Jaka była naprawdę Maria Pawlikowska - Jasnorzewska?

Niedawno w księgarniach pojawiła się książka Agnieszki Stabro "Życie listami pisane". Jest to zbeletryzowana opowieść o Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej, najsłynniejszej polskiej poetce, o kobiecie, która wywoływała w ludziach tak skrajne emocje, iż wydaje się to niemal niemożliwe. Jaka była naprawdę? Czy w listach i dziennikach, które autorka książki wzięła pod lupę można odnaleźć prawdziwą Marię? A może tylko taką, jaką chciała nam się pokazać? Agnieszka Stabro odpowiedziała na kilka moich pytań dotyczących zarówno książki, jak i jej bohaterki.

Anna Urbańska: Maria Pawlikowska – Jasnorzewska to poetka, kobieta, o której powiedziano i napisano już bardzo wiele. Co skłoniło Panią do tego, by sięgnąć  głębiej do biografii tej właśnie artystki? Ceni ją Pani jako osobowość, człowieka czy też jest Pani wielbicielką jej poezji?
Agnieszka Stabro: Wszystko zaczęło się od tego ostatniego, czyli poezji. Bardzo cenię i lubię jej wiersze, zawsze trafiało do mnie ich przesłanie, utwory miłosne towarzyszyły mi w zasadzie przez całe życie, ważne też są dla mnie sztuki teatralne Jasnorzewskiej. To prawda, o Pawlikowskiej napisano już bardzo wiele, jednak w tych relacjach wciąż czegoś mi brakowało, mianowicie jej własnego  głosu. Postanowiłam zatem sięgnąć do wówczas niemalże nieznanych, a przynajmniej nie istniejących w powszechnej świadomości, świadectw autobiograficznych Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, czyli listów i notatek dziennikowych. Był w nich taki ładunek emocjonalny, a zarazem tyle ciekawych, nieznanych wątków biograficznych, że pomyślałam, iż warto nie tylko poznać je w całości, ale też i w jakiejś formie opublikować. Po to, aby pokazać inną, zapomnianą twarz poetki.


 

A.U.: Kobieta o tak skomplikowanym charakterze budziła mieszane uczucia zarówno wśród ludzi, którzy ją znali, jak i w tych, którzy po latach badali jej twórczość i biografię. W jaki sposób Pani na nią patrzy – zupełnie obiektywnie, czy też z sympatią, współczuciem? A może budzi w Pani jeszcze inne emocje?

A.S.: Maria Pawlikowska za życia miała tyle samo wielbicieli, co osób patrzących na nią bardziej krytycznie, czemu rzeczywiście nie można się dziwić. Uważam, że nawet w najbardziej naukowych badaniach nie da się ustrzec przed pewną dozą subiektywizmu, a już zwłaszcza przy badaniu tak intymnych zapisków jak listy czy dzienniki, gdzie charakter pisma lub ślady na papierze mogą odzwierciedlać stan psychiczny piszącego. Można powiedzieć, że spędziłam z Pawlikowską ponad rok i był to czas skrajnych emocji. Od ogromnej sympatii, zrozumienia, podziwu, szacunku, poprzez współczucie, którego ona sama tak bardzo nie chciała, aż po chwilami zniechęcenie, niezrozumienie, niedowierzanie. Wzbudzała u mnie takie same odczucia jak każdy człowiek, bo przecież żaden z nas nie jest idealny, mamy wady, rysy, nieprzyjemne cechy charakteru. Nawet u największych przyjaciół pewne rzeczy nas drażnią, i myślę, że tak właśnie jest ze mną i Pawlikowską.

A.U.: Czy po lekturze listów i dzienników poetki, po analizie jej wierszy, można stwierdzić jednoznacznie kto był większą miłością Marii – Jan Pawlikowski czy Stefan Jasnorzewski? Którego kochała mocniej, bardziej czule, namiętniej? Którego kochała dłużej?

A.S.: Absolutnie nie da się tego stwierdzić jednoznacznie.  Każdego z nich kochała inaczej, a uczuć nie da się wartościować. To były dwie wielkie miłości jej życia, które w zasadzie należy położyć na równi. Trzeba też pamiętać, o tym, o czym mówił Witold Zechenter -  gdyby nie wojna i choroba, okres małżeństwa z Lotkiem byłby prawdopodobnie najpiękniejszym, najbardziej skrzydlatym okresem jej życia. Ta miłość znieść musiała o wiele więcej i wystawiona była na wiele więcej prób i przeciwności, aniżeli dotychczasowe namiętności Marii, trudno było w czasie wojny o porywający romantyzm w potocznym rozumieniu tego terminu. To właśnie Stefan Jasnorzewski był z nią do samego końca.

A.U.: Wydawać by się mogło, że to jednak Pawlikowski był tym, który wzbudzał w niej większą pasję, żar. To uczucie owocowało przecież przepięknymi erotykami i niebanalną liryką miłosną.

A.S.: Jednak to uczucie skończyło się ogromnym rozczarowaniem Marii Pawlikowskiej, złamanym sercem, urażoną dumą, w końcu ogromnym cierpieniem. Moim zdaniem od każdego z tych mężczyzn dostała bardzo wiele, każdy z nich odcisnął ogromny ślad na jej życiu i każdego kochała bardzo mocno, prawdziwie, całą sobą. I to powinno nam wystarczyć.

A.U.: Pisze Pani, że Jasnorzewska była kochliwa i potrzebowała miłości jak tlenu. Czy było to pragnienie stałego związku opartego na uczuciu, empatii, zrozumieniu i przyjaźni, czy też raczej ciągłego uwielbienia, zachwycania się jej urodą i inteligencją?  Wydaje się, że nawet z kochającym mężem u boku usychała bez adoracji ze strony tłumu mężczyzn.

Czytaj dalej na: Zielono w głowie