"Ryszard II" na deskach londyńskiego teatru Barbican

 

    
      Oglądanie sztuk Szekspira wystawianych w oryginale jest przeżyciem niepowtarzalnym, bezcennym dla kogoś, kto ma lekkiego bzika na punkcie historii Anglii (jakby ktoś nie wiedział - mowa o mnie). Język angielski jest mową, którą posługiwali się wszyscy moi ulubieni bohaterowie fascynującej opowieści o dziejach Albionu. Osobiście uważam, iż nawet najlepsze tłumaczenia utworów największego dramaturga wszech czasów zniekształcają ich niepowtarzalny styl i rytm, jednak koronnym argumentem jest potrzeba dostarczenia odpowiedniej pożywki dla wyobraźni - słuchając języka, którego używał autor można zamknąć oczy i przenieść się w czasie na dwór elżbietański, poczuć się XVI-wiecznym widzem. A to powoduje zdecydowanie szybsze bicie serca. 

główny hall Barbican Centre - pogmatwanie z poplątaniem:)

 

      Na ekranie oglądałam ich wiele, ale na żywo, na deskach prawdziwego teatru - jeszcze nigdy. I nagle okazało się, że nieśmiało dotąd formułowane marzenie może zostać spełnione. 23 stycznia wbiegłam niemal w podskokach w progi londyńskiego centrum kultury Barbican Centre, największego tego typu obiektu w Europie. Zachwyciłam się gwarem tam panującym, tłumami ludzi pragnącymi doświadczyć czegoś pięknego, obcować ze sztuką. Teatr jest tylko niewielką częścią Barbicanu, oprócz niego znajdują się tam kina, sale koncertowe, galerie sztuki, biblioteka, tam ma swoją siedzibę London Symphony Orchestra, tam regularnie występuje Orkiestra Symfoniczna BBC... To, w jaki sposób kultura i sztuka przyciągają w Anglii tłumy zachwyca i wzbudza zazdrość. Co roku teatry na West Endzie odwiedza 13 milionów ludzi - jak można to sobie w ogóle wyobrazić? Na widowni widziałam ludzi starszych, młodszych, nastolatków, na ich twarzach obserwowałam podniecenie i radość - dyskutowali, komentowali, przeżywali. Wzbudziło to we mnie mocno nieprzyjemną refleksję - poziom sztuki w Polsce spada wprost proporcjonalnie do liczby ludzi pragnących być jej częścią, ludzi, którzy żyją kulturą i chcą się z nią spotykać na co dzień. 

scena z perspektywy pierwszego rzędu - zdjęcie nie moje, 
bo ja byłam za bardzo zajęta trzymaniem buzi kulturalnie zamkniętej,
żeby fotki pstrykać

 

      Zaprojektowana ze smakiem i prostotą sala teatralna tylko na moment przyciągnęła mój wzrok, który natychmiast skupił się na scenie. Dzięki nowoczesnej technologii osiągnięto niewiarygodny efekt - elementy Westminster Abbey, monumentalnej gotyckiej katedry, zostały w tak zmyślny sposób wyświetlone po bokach sceny, że przenikając się nawzajem tworzyły trójwymiarowy obraz porażający pięknem i oryginalnością. Do dziś nie mam większego pojęcia jakim sposobem osiągnięto ten efekt - im więcej zdjęć oglądam, tym mniej jestem pewna moich teorii. Pośrodku, na katafalku, stała prosta, czarna trumna.

a tu zdjęcie zrobione z balkonu - zupełnie inna perspektywa, 
wrażenie chyba jeszcze lepsze

      "Ryszard II" to element cyklu kronik o władcach Anglii pisanych przez Szekspira w latach 90-ych XVI wieku. Opowiada historię króla, który uważany za tyrana i despotę, a przede wszystkim za monarchę trwoniącego pieniądze w sposób, oględnie mówiąc, niezbyt przemyślany, został strącony z tronu, osadzony w więzieniu i zamordowany. Tekst dramatu ukazuje doskonale niejednoznaczność zarówno postaci Ryszarda, jak i jego wrogów. Wydaje się jakby głównym celem autora, poza niezwykle chwalebnym zachowaniem dla potomnych samej prawdy historycznej (Szekspir czerpał wiedzę ze średniowiecznych kronik - wdzięcznam mu jest niezmiernie!), była przestroga przed podnoszeniem ręki na namaszczonego władcę, przed uzurpowaniem sobie prawa do wydawania wyroków i decydowania o tym, co jest dla kraju lepsze. Obalenie Ryszarda II było jednym z pierwszych kroków do wybuchu pół wieku później Wojny Dwóch Róż, która dzieliła i wykrwawiała Anglię przez wiele lat, doprowadziła do kryzysu władzy i kompletnej zmiany dynastii panującej.

      Ryszardowi daleko było do ideału średniowiecznego władcy. Trwonił pieniądze na niepotrzebne wojny, słuchał bandy deprawujących go pochlebców, z którymi dobrze się bawił nie myśląc o konsekwencjach i w sposób bezwzględny pozbywał się każdego, kto wydawał się być zagrożeniem dla jego nieograniczonego niczym panowania. Lud go nie kochał, bo jak tu kochać kogoś, kto kilka razy do roku nakłada na poddanych nadprogramowe podatki? W ryzach trzymał ich tylko strach przed karą boską za sprzeciwianie się pomazańcowi. Także lordowie bali się przemawiać młodemu królowi do rozsądku - niejeden już w tajemniczych okolicznościach zniknął z powierzchni ziemi lub został wygnany z mało jasnych powodów. Ryszard rządził żelazną ręką - wykorzystywał każdą okazję do pozbycia się potencjalnych przeciwników, pod byle pretekstem odbierał majątki ich właścicielom, by przeznaczać je na zbrojne wyprawy, artystyczne zachcianki, przebudowę stolicy.

Ryszard II

      "Ryszard II, mierzący 180 cm wzrostu, był szczupłym mężczyzną o jasnej cerze i włosach koloru ciemnoblond sięgających ramion. (...) cechowała go odwaga i wielokrotnie okazywał się żarliwie lojalnym przyjacielem. (...) Ryszard dał się również poznać jako człowiek wykształcony, wielki mecenas sztuki i literatury. (...) Westminster Hall, który odbudował po dziś dzień pozostaje świadectwem przepychu jego rządów." - tak o synu Czarnego Księcia pisze Alison Weir w cudownej książce "Lancasterowie i Yorkowie. Wojna Dwóch Róż". Królem został w 1377 roku mając niespełna dziesięć lat - od najmłodszych lat wpajano mu silne poczucie nieprzeciętności. Wrażliwy chłopiec o artystycznej duszy i wykwintnym guście został wychowany na ekstrawaganckiego, upartego i wybuchowego władcę, który podniósł kult monarchy na wyżyny sztuki. Z czasem zaczął rządzić niczym tyran uzurpując sobie prawo do decydowania o wszystkim, łącznie z życiem i majątkami swoich poddanych.

      Czyny Ryszarda świadczą o tym, że nie do końca ufał opiece Opatrzności, gdyż pozbywał się każdego, kto mógłby w najmniejszym stopniu zagrozić jego panowaniu. I nawet nie przychodziło mu do głowy, żeby się z tym jakoś specjalnie kryć. Nic więc dziwnego, że wreszcie przebrała się miarka - wygnany kuzyn wrócił na czele armii, by rzucić władcy wyzwanie. Większa część społeczeństwa przyłączyła się do najeźdźcy i Ryszard II został sam w obliczu klęski.

      Mówi się, że rządy Ryszarda były jednym z najbardziej katastrofalnych okresów w historii Anglii. Wydaje się, że jest tak nie tylko ze względu na sam okres panowania nieodpowiedzialnego króla, ale także z powodu konsekwencji, jakich były przyczyną. Po najeździe Bolingbroke'a nagle okazało się, że po koronę może sięgnąć każdy, że nietykalność władcy jest mitem, a na tronie równie dobrze może zasiąść ktoś spoza głównej linii dziedziców wyznaczonych przez twórcę dynastii i tradycję. Tym samym z każdym dniem narastała liczba chętnych do tego, by samemu znaleźć się w gronie wybrańców. Lancasterowie i Yorkowie wywołali wojnę domową - i to dopiero ona stała się największą katastrofą średniowiecznej historii Anglii. Walki nie tylko podzieliły i zrujnowały kraj, nie tylko spowodowały wylanie olbrzymiej ilości krwi, ale przede wszystkim otworzyły drogę do tronu ludziom, którzy pierwotnie o takim zaszczycie nie mieli co marzyć. Tudorowie, którzy bocznymi drzwiami wślizgnęli się do królewskiego pałacu stworzyli mocną, charakterystyczną dynastię, niemniej jednak rządy Henryka VIII były pod wieloma względami dla kraju tragiczne.

 
ja i Ania -  jedna z głównych sprawczyń całego zamieszania

      Historia jest przepełniona niejednoznacznymi postaciami, decyzjami, wydarzeniami. Z jednej strony wydaje się oczywiste, że lekceważeni możni podniosą na króla rękę, by zmienić niechciane rządy, z drugiej nie jest to przecież nic innego jak zdrada, złamanie przysięgi lojalności wobec majestatu i wobec władcy, któremu ślubowało się posłuszeństwo. Z perspektywy czasu Szekspir już wiedział: obalenie Ryszarda II, wnuka Edwarda III spowodowało, iż nagle każdy poczuł, że ma do tronu takie same prawo jak zwycięski Bolingbroke, syn Jana z Gandawy.

      Szekspirowski Ryszard, którego miałam szczęście poznać i obserwować w najdramatyczniejszym okresie jego życia jest postacią wywołującą mieszane uczucia. Z jednej strony jest niezrównoważony i nieodpowiedzialny, z drugiej pełen majestatu, dostojeństwa i silnej woli. Patrzymy na niego jak na kogoś, kto nie nadaje się na władcę, a jednocześnie nie wyobrażamy sobie, że ktoś mógłby podnieść rękę, by strącić go z tronu. Król jest tak przekonany o własnej nieomylności i przepełniony wiarą w błogosławieństwo Boże, że nieświadomie zaczynamy w to wierzyć i my.

      Sama sztuka Szekspira, choć nie tak popularna poza granicami Anglii jak inne jego nieśmiertelne, uniwersalne dramaty jest przykładem na to, jakim znakomitym psychologiem był autor. Postać Ryszarda jest zachwycająco kompletna, prawdziwa. Jego charakter to mieszanka potęgi, pychy i nieograniczonej wiary we własne siły oraz niepewności, strachu o to, co przyniesie jutro, wahania, histerii.

 
Jan z Gandawy i para królewska

      O zagranie roli tytułowej Gregory Doran, reżyser przedstawienia, poprosił Davida Tennanta, charyzmatycznego aktora, który już nie raz udowodnił, jak znakomicie czuje Szekspira. Jego Hamlet stał się wydarzeniem sezonu 2008/2009, a Tennant od tamtej pory jest uważany bodajże za najlepszego odtwórcę roli duńskiego księcia od czasów Laurence'a Oliviera. Przy wszystkich wadach jakie Ryszard Tennanta prezentuje nie sposób go nie lubić - razem z nim zaczynamy wierzyć w to, że korona na jego skroniach ma magiczną moc, a władca zasiadający na tronie jest bożym pomazańcem. Początkowo prezentowany przez niego silny charakter poraża i w wielu przypadkach zachwyca, z czasem wychodząca na wierzch niepewność i rozpacz z powodu zdrady przyjaciół wywołuje współczucie. Wreszcie odwaga w obliczu klęski, wyższość nad oprawcami, szlachetność nie dająca się deptać przeciętności wyzwala w widzu mimowolny podziw.

      Starałam się pokrótce uzmysłowić Wam, jak fascynującego widowiska byłam świadkiem, jak wiele znaczyło dla mnie zobaczenie na żywo i w oryginale tej właśnie, a nie innej sztuki - ważnej głównie dla Anglików, których historię opisuje, w Polsce znanej mniej i wystawianej stosunkowo rzadko. Moja fascynacja tą opowieścią sprawiła, że zasiadając w teatrze, z nosem niemal na scenie (trzeci rząd oznacza aktorów niemal na wyciągnięcie ręki) byłam w tym momencie chyba najszczęśliwszą istotą na ziemi.
 
Czytaj dalej na Zielono w głowie lub na Oblicza Kultury.
Fragment tekstu ukazał się także na Blogarytmie