Królestwo za... kwiatka? Zapraszam do Holandii!

Tulipanowy wirus - Małgorzata Diederen-Woźniak, Daniëlle Hermans
Nie jestem jakąś specjalnie wielką fanką kwiatów. Lubię mijać je w parku, wykorzystuję do zdjęć, cieszy mnie ich obecność na klombach w mieście, ale u siebie w ogrodzie wolę trawkę, krzaczki i drzewka. Z ciętymi też mam problem, bo ładnie wyglądają, ale tylko przez chwilę - trzeba się namęczyć, żeby utrzymać je przy względnym życiu przez kilka dni. Owszem, kocham słoneczniki, ale to przez Vincenta, uwielbiam stokrotki na trawnikach i niezapominajki na łące. Reszta jest przyjemna dla oka, ale nie mam dla nich specjalnie cieplejszych uczuć. Wyjątkowo nie lubię róż i tulipanów. No, chyba że są jakoś szczególnie spektakularne.
 
Cóż więc mogło mnie skłonić do lektury książki o kwiatach, za którymi nie przepadam? Dlaczego sięgnęłam po "Tulipanowy wirus"? Za sprawą ciekawej historii, oczywiście. Czy jesteście sobie w stanie wyobrazić, że był kiedyś taki czas, w którym na jednej cebulce tulipana można było zbić olbrzymi majątek? Zaintrygowani? 
 
To, co działo się w XVII-wiecznej Holandii, przechodzi moje pojmowanie. W pewnym momencie tysiące ludzi dosłownie zbzikowało. Ktoś wymyślił, że tulipany, zaatakowane przez nieznanego wirusa i z jego powodu wyglądające inaczej niż zdrowe, są warte więcej niż ustawa przewiduje. Ceny cebulek rosły i rosły, w końcu stały się groteskowe. Kwiaty, które przywędrowały do Zjednoczonych Prowincji Niderlandzkich z Turcji, stały się symbolem luksusu, prestiżu, ważniejszym niejednokrotnie od najdłuższych drzew genealogicznych. Nietypowe odmiany, na dobrą sprawę zdeformowane przez wirusa - nakrapiane i postrzępione, były bardziej pożądane niż domy, meble, obrazy czy stroje. Ludzie brali kredyty, zapożyczali się, a ceny cebulek nadal rosły. 
 
Podam Wam kilka przykładów, żebyście byli w stanie wyobrazić sobie rozmiar, jaki osiągnęła gorączka tulipanowa. Średni roczny dochód w Niderlandach wynosił ok. 150 guldenów (a wiecie jak to jest z tym średnim dochodem - w rzeczywistości większość ludzi zarabia o wiele mniej), tona masła kosztowała jakieś sto guldenów. Jedna cebulka (!), z której być może wyrósłby kwiat o niespotykanym kształcie i kolorze, kosztowała nawet do tysiąca guldenów. 
 
Najsłynniejsza odmiana, kwiat o nazwie Semper Augustus, który był dla tulipomaniaków relikwią i ideałem, została pewnego razu sprzedana za 6.000 guldenów. Pojedyncza cebulka! Jedni zarabiali krocie, spekulując i handlując niewyhodowanymi jeszcze tulipanami, inni tracili majątki, sprzedając wszystko co posiadali, byle tylko zdobyć... kwiatek. A najczęściej zaledwie obietnicę kwiatka, bo czymże innym jest wysuszona cebulka?
 
Semper Augustus. Ot, kwiatek...
 
Choroba zwana tulipomanią wyszła poza granice holenderskie, ale na szczęście nie zdążyła spustoszyć europejskich rynków. W 1637 roku doszło do kryzysu, popyt załamał się z powodu piramidalnych cen, a ci, którzy inwestowali w sadzonki, by sprzedawać je z zyskiem, stali się bankrutami. Jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy chcieli na tym szaleństwie zarobić i w chwili największej histerii na punkcie nakrapianych kwiatków zapożyczali się, by kupić coś, co mogli następnie sprzedać z zyskiem. Nigdy jednak nie pojmę toku myślenia tych, którzy te cebulki kupowali po to, by je po prostu mieć - coś tak nietrwałego, ulotnego, jak piękno kwiatu...
 
Daniëlle Hermans szukała interesującego tematu, wokół którego mogłaby osnuć fabułę swojej debiutanckiej powieści. Tulipomania wydała jej się wątkiem niezwykle mrocznym i przepełnionym kryminalnym potencjałem. Sięgnęła do XVII-wiecznych źródeł i postanowiła połączyć ekonomiczny kryzys sprzed czterystu lat, z tym, co dzieje się we współczesnym świecie. Gorączka kwiatowa nigdy tak naprawdę się nie zakończyła. W 2003 roku Holandią wstrząsnęła afera związana ze zdefraudowaniem olbrzymiej sumy pieniędzy, którą inwestorzy chcieli sfinansować badania nad nowym gatunkiem tulipana. Do dziś nie odzyskano ponad 80 milionów euro przeznaczonych na ten cel. 
 
Ja i ekonomia to dwa różne bieguny, jednak spekulacje finansowe sprzed lat oraz ich wpływ na ludzkie losy stały się tematem, który mnie wciągnął, zaintrygował i zawładnął moją wyobraźnią na wiele dni. "Tulipanowy wirus" to fikcyjna historia kryminalna, którą autorka oparła na fundamentach historycznych. Woutera Winckela, bohatera, od którego cała opowieść bierze początek, jego kolekcję cebulek oraz aukcję, na której zostały sprzedane, znajdziemy nie tylko w powieści Hermans, ale przede wszystkim w siedemnastowiecznych dokumentach.
 
Jak widzicie, na pierwszy rzut oka "Tulipanowy wirus" wydaje się być książką, po którą zdecydowanie warto sięgnąć, która wciągnie czytelnika w barwny świat przeszłości, opowie mu o niezwykłych wydarzeniach i nauczy czegoś, czego - być może - do tej pory jeszcze nie wiedział. Pamiętajmy jednak, że debiutancka powieść holenderskiej pisarki jest kryminałem, więc wiedza, jaką czytelnik może dzięki niej uzyskać, wcale nie powinna znajdować się na pierwszym miejscu. 
 
Owszem, po przeczytaniu tej książki wiele godzin spędziłam na przeglądaniu stron internetowych poświęconych tulipomanii, historii Holandii, wpływom tej niezwykłej bańki spekulacyjnej z przeszłości na nasz dzisiejszy świat, ale przecież nie tylko po to czyta się kryminały. Poza wiedzą, jaką mogę z nich czerpać, oczekuję od tego gatunku sensownej fabuły, żywych postaci, inteligentnie i logicznie skonstruowanej intrygi, doskonałego stylu... Dokładnie tego wszystkiego, czego poszukuję w każdej książce, po którą sięgam, z tą różnicą, że w powieściach kryminalnych powinien być jeszcze suspens, perfekcyjnie wymyślona tajemnica i moc mylących wątków prowadzących do zaskakującego finału.
 
W "Tulipanowym wirusie" niczego takiego nie znajdziecie. Fascynujący temat, który mógł stać się podwalinami pod rewelacyjną powieść, został zaledwie liźnięty, bo autorka nie mogła się zdecydować, o czym właściwie chce pisać - o przeszłości, czy o teraźniejszości, o tulipomanii, czy o siedemnastowiecznym zwątpieniu w instytucję Kościoła. Usiłowała złapać za ogony zbyt wiele srok - w efekcie wszystkie jej się wymknęły, pozostawiając po sobie zaledwie kilka piórek. Przede wszystkim brakuje tutaj zwartej fabuły. Zamiast tego natykamy się na obrazki rzucone na strony niczym plamy farby - tu zielona, tam czerwona, za moment różowa. Czułam się niczym konik polny skaczący po źdźbłach trawy o różnej strukturze i niezatrzymujący się na żadnym na dłużej. 
 
Hermans usilnie próbuje nam wmówić, że parę encyklopedycznych wzmianek o historii czyni z jej powieści coś, co posiada głębsze tło. W rzeczywistości jest to jedynie zlepek płytkich scen opierających się głównie na bardzo słabych dialogach. "Tulipanowy wirus" nie zdaje egzaminu jako kryminał, bo jego akcja irytuje, zamiast wciągać, a finał jest naciągany i przewidywalny. Właściwie nie zdaje egzaminu z niczego innego, poza tym, że jest bodźcem do nauczenia się czegoś nowego. I dzięki temu, wbrew wszystkiemu, cieszę się, że przeczytałam tę pięknie wydaną książkę. Mogłam Wam przynajmniej opowiedzieć kolejną interesującą historię! :)

 

Tytuł: Tulipanowy wirus
Tutuł oryginalny: Het Tulpenvirus
Autor: Daniëlle Hermans
Tłumaczenie: Małgorzata Diederen-Woźniak
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2015
ISBN: 9788364700095
Ilość stron: 300
Format: 13.5x21.0cm
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami



Recenzja powstała dla portalu: