Próbuję się wytłumaczyć mydląc Wam oczy tekstem o teatrze:)

Nie pamiętam, czy pisałam Wam już kiedyś o tym, jak bardzo kocham teatr... To ważny element mojego życia - sztuki na żywo, nagrane, czytane. Potęga słowa i wyobraźni - jedna z najwspanialszych dziedzin kultury!
 
      Z dobrego dramatu utalentowany reżyser potrafi zrobić genialne przedstawienie. Niestety, zdarza się też, że jest zupełnie na odwrót - ponadczasową sztukę można zepsuć do reszty. Wystarczy, że zabraknie odrobiny wyczucia, tchnienia oddechu Melpomeny lub Thalii. Teatr to magia, a jego twórcy są czarodziejami realnego świata. Mają do dyspozycji pozornie niewiele - kawałek przestrzeni, dźwięk i światło, jednak przede wszystkim mają Słowo, które jest potęgą. Ci naprawdę wielcy nie potrzebują monumentalnych scenografii, dziesiątek rekwizytów, wystawnych kostiumów. Talent aktora potrafi zastąpić wszystko to, czego do sukcesu potrzebuje film. Może widza zahipnotyzować, wciągnąć w świat przeżyć niedostępnych na żadnym innym poziomie, nie istniejących w żadnej innej przestrzeni zarówno sztuki, jak i życia w realnym świecie. 
 
      Nie potrafię z niczym porównać tych niesamowitych emocji budzących się we mnie, trzepoczących motylami w żołądku, gdy obserwuję na żywo człowieka, który na scenie przeistacza się w kogoś zupełnie odmiennego od tego, kim jest na co dzień, który staje się na parę godzin zdrajcą, królem, katem, świętym, tyranem... Najlepsi aktorzy potrafią samym monologiem wypowiadanym na pustej scenie zatrzymać widza w czasie, przenieść w inny wymiar rzeczywistości, rzucić go w wir zachwytu i podziwu. Teatr jest niczym wehikuł czasu - niby niepozorny, a posiadający potęgę nieporównywalną z niczym innym.
 
      Każdemu bywalcowi teatrów zdarza się od czasu do czasu trafić na kiepskie przedstawienie, takie, którego reżyser nie wykorzystał nawet w połowie możliwości sceny. Dla własnego dobra nie powinien się zniechęcać, bo w tej dziedzinie sztuki, jak zresztą w każdej innej, można się natknąć zarówno na geniuszy, jak i na dyletantów. 
 
      Moje teatralne doświadczenia obejmują niezapomniane zachwyty i olbrzymie rozczarowania. Każde z przedstawień, które mnie wbiło w fotel i nie pozwalało przez wiele dni myśleć o niczym innym zostawiło w moim sercu nieśmiertelny ślad. Wystarczy, że sięgnę w głębinę wspomnień, pogrzebię w jej przepastnych obszarach i już mogę przenieść się w czasie i od nowa przeżyć coś bardzo pięknego. Rozczarowania zazwyczaj dotyczyły komedii, oczarowania tragedii. Taka już moja natura wykuta w ogniu literatury romantycznej, że większe wrażenie robi na mnie rozpaczliwy monolog uwięzionego człowieka niż pogmatwane perypetie zakochanych czy wytykanie wad społeczeństwu współczesnemu autorowi. Nie jest to jednak regułą, gdyż zdarzało mi się oglądać komedie zagrane tak cudownie, że do tej pory wybucham śmiechem na samo ich wspomnienie. Przecież właściwie nie ma znaczenia - komedia czy tragedia, sztuka współczesna czy historyczna, w bogatej czy minimalistycznej scenografii. Najważniejszy jest zawsze tekst oraz aktor, jego sposób interpretacji, jego głos, gest, wyraz twarzy. I mówcie co chcecie - wg mnie aktorzy brytyjscy należą do największych geniuszy na świecie!

      Zdarzają się reżyserzy teatralni, którzy wybierają przede wszystkim dramaty zawierające wiele didaskaliów, wskazówek od autora - jak powinna wyglądać scena, co aktor powinien w danym momencie robić, jak powinien wyglądać, a najlepiej, żeby w ogóle były podane na tacy konieczne gesty, sposób operowania głosem, wygląd zewnętrzny. Tacy twórcy budzą moją niechęć - widząc tak wielki brak inwencji twórczej mam ochotę podejść i wykrzyknąć: Nie na tym polega teatr! Tutaj najważniejsze jest indywidualne podejście, subiektywna interpretacja. To dlatego jedną sztukę można oglądać w dziesiątkach odsłon - bo za każdym razem może być tworzona od nowa, mimo iż za każdym razem ma do wykorzystania dokładnie te same słowa.
 
      Dawniej często mówiłam, że nie jestem zwolenniczką uwspółcześniania sztuk historycznych - moje doświadczenia na tym polu nie były najlepsze. Od tamtych czasów wiele się wydarzyło - byłam świadkiem tak genialnych interpretacji, tak nieśmiertelnie magicznych przełożeń dramatów, których akcja pierwotnie toczy się setki lat temu, na język współczesności, że moje wcześniejsze przekonania wydają mi się dzisiaj herezją. Podobnie miała się sprawa ze scenografią - lubiłam, gdy wszystko było dosłowne, piękne, wystawne i oryginalne. Z czasem coraz częściej wychodziłam z teatru olśniona sztuką, której reżyser nie potrzebował niczego, poza światłem, dźwiękiem i aktorami - magia najwyższej klasy, wrażenia nie do opisania. Im bogatsze były moje teatralne doświadczenia, tym głębsze i wspanialsze stawały się przeżycia i wspomnienia, uczucia pojawiające się na poziomach niedostępnych na co dzień. 
 
      Starożytni Grecy doskonale znali tę tajemnicę. Katharsis! To jedno słowo mówi wszystko!
 
      A teraz muszę trochę pobić się w piersi i przeprosić za to, że Was tak długo zaniedbywałam. Moja chwilowa nieobecność w przestrzeni zielono-blogowej wynikała z faktu zupełnego zaaferowania sprawą, która wypełniała każdą moją myśl przez wiele ostatnich tygodni, a wymagała poświęcenia jej większości mojego wolnego czasu. Miało się spełnić jedno z tych marzeń, które do tej pory wydawało się zupełnie niemożliwe, które zazwyczaj zaliczałam do grona pragnień "niespełnialnych" - zobaczenie sztuki Szekspira zagranej w oryginale na deskach teatru londyńskiego! Moje uwielbienie dla tego elżbietańskiego dramaturga wymagałoby osobnego tekstu, bo raz zacząwszy, nie wiedziałabym, kiedy skończyć, tak więc pomińmy ten temat. Na razie:)
 
      Potrzebowałam mocnej inspiracji, której w sposób zupełnie nieoczekiwany dostarczyły mi autorki strony Teatralny Londyn. Wg nich zrealizowanie tego marzenia to naprawdę nic wielkiego - jak można się w ogóle wahać? - obie Anie wędrują do Anglii kilka razy do roku, by uczestniczyć we wszystkim, co ważnego dzieje się na londyńskich scenach. Dzięki nim, po dłuższych i dość burzliwych dyskusjach, podjęłam niepodważalną decyzję - jesienią 2014 roku jadę, choćby się paliło i waliło, by zobaczyć w oryginale najnowszą interpretację szekspirowskiego "Hamleta". 
 
Budynek Royal Shakespeare Theatre w Stratford-upon-Avon
      
      W końcu doszło już do tego, że z tęsknotą i żalem obserwowałam doniesienia o "Ryszardzie II" granym od października na scenie w Stratford-upon-Avon, a następnie w Londynie. I w tym przypadku dziewczęta z Teatralnego Londynu udowodniły mi, że nigdy na nic nie jest za późno. Na początku grudnia na stronie teatru Barbican, który wystawiał sztukę Szekspira pojawiła się informacja o tym, że jest jeszcze dostępnapewna ilość biletów. Potrzebowałam już tylko delikatnej zachęty (wyrażonej kilkoma wykrzyknikami), by niemal bez wahania kliknąć napis Book tickets. I tak oto marzenie zaczynało się spełniać.
 
Barbican Centre - wieloletnia siedziba Royal Shakespeare Company 
(1982-2002)

     
 
Czytaj dalej na: Zielono w Głowie;
Tekst znalazł się także na: Blogarytmie;