Powiew historii znad XVII-wiecznych Niderlandów - "Skrzydła nad Delft"

"Odkąd w haskim muzeum zobaczyłem Widok Delft, wiem, że widziałem obraz najpiękniejszy na świecie."
Marcel Proust, 1921

 

 
      Moim skromnym zdaniem egzaltacja pana Prousta była troszeczkę przesadzona, niemniej jednak nie mogę zaprzeczyć, że obraz Vermeera działa na mnie hipnotyzująco. To cudowny przykład genialnego odtworzenia na płótnie przestrzeni pełnej powietrza - patrzę i mam ochotę wziąć głęboki oddech. Odtworzenie z detalami zabudowań Delft, niewielkiego miasta niderlandzkiego, w którym Vermeer żył i tworzył, jest nieprawdopodobne przy tak wielkiej pustej przestrzeni - jednak w momencie, gdy udaje mi się oderwać wzrok od chmur i wody, zaczynam dostrzegać bogactwo urbanistycznych szczegółów. Obraz jest nietypowy dla malarza specjalizującego się w scenkach rodzajowych, których akcja toczyła się w czterech ścianach, co czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym. Przy tym wszystkim "Widok Delft" wydaje się być zapowiedzią impresjonizmu, który narodzi się wiele lat później pod paryskim niebem. To tyle, jeśli chodzi o zarzucanie komuś popadania w egzaltację :).
 
     Delft było dla mnie do niedawna niepozornym miasteczkiem, jakich wiele na niderlandzkiej ziemi. Kojarzyło mi się właśnie z Vermeerem i jego obrazem, a także z porcelaną, której produkcja rozsławiła to miejsce na całym kontynencie. Dzięki książce, po którą ostatnio sięgnęłam (wcale nie licząc na fajerwerki), dowiedziałam się o tym niezwykłym miejscu o wiele więcej.
 
 
 
      "Skrzydła nad Delft" to opowieść o młodej dziewczynie, którą poznajemy w przełomowym momencie jej życia. Louise, córka niezwykle uzdolnionego i cenionego projektanta wzorów na porcelanie, ma tylko jedno marzenie - nie zostać zmuszoną do poślubienia człowieka, którego nie kocha, a najlepiej nie być zmuszaną do małżeństwa w ogóle. Pragnie poświęcić się badaniu gwiazd, zgłębianiu tajemnic nauki, poznawaniu świata i towarzyszeniu ojcu w podróżach biznesowych. Niestety, ma pecha, gdyż jest spadkobierczynią jednej z największych fortun w mieście i jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, żeby dać jej możliwość wybrania sobie przyszłości. A przynajmniej tak jej się wydaje. Całe Delft oczekuje, że jej małżeństwo z synem jednego z największych producentów ceramiki w Niderlandach da początek firmie, która rozsławi miasto na całym świecie. Louise czuje się zobligowana do podporządkowania się tym nadziejom, choć tak bardzo pragnie wolności.
 
      Wydawać by się mogło, że będzie to kolejna opowieść o tym, jak młode dziewczę buntuje się przeciwko konwenansom, odnajduje miłość w ramionach biednego chłopca, a siła tego uczucia doprowadza do przełamania barier. I wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nic bardziej mylnego. 
 
      Książka Aubrey'a Flegga, choć niepozorna, daje czytelnikowi całkiem wyczerpujący, a przy tym malowniczy opis życia w XVII-wiecznym niderlandzkim mieście. Tło obyczajowo - historyczne zostało przedstawione intrygująco, a przede wszystkim niezwykle sugestywnie. A uwierzcie mi, że pod tym względem ciężko mnie zadowolić. Atmosfera miasta, w którym życie toczy się niespiesznie, dość pogodnie i spokojnie, opisana przez pisarza mniej utalentowanego, mogłaby zanudzać na śmierć. Flegg jednak stanął na wysokości zadania i oczarował mnie powolną, a przy tym niezwykle bogatą w szczegóły narracją. Względna tolerancja religijna, która utrzymywała się na równym poziomie pod warunkiem, że ludzie innego wyznania zbyt nachalnie nie obnosili się ze swoimi obrządkami, klimat racjonalizmu coraz bardziej wpływającego na umysły ludzkie, a co za tym idzie, na rozwój nauki i chęć dążenia do zdobywania wiedzy, a to wszystko na tle pozytywnego nastawienia do życia i do bliźniego - właśnie w taką inspirującą rzeczywistość zatopiłam się już od pierwszych stron lektury.
 
      Oczywiście echa niepokojów religijnych, które przetaczały się przez Europę, docierają i do Delft, nie do końca jest więc tak sielankowo, jak mogłoby się wydawać z powyższego opisu. Początkowo spokojnie, bez pośpiechu, towarzyszymy Louise w wędrówkach po mieście, w którym czuje się bezpiecznie, mimo iż w każdej mijanej twarzy dostrzega oczekiwanie na jej mariaż z Reynierem, spadkobiercą fabryki porcelany. Wraz z nią zachodzimy do pracowni malarskiej mistrza Haitinka, który ma namalować jej portret zaręczynowy. I ten wątek staje się dominantą, odciąga naszą uwagę od niepozornego, choć w efekcie istotnego, motywu miłosnego i od dziewczyny, której wydaje się, że cały świat zmusza ją do czegoś. 
 
      Pracowania malarska, farby, alchemiczne akcesoria - to wszystko sprawia, że zanurzamy się w magii.  Obserwujemy, jak na białym płótnie, dzięki niezwykłym i tajemniczym składnikom, pojawia się arcydzieło. I wcale, ale to wcale nie chciałoby się nam z tej pracowni wychodzić, gdyby nie to, że na zewnątrz czeka na nas równie fascynująca kraina opisana lekko, bez przeładowania zbędnymi szczegółami, a mimo to oddająca znakomicie atmosferę holenderskiego złotego wieku.
 
      Mistrza Jacoba Haitinka ze świecą szukać w spisach ówczesnych malarzy, gdyż powstał on w wyobraźni Flegga. Bardzo odpowiada mi pomysł autora, by nie wsadzać do powieści Veermera, kolejnej postaci historycznej, która przede wszystkim odciągałaby uwagę czytelnika od miasta, fabryki porcelany, stosunków między katolikami i protestantami, życia ówczesnych kobiet, od całego tła społeczno - obyczajowego, tak ważnego dla tej książki. W momencie, gdyby w pracowni malarskiej swoje pędzle i składniki do sporządzania farb rozłożył mistrz Johannes, mówiłoby się tylko o tym, że "Skrzydła nad Delft" są kolejną, po "Dziewczynie z perłą", powieścią o nim i o jego twórczości. Irlandzki pisarz sprytnie zdołał tego uniknąć, dzięki czemu nie skupiamy się na postaci malarza, ale na całym procesie twórczym, na magii świata, który nieodwracalnie przeminął. Obserwujemy, w jaki sposób tworzyło się kompozycję, która następnie była przeniesiona na płótno, z jakich składników powstawały farby, z zaskoczeniem stwierdzamy, że bycie malarzem było jednoznaczne z koniecznością znajomości tajników chemii. 
 
      Dzięki odsunięciu punktu ciężkości od postaci malarza, autor "Skrzydeł nad Delft" mógł z powodzeniem, nienachalnie, wprowadzić do swojej powieści wiele innych, znanych nam z historii, nazwisk. Spotykamy młodego Benedicta Spinozę, zwanego jeszcze wówczas Baruchem, wiele słyszymy o tworzącym w Amsterdamie Rembrandcie, a przede wszystkim stajemy w progu domu Carela Fabritiusa, stając się świadkami powstawania jego uroczego portretu małego szczygła. 
 
Carel Farbitius, Szczygieł (1654)
 
      Data, która widnieje na obrazie, jest bardzo znamienna. 1654 był rokiem tragicznym dla Delft. 12 października miastem wstrząsnęła olbrzymia eksplozja trzydziestu ton materiałów wybuchowych składowanych w prochowni. "Piorun nad Delft" zniszczył sporą część zabudowań i pozbawił życia wielu obywateli, w tym mistrza Carela Fabritiusa. O tym wydarzeniu Aubrey Flegg opowiada delikatnie i z wyczuciem. Mamy wrażenie, że nie jest to dla niego odległe echo historyczne, ale coś, co mocno wpłynęło na niego i jego postrzeganie świata. Wątki, z taką umiejętnością splatane w intrygującą całość, mają zaskakujące, świeże zakończenie.
 
      Nie spodziewałam się wiele po tej powieści, dzięki temu niespodzianka była większa. Całkowicie zawładnął mną niderlandzki świat pełen barw i światła, gwaru miejskiego targu, trzepotu skrzydeł mew szybujących nad rzeką, zapachu farb w pracowni geniusza, a przede wszystkim życia dziewczyny takiej jak ja, która użycza mi swoich oczu rozjaśnionych pragnieniem poznawania i uczenia się, oprowadzając mnie po świecie, w którym miała szczęście żyć.