewyobrażalne luksusy, na swoje zawołanie miały setki dworzan i służących. „Złoty wiek” był jednak tylko fasadą dla najbardziej bezwzględnego okresu dziejów Polski. Otaczała je sieć intryg i spisków.  Oczekiwano od nich, że będą tylko statystkami w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Ale damy złotego wieku nie pozwoliły uwięzić się w złotych klatkach. Wzięły sprawy we własne ręce. Księżniczka z podrzędnego włoskiego rodu ma zasiąść na tronie najpotężniejszego państwa Europy. Czy jej największym wrogiem okaże się ukochany syn?  Magnatka nosi w łonie nieślubne dziecko młodego władcy. Czy dzięki tej ciąży jej ród zostanie wywyższony? A może spadnie na nią hańba i powszechne potępienie?  Królowa walczy z przeklętym dziedzictwem matki i spiskuje przeciw swojemu mężowi. Czy koniec jej dynastii będzie także końcem polskiego imperium? Autor bestsellerowych „Pierwszych Dam II Rzeczpospolitej” i „Upadłych Dam II Rzeczpospolitej” prezentuje świat dworskich intryg, politycznych rozgrywek, nieograniczonych ambicji i niepohamowanych namiętności. W takim świecie żyły Bona Sforza, Barbara Radziwiłłówna i Anna Jagiellonka."
 
 
Znowu miałam zacząć od narzekania. Naskrobałam elaborat o tym, jak to mi nie pasuje umieszczanie w każdym tytule książki Kamila Janickiego określenia "damy". Tekst miał już chyba cztery akapity, gdy połapałam się, jakie masło maślane tworzę. Zwłaszcza, że pisałam już o tym przy okazji recenzji "Upadłych Dam II Rzeczpospolitej". Czasami dopada mnie "czepialstwo pospolite". Nie bez przyczyny moim ulubionym smerfem był zawsze Maruda! :)

Tak więc wstępna wersja początku tego tekstu właśnie wyleciała przez okno i rozbiła się o łańcucki bruk. Wynikała ona z mojego rozczarowania. Ujrzawszy w zapowiedziach okładkę "Dam Złotego Wieku" liczyłam po cichu na odgrzebanie mniej znanych renesansowych życiorysów. Przecież jakieś kobiety musiały w tym polskim szesnastym wieku istnieć, prawda? I nie wszystkie bezszelestnie siedziały w salonach, alkowach czy kuchniach, nie wszystkie przemykały boczkiem po kartach naszych dziejów. Cóż, muszę jeszcze poczekać, bo pod pojęciem "damy Złotego Wieku" po raz kolejny znalazły się trzy doskonale znane mi osoby: Bona, jedna z jej córek (ta, o której losach słyszał już chyba każdy, nawet wbrew własnej woli) i jedna z jej synowych ("kopiuj-wklej" poprzedni nawias).

Moje kręcenie nosem trwa zwykle mgnienie oka, więc marudzenie szybko zostało zastąpione podekscytowaniem. W końcu dzieje upadku dynastii Jagiellonów są niezmiennie pasjonujące - choćby się czytało o nich po raz pięćdziesiąty piąty.

Zaopatrzona w porządny Zestaw Maniakalnego Czytelnika (książka, kocyk, herbata cytrynowa, święty spokój) otworzyłam pierwszą stronę. I pozostało po mnie tylko wspomnienie, bo znów na wiele godzin pochłonął mnie wir czasowy. "Damy Złotego Wieku" są kolejną pozycją autora, który ma fenomenalny zmysł gawędziarski, który opowiada o swoich bohaterkach tak, jakby znał je osobiście, jakby był ich najbardziej zaufanym powiernikiem. Lekki styl, malownicze przedstawienie tła historycznego oraz dyskretny humor okraszone są szeregiem przełomowych, wręcz rewolucyjnych hipotez. Trzeba tylko uważać, żeby się nimi nie skaleczyć!


Janicki uwielbia snuć teorie z kosmosu wzięte. Doskonale jestem tego świadoma już od czasów "Pierwszych Dam II Rzeczypospolitej". I jakoś przesadnie nie mam mu tego za złe. Może dlatego, że jestem czytelnikiem, który lubi poszukiwać dziury w całym, obalać koncepcje, wytykać błędy i grzebać w źródłach w poszukiwaniu dowodów. Ponieważ sprawia mi to wielką frajdę, jestem wdzięczna autorom, którzy mi ją zapewniają.

Tego typu książki w przystępny i przyjemny sposób mają opowiadać o historii każdemu, kto nie ma do niej zbyt poważnego stosunku, kto nie wymaga, by wszelkie tezy poparte były cytatami z poważnych źródeł i kto ma w zwyczaju z przymrużeniem oka patrzeć na kontrowersyjne nieraz supozycje. Nie jest to poważna literatura naukowa, nawet nie popularnonaukowa, o wiele bliżej jej do beletrystyki. I tak trzeba ją traktować - jako przyjemne czytadło, które samo w sobie nie powinno stanowić źródła wiedzy. Może jednak stać się punktem wyjścia dla zajmujących badań nad przeszłością.

Dzięki opowieści snutej przez autora, bohaterki książki przestają patrzeć na nas z portretów martwym wzrokiem. Zaczynają mrugać oczyma, przeciągać się, by w końcu zasiąść razem z nami przy kominku. Ogrzewają zdrętwiałe dłonie i dzielą się tym, co niegdyś przeżywały, czego były świadkami i w jaki sposób odbierały otaczającą je rzeczywistość. Poznajemy charaktery dworzan, królów, śledzimy zmiany, jakim ulegały dwory, zamki i pałace. Domysły mieszają się z faktami - takie intuicyjne podejście do historii wciąga i bawi, sprawia, że przeszłość staje się bliższa, bardziej swojska.

Nie wolno jednak zapominać, że na większość "rewelacji" należy patrzeć przez palce. Kamil Janicki zdecydowanie zbyt często używa zdań w stylu:
"Radziwiłłówna, jak każdy człowiek, pragnęła stabilizacji."
"Wszystko wskazuje na to, że Zygmunt naprawdę zadurzył się we włoskiej księżniczce."
"Bona właśnie straciła dziecko. Zygmunt, zamiast ją wspierać, ucinał sobie żartobliwą pogawędkę z błaznem Stańczykiem." 
Rzuca hasłami, na poparcie których nie przytacza dowodów. Gdyby za każdym razem dodawał "moim zdaniem", "uważam", "wydaje mi się", itp. - wszystko brzmiałoby o wiele bardziej profesjonalnie.

Autor ma na wiele spraw własny, dość oryginalny pogląd. Wbrew zdaniu większości badaczy i uczonych, Janicki nie wątpi w ciążę Barbary Radziwiłłówny, w jej odmienny stan w chwili ślubu z Zygmuntem Augustem. Ani słowem nie wspomina o tym, że najpewniej był to podstęp, a poronienie fikcją. Mocno atakuje historyków, wypominając im krytyczny stosunek do Litwinki. Tym samym intuicyjnie obala całą, dość pewną do tej pory, teorię o niepłodności króla.

W ogóle wygląda na to, że autor wyjątkowo upodobał sobie Barbarę. Broni jej na każdym kroku, współczuje, bombarduje nas myślami oraz opisami samopoczucia kochanki, a następnie żony królewskiej. Zobaczcie sami:
"Niedobór kochanków to ostatnie, o czym mogłaby myśleć matka tuż po stracie dziecka. (...) Barbara cierpiała z zupełnie innych powodów. Mąż, który powinien być teraz u jej boku, wziąć ją za rękę, popatrzeć jej w oczy i zapewnić ją, że nic się nie zmieni, siedział gdzieś w dalekiej Polsce i jeszcze nawet nie znalazł czasu, by skreślić do niej kilka słów. Barbara wyobrażała sobie z przerażeniem, że on właśnie słucha wyrzutów swojej matki. Niemalże widziała przed oczyma rozwścieczoną Bonę, miotającą oczami błyskawice. Gotową posunąć się do najgorszych obelg i gróźb, byle przekonać syna do rozwodu z Radziwiłłówną."

W książce znajdują się nieprzeciętne portrety wszystkich postaci dramatu - Zygmunta Starego, Bony, Anny Jagiellonki, Zygmunta Augusta oraz Barbary Radziwiłłówny. Opis rządów przedostatniego Jagiellona jawi się nam jako ciąg katastrof i błędnych decyzji. Z tą teorią zgadzam się w całej niemal rozciągłości - od zawsze uważałam Zygmunta Starego za fatalnego króla, bezpośrednio odpowiedzialnego za większość nieszczęść, jakie spadały na Polskę przez kolejne wieki. Jego krótkowzroczność była porażająca. Wydaje mi się, że Janicki po raz pierwszy napisał o tym tak dobitnie. Nie byłby jednak sobą, gdyby miejscami nie przesadzał, demonizując męża Bony.

Historie trzech kobiet, których życie przypadło na ostatnie dziesięciolecia dynastii Jagiellonów, są przeraźliwie smutne. Tragedia goni tragedię - samotność, kłótnie, choroba, śmierć przeplatają się tworząc ciąg dramatów, niepowodzeń i nieszczęść. Właśnie to kryło się za pięknymi sukniami i drogocennymi klejnotami, za zdobionymi ścianami pałaców i za plecami chmary dworzan.

O nieuzasadnionych tezach, infantylnych podpisach pod zdjęciami i błędach merytorycznych, których "Damy Złotego Wieku" są pełne, można pisać długo. Myślę jednak, że to i tak nie odstraszy od tej pozycji miłośników polskiej historii w wersji light, wielbicieli portretów kobiet żyjących przed wiekami, opowieści o przeszłości. I dobrze. Zakładając, że książki Kamila Janickiego nie są arcydziełami, ani nie mają podręcznikowego charakteru, można się w trakcie lektury naprawdę dobrze bawić.


Tytuł: Damy Złotego Wieku
Autor: Kamil Janicki
Wydawnictwo: Znak Horyzont
Rok wydania: 2014
ISBN: 9788324030309
Ilość stron: 496
Oprawa: Twarda

 

Alyson Atlee "Miłość pisana na maszynie" - książka, której czytanie można sobie darować

 

"Romans osadzony w realiach Anglii przełomu XIX i XX wieku z nutą feministyczną. Kariera Betsey Dobson jako urzędniczki zostaje gwałtownie zaprzepaszczona po tym, jak dziewczyna wdaje się w romans z rozwiązłym kolegą z pracy. Ląduje na bruku bez referencji, bez pieniędzy i bez perspektyw. Postanawia jednak wziąć sprawy w swoje ręce, wsiada do pociągu i wyrusza z Londynu do nadmorskiej miejscowości, mając mglistą nadzieję na otrzymanie tam pracy. Szczęśliwym trafem John Jones, walijski inżynier pracujący dla kurortu turystycznego, zatrudnia ją do pracy jako organizatorkę wyjazdów turystycznych. Betsy okazuje się bystrą i zręczną businesswoman. Pomiędzy nią a Johnem nawiązuje się nić porozumienia."

Podczas lektury tej książki kilkakrotnie miałam ochotę złamać zasadę, którą sama kiedyś ustaliłam i po prostu zaprzestać czytania przed końcem. Mordercze myśli napływały regularnie, bo w głowie mi się nie mieściło, że znalazł się ktoś, kto wpadł na pomysł położenia na półkach księgarskich takiego bubla i wmawiania ludziom, że warto na niego wydać choćby złotówkę. Nie uważam się za eksperta w kwestiach stylistyki językowej, literackiej, a już na pewno nie normatywnej, jednak wydaje mi się, iż wiedza, którą wyniosłam ze studiów oraz doświadczenie w zakresie aktywnego i krytycznego czytania, dają mi pewne prawo do formułowania swojego zdania. Tak więc postanowiłam, po długiej wewnętrznej walce, napisać co o tym wszystkim myślę.
 
W powieści pt. "Miłość pisana na maszynie" popełnionej przez Alison Atlee wszystko woła o pomstę do nieba - może z wyjątkiem uroczej okładki. Począwszy od absurdalnie brzmiącej notki o autorce (obok dyplomu z anglistyki ma ona podobno na swoim koncie jeszcze jedno wielkie osiągnięcie - kolekcję różnych wydań "Alicji w Krainie Czarów", a do tego "mieszka w Kentucky, a jej najbliższym sąsiadem jest byk"!!) oraz słabo przetłumaczony tytuł (w oryginale brzmi on: "The typewriter girl" - przy całej jego banalności polski odpowiednik jest jeszcze bardziej trywialny), poprzez rażące błędy pozostawione przez redaktorów i korektorów, po płytką i schematyczną treść, prymitywny styl oraz z lekka niedorozwinięte postaci.
"Poczuła, jak głupi dziewczęcy zachwyt zamyka się w niej jak ręce składane na zakończenie pacierza."
 
Z racji faktu, iż nie jestem ekspertem od romansów, postaram się za bardzo nie komentować nieudolnie prowadzonej akcji, fatalnych scen miłosnych i nieumiejętnie wymyślonych bohaterów, bo moja opinia o tych elementach nie jest tutaj najważniejsza. Spróbuję skupić się na tym, co powinno razić każdego czytelnika, niezależnie od jego zamiłowań czytelniczych. 
 
Przyznać muszę, że po powieść Atlee sięgnęłam z przekory - na kilka recenzji tego dziełka, które miałam okazję przeczytać, tylko jedna była umiarkowanie negatywna, pozostałe przepełnione były sporym entuzjazmem. Jedyna krytyczna opinia pełna była na tyle sensownych dowodów na to, iż książka jest niewiele warta, że skusiłam się, by ocenić to osobiście.
"Spoglądała to na niego, to w przestrzeń. Brązowe są te oczy. Brązowe, brązowe. Łzawiące."
 
Nie jestem do końca pewna, czy wszystkie grzechy związane ze stylem i treścią są winą jedynie autorki - mam wrażenie, że sporą część banału, która spływa z kartek "The typewriter girl" przypisać należy tłumaczowi. Retoryka powieści pozostawia wiele do życzenia - przemieszanie pseudopoetyckich, przesadzonych, a tym samym banalnych metafor obok rynsztokowych wulgaryzmów, ogromna ilość powtórzeń, płaskie i nudne dialogi, którym w wielu miejscach szwankuje konstrukcja przyczynowo-skutkowa oraz chaotyczny tok narracji - to wszystko sprawiło, że bardzo niechętnie zmusiłam się, by książkę doczytać do końca.

"(...) wynagrodzenie było dobre, podobnie jak jego twarz. Dobra twarz, otwarta jak okno latem."
 
"Betsey sądziła, że łatwo ją wyłowić z tłumu, jak włos na ciastku z kremem, ale boy najwyraźniej nie był pewny."
 
Jak już zaznaczyłam wyżej - samego romansu czepiać się nie chcę, bo znawczynią tego typu literatury nie jestem, mam jednak bardzo mocne wrażenie, że z parą głównych bohaterów coś jest zdecydowanie nie w porządku. John niby jest wrażliwym i przyzwoitym człowiekiem, ambitnym i zdolnym, który wydaje się być wyśmienitym kandydatem na męża. Niestety, w połowie książki ideał zmienia się drania, który myśli tylko o tym, jak zaciągnąć dziewczynę do łóżka i ostatecznie bez skrupułów ją wykorzystuje, nie zważając na jej uczucia, myśli, plany na przyszłość, a przede wszystkim chęci. Po jakimś czasie, gdy zaspokoi już najbardziej palące potrzeby i wygłosi kilka banałów ("- Elizabeth. Chodź ze mną do łóżka - powiedział. - Pościel jest miękka jak westchnienia. Ty jesteś najpiękniejszym zjawiskiem jakie widziały moje oczy. Chcę się z tobą kochać."), znów zmienia się we wspaniałego, przepełnionego empatią altruistę, a nie tylko uwiedziona, ale właściwie zgwałcona Betsey rzuca mu się w ramiona, jakby był księciem z bajki. Czy tylko mnie coś tu zgrzyta? Do tego sceny erotyczne, które zdominowały kilka rozdziałów, są tak sztuczne i schematyczne, że aż śmieszne. 
 
To, na co przede wszystkim zwróciłam uwagę, jeśli chodzi o treść książki, to zupełnie zmarnowana okazja do ukazania tła społeczno-obyczajowego Anglii w momencie, w którym przemysł turystyczny zaczął rozwijać się w niesamowitym tempie, a jednocześnie wszystkim zaczynała rządzić biurokracja i urzędnicze widzimisię. Owszem, znajdzie się tu kilka niezłych scen - pobyt Johna w domu rodzinnym czy jego stosunki z rozwydrzoną córką producenta dywanów. Jednak kilka epizodów nie jest w stanie udźwignąć ciężaru pozostałych banałów.
 
I wreszcie coś, przez co w ogóle zabrałam się za pisanie tej opinii. Sama niewyszukana i prosta treść czy nieoryginalni bohaterowie nie są dla mnie wystarczająco dobrym powodem do tracenia czasu na pisanie o czymś, co mi się wybitnie nie podobało. "Miłość pisana na maszynie" jest jednak książką tak niesamowicie zepsutą przez brak odpowiedniej redakcji i korekty, że nie sposób przejść nad tym do porządku dziennego. Uważam wypuszczenie jej na rynek w tym stanie za wyjątkową bezczelność ze strony wydawcy. Czytelnik idzie do księgarni po to, by za grube pieniądze kupić coś będącego cząstką kultury. Potraktowanie w ten sposób jego wyobrażeń o literaturze, a także jego portfela, jest czymś więcej niż tylko arogancją.

Zdaję sobie sprawę z tego, że w moich osobistych tekstach zdarzają się wpadki interpunkcyjne i stylistyczne, nie czepiałabym się więc pojedynczych błędów. Jednak w tym wypadku ma się wrażenie, jakby książka została dopuszczona do druku bez ingerencji kogokolwiek znającego się na języku polskim.
"Spojrzała na niego przez ramię, w chwili, gdy wkładała księgi do szuflady. Spodziewała się, że uchwyci jego taksujące spojrzenie. Zamiast tego... Zamiast. Odwróciła wzrok, aby ukryć coraz szerszy uśmiech. Pan Jones nie musiał mówić, o czym myśli. Wiedziała. Jej też się to spodobało. Spodobało jej się to, o czym myślał."
 
Im bardziej zagłębiałam się w tekst, tym więcej "perełek" znajdywałam, przy czym liczne literówki były najmniejszym problemem. Tekst jest bardzo ubogi jeśli chodzi o synonimy - ogromne nagromadzenie powtórzeń bije po oczach. Przy tym kilkakrotnie natrafiłam na zdania nie do końca przetłumaczone, jakby wyszły prosto z automatycznego translatora.
"W pozostałe dni tygodnia mogła służyła komuś do spania."
"Dlaczego po prostu nie napisała tego listu dłoń."
 
Jeśli zastanawiacie się nad tym, co ma oznaczać to ostatnie zdanie, to spieszę donieść, iż mowa o liście pisanym odręcznie. Czy Wy też macie wrażenie, że ktoś to kogoś nie szanuje? :(


Wydawnictwo: Imprint - Dom Wydawniczy PWN
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 280 s.
Oprawa: miękka 
Wymiar: 150x210 mm
ISBN: 9788377056479  

 

Teraz czytam

Szkoła neuronów
Marek Kaczmarzyk
Wiedźmie opowieści
Olga Gromyko