Śladami Sherlocka, czyli fanatyczka na tropie

Miałam ten tekst napisać pięć miesięcy temu, ale jakoś mi umknął, bo się przestraszył zbyt dużej ilości książek, o których w pierwszej kolejności chciałam Wam opowiedzieć. Ostatnio jednak wróciłam sobie do wspomnień ze styczniowego pobytu w Londynie (zabrałam się wreszcie za segregowanie zdjęć), siłą więc rzeczy naszło mnie, żeby otworzyć im drzwi na oścież i wreszcie utrwalić tutaj jeden z przewędrowanych wówczas szlaków. Na wieczną pamiątkę...

      Stolica Wielkiej Brytanii to moje ulubione miasto, mogłabym tam wracać w nieskończoność. Czuję się w nim jak u siebie, jak w domu. Istnieje kilka prawd jasnych jak słońce: w Londynie nigdy nie zabłądzę, przenigdy nie będę się nudzić, a po powrocie moje nogi nie będą się nadawały do użytku przez kilka dobrych dni. Jest wiele czynników wpływających na moją fascynację tym miejscem, jeden z nich to na pewno życzliwość, z jaką spotykam tam na każdym kroku. Już podczas mojego pierwszego pobytu kilka lat temu wszelkie mity o angielskim wywyższaniu się, zadzieraniu nosa i traktowaniu ludzi z góry runęły z hukiem. Uśmiechnięci, sympatyczni, chętni do pomocy, cierpliwi - takie wrażenie sprawiają na mnie Brytyjczycy i tak już zawsze będę o nich myśleć. W Londynie uwielbiam to, że idąc ulicą co rusz mijam nieznajomych, którzy się do mnie uśmiechają, pozdrawiają, życzą miłego dnia.

      Samo miasto jest dla mnie miejscem przede wszystkimhistorycznym. Chodziłam po śladach władców, bohaterów, zdrajców, poetów i malarzy usiłując wypatrzeć ukrytą dla niewtajemniczonych mgiełkę, która unosi się wszędzie tam, gdzie w przeszłości działo się coś ciekawego. Podczas lektury książek, których akcja toczy się w Londynie, nanosiłam na moją własną mapę mentalną (mini-wersja sherlockowego "pałacu pamięci") miejsca ważne, intrygujące, ciekawe. Z biegiem lat liczba owych lokalizacji gęstniała, aż w końcu doszło do tego, że miałam coś do powiedzenia o niemal wszystkich zakątkach tej historycznej metropolii. Bo tam każda ulica i każdy stary budynek mówi o przeszłości - zabytki znane wszystkim, jak Tower of London, znane trochę mniej, jak dom Dickensa w dzielnicy Camden, czy zupełnie tajemnicze, niczym budynek przy Princelet Street na East Endzie, w którym mieszkał... niewidzialny człowiek ;)
 
      Od jakiegoś czasu na moim planie miasta zaczęły pojawiać się punkciki troszkę różniące się od pozostałych. Większość z Was wie, jaki tytuł ma mój ulubiony serial angielski - bodajże jedyny film w odcinkach, o którym pisałam na blogu. Jest jeszcze "Doctor Who", ale o nim raczej pisać nie będę, bo jakbym się za to zabrała, to jeszcze nabrałabym ochoty, by recenzować każdy oglądany odcinek z nowych serii, a jest ich coś koło setki - tak więc chyba Wam tego oszczędzę ;). "Sherlock" swego czasu na tyle zdołał mnie wciągnąć i zmienić w maniakalną wielbicielkę, że po obejrzeniu ostatniego dostępnego wówczas odcinka, od razu zasiadłam, by wylać moje zachwyty na klawiaturę (patrz: TUTAJ).

Sherlock lubi po dachach wędrować - lepiej stamtąd widać Londyn.
    
      Byłam zachwycona nie tylko niezwykle inteligentną fabułą i umiejętnie przeniesionymi do współczesności wątkami z opowiadań i powieści Conan Doyle'a, nie tylko rewelacyjną grą aktorską, ale także naprawdę piękniepokazanym Londynem. Co rusz za plecami Holmesa i Watsona zauważałam miejsca dobrze mi znane albo zachwycałam się tymi, których do tej pory nie zdążyłam zobaczyć. I postanowiłam, że przy najbliższej okazji muszę nadrobić zaległości. Lokalizacji przybywało wraz z każdym obejrzanym odcinkiem, niejedna okazywała się niezwykle kusząca.

      Londyn jest w "Sherlocku" jednym z głównych bohaterów i czasami przychodzi mi do głowy pytanie - czy serial tak bardzo by mi się podobał, gdyby akcja toczyła się w jakimkolwiek innym miejscu na świecie? Przepięknie sfilmowana metropolia pokazuje swoją ponadczasową duszę, jest nowoczesna, a jednocześnie wielowiekowa i pociągająca. Stosując odpowiednie filtry operatorzy kamer uzyskali specyficzną, odrobinęstaroświecką kolorystykę. Jest coś niesamowitego w tym, że każde londyńskie miejsce, które zostaje przez filmowców ukazane w sposób, zdawałoby się, tendencyjny, podkolorowany i upoetyczniony, w rzeczywistości okazuje się być dokładnie takie samo albo nawet jeszcze ciekawsze. Stolica Anglii nie potrzebuje upiększaczy.

"Tylko zabierz mnie do Londynu. Muszę znów poczuć to miejsce, odetchnąć jego atmosferą. Usłyszeć bicie jego serca." Sherlock Holmes
 
       Moją włóczęgę śladami serialowego Sherlocka Holmesa zaczęłam właściwie już w chwili, gdy w środku nocy wysiadłam z busa, który przywiózł mnie z lotniska - przystanek znajdował się na Baker Street, niemal naprzeciwko słynnego muzeum. I nie ma najmniejszego znaczenia, że serial BBC był kręcony gdzie indziej, a najsłynniejszą ulicę świata "grała", umiejscowiona kilka przecznic dalej, North Gower Street. Miejsce, w którym mieszkał powieściowy bohater, obrosło jego legendą do tego stopnia, że prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie niż uwierzę, że istnieje ktoś, kto patrząc na tabliczkę z nazwą tej ulicy myśli o czymś innym.

    
      North Gower Street, czyli ulica, przy której mieszczą się słynne drzwi, słynna kołatka i słynny bar kanapkowy, była rzut beretem od mojego hostelu. Dotarłszy na miejsce usiłowałam znaleźć kogoś, kto zrobiłby mi zdjęcie na tle wejścia do serialowej świątyni dedukcji. Niestety, byłam zmuszona pstryknąć sobie "selfa", bo ulica pustką stała, a jedyną żywą istotą w okolicy był wiatr, z premedytacją dmuchający mi w parasol. I nawetSpeedy's jakiś taki opuszczony i smutny był. Dziwne wrażenie robi ten nowoczesny wieżowiec obok uroczych, starych kamienic - w Londynie takie połączenie wcale nie jest na porządku dziennym.

A w szklanym, niezbyt wysokim, wieżowcu siedzi i knuje diaboliczny Magnussen.
Pierwsze spojrzenie na nowe mieszkanie, czyli zakładamy spółkę dedukcyjną.
Fotka promocyjna z pierwszych serii - tu jeszcze nie wiemy, 
że ilekroć Mycroft kołatkę wyprostuje, tylekroć Sherlock ją przekrzywi.
Szkoda, że numer 221b zostaje zdjęty od razu, jak tylko kamery zostają wyłączone.
Kołatkę przekrzywiłam osobiście (no bo jak to tak? żeby Mycroft miał ostatnie słowo?;)
Sherlock udaje, że jest sympatyczny:)
Zamalowane graffiti Moriarty'ego;)
Kadr z filmu - graffiti "zdobi" ścianę naprzeciwko mieszkania Holmesa i Watsona.

      Byłam świeżo po obejrzeniu trzeciego sezonu, więc koniecznie musiałam sprawdzić, jak to jest z domem przy Leinster Gardens - jest tam jakaś atrapa budynku, czy też takie dziwo zostało wymyślone na potrzeby serialu? Zakładałam, że jednak coś musi być na rzeczy, bo scenarzyści przyjęli sobie za punkt honoru korzystanie z lokalizacji istniejących naprawdę. Pewnie dlatego, żeby nakręcać turystykę dzięki takim jak ja:)

      I faktycznie - w dzielnicy Bayswater, obok "The Henry VIII Hotel" (miałabym drobne obawy przed wynajmowaniem tam pokoju - a nuż nocami wałęsają się po korytarzach bezgłowe zjawy?), znajduje się budynek, który dla niewtajemniczonych będzie tylko kolejną białą, wiktoriańską kamienicą. W rzeczywistości jest to front nieistniejącego domu - fasada powstała w czasach budowy londyńskiego metra i kryje za sobą otwór nad torami, którym parowozy wypuszczały nadmiar pary. Tak, tak, nie pomyliłam się, początkowo tunelami metra (a raczej tuby vel rury, bo w Londynie nie używa się przyjętego na całym świecie określenia miejskiej kolei podziemnej - napisy głoszą "underground", autochtoni mówią "the tube") jeździły pociągi napędzane parą. Podczas budowy tuneli nastąpiła konieczność wyburzenia dwóch domów przy Leinster Gardens. Przypuszczam, że w większości miast na świecie nikt by się tym nie przejmował, ale Anglicy nie zamierzali dopuścić do zniszczenia specyficznej architektury ulicy. Zbudowano atrapę budynku i teraz stoi tam sobie dom, w którym nie można zamieszkać, który nie ma prawdziwych drzwi ani okien, ale który znakomicie przydał się Sherlockowi do tego, by zmusić Mary do wyznania całej prawdy i tylko prawdy o jej podwójnym życiu. To miejsce naprawdę intrygujące, jeśli tylko ma się świadomość jego niezwykłości.

Drzwi bez klamek...
Mary przed budynkiem, który jest tylko ścianą. W filmie kamera robi lot do góry i pokazuje nam tory, które znajdują się za fasadą - 
i to wcale nie była grafika komputerowa! 
Fałszywe okna przy Leinster Gdns 23/24.
Tutaj Mary mija "The Henry VIII Hotel".

Zdziwiłabym się, jakby w tym hotelu nie straszyły bezgłowe zjawy...
Następne drzwi już nie są prawdziwe ;)
 
A tutaj znalezione w sieci zdjęcie tego, co znajduje się za fałszywką.
    
      Kolejnym punktem programu, zrealizowanym już dnia następnego, była ekskluzywna dzielnica Belgravia, gdzie mieszkała serialowa Irene Adler. To piękna i spokojna okolica, choć przecież znajdująca się rzut beretem od pałacu Buckingham. Kamienica, która "grała" w odcinku "Skandal w Belgravii" rezydencję tajemniczej Dominatrix, znajduje się przy Eaton Square, ulicy ciągnącej się w nieskończoność wzdłuż przyjemnego paska zieleni. Idzie człowiek i idzie, szuka tego numeru 44 i szuka, i dojść nie może. Jest więc czas na to, by poczynić kilka interesujących obserwacji.

      Po pierwsze - przy większości domów stoi ekskluzywna limuzyna, ale nie są to krzykliwe samochody rzucające się w oczy wielkością lub dziwacznością. Dużego czołgu nie byłoby gdzie zaparkować, bo miejsca przed kamienicą każden jeden ma niewiele. Są to auta drogie, ale stylowo normalnie wyglądające:) Po drugie - mimo iż ceny domów w tej okolicy są niewyobrażalnie wysokie, to jednak umiar, elegancja i zamiłowanie do symetrii, tak zachwycające mnie na londyńskich ulicach, również tę dzielnicę wzięły w swoje posiadanie. Naprawdę ślicznie prezentują się te rezydencje, białe, gustowne i szykowne, stojące w szeregu niczym dziewiętnastowieczne panny wchodzące na swój pierwszy bal. Po trzecie - na schodach prowadzących jednej z kamienic stał sobie najprawdziwszy szofer, w uniformie! Uśmiechnęłam się do niego przechodząc, bo tak mi się go trochę żal zrobiło, samotnego i nudzącego się w oczekiwaniu, aż pracodawca załatwi swoje sprawy. Nagle poczułam się jak księżniczka z bajki, bo ten przeuroczy człowiek ukłonił mi się i powiedział, oddając uśmiech: "Good day, ma'am." Ach, ten Londyn!:)

Piękne kadry to także zasługa stonowanych i wysmakowanych kostiumów.
Sprawdziłam - w drzwiach nie ma wizjera, przez który towarzyszka Irene rzekomo sondowała Sherlocka.
Dźwig z kamerą na tej ulicy - to musiała być rewolucja!
 
      Puściłam się w dalszą drogę, zahaczyłam o Buckingham Palace ("A Scandal of Belgravia"), Scotland Yard (miejsce pracy uroczego inspektora Lestrade'a), przeszłam obok Big Bena (Moriarty w "A Scandal of Belgravia"), dotarłam do Trafalgar Square ("The blind banker") i pokrążywszy jeszcze trochę po okolicy, wróciłam do hostelu. Kawał świata przeszłam, ale to bynajmniej nie był koniec:)

Big Ben na zdjęciach nie do końca oddaje swoje piękno -
w rzeczywistości to przepiękna, koronkowa robota.
 
Moriarty też ma komórkę:)
W tle - kościół St. Martin-in-the-Fields.
Trafalgar Square zdecydowanie należy do moich ulubionych londyńskich miejsc.
National Gallery - w tym budynku znajdują się skarby bezcenne 
(przede wszystkim "Słoneczniki" Van Gogha!).

W tle - Horse Guards Parade.
    
      Na wieczór miałam zaplanowaną wyprawę do Barbican Centre i spotkanie z Davidem Tennantem, ale tak się cudownie złożyło, że dwa kroki od teatru znajduje się najważniejsza, po North Gower Street (pseudonim "Baker Street"), sherlockowa lokalizacja. Szpital św. Bartłomiejanależy do najstarszych europejskich lecznic - został założony w 1123 roku! Ufundował go krzyżowiec, który rozchorował się ciężko podczas wyprawy do Ziemi Świętej. Ukazał mu się wówczas święty Bartłomiej prosząc o to, by rycerz, powrocie do domu, założył w Londynie klasztor i szpital dla ubogich.

      Kompleks szpitalny wygląda zachwycająco, a przy tym wzbudza wielki szacunek. Przetrwał wszelkie dziejowe katastrofy, z Wielkim Pożarem w 1666 roku i bombardowaniem miasta w czasie II wojny światowej na czele, przez bardzo długi czas był miejscem, w którym leczono najcięższe i najtrudniejsze przypadki, znakomicie wyposażonym i zatrudniającym medyczne sławy. W chwili obecnej znajdują się tam już tylko laboratoria, ale nadal jest to lokalizacja bardzo ważna dla całej ludzkości. Szpital pozostaje centrum badań i nauki, przede wszystkim w zakresie kardiologii i leczeniu raka. Z ciekawostek - St. Bart's Hospital był miejscem egzekucjiszkockiego rewolucjonisty Williama Wallace'a (jest tu ktoś, kto nie pamięta "Braveheart"?).

      Było już ciemno i mocno padało, ale ja nigdzie się nie spieszyłam. Dokładnie obejrzałam sobie wszystkie budynki kompleksu rozmyślając nad przeczytaną wcześniej historią tego wspaniałego miejsca, a następnie zbadałam je ze wszystkich możliwych stron snując teorie na temat cudownego ocalenia Sherlocka po tym, jak na oczach Watsona skoczył na łeb na szyję z dachu szpitala. Stałam sobie w miejscu, w którym John patrzył na sfingowane samobójstwo przyjaciela i dedukowałam, bo należę do tych, którzy za grosz nie ufają opowieści, jaką Sherlock uraczył Andersona. I teraz już wszystko wiem, ale nie powiem, bo jeszcze na mnie Steven Moffatnaśle Scotland Yard:)

Moja ulubiona scena w "The empty hearse":)
Kompleks szpitalny naprawdę robi wrażenie - cudowna architektura.
Budka, ławka, mokry bruk i Benedict Cumberbatch.
Budka, ławka i mokry bruk, tylko Cumberbatcha, jak na złość, zabrakło.
John nie widział ulicy i chodnika przed budynkiem, z którego skoczył Sherlock, 
bo zasłaniał mu je niski budynek niewiadomego przeznaczenia:)
Dokładnie tutaj stał John rozmawiając przez telefon z Sherlockiem.

      Wędrówka śladami serialu zakończyła się, jak widać, odkryciem przeze mnie kolejnych ciekawych i wartych uwagi miejsc w stolicy Wielkiej Brytanii. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę mogła zgłębiać tajemnice Londynu. A na deserek - zdjęcie z księgarni w Opactwie Westminsterskim oraz efekt pięciominutowej wizyty w National Gallery - nigdy nie mogę się oprzeć. Na szczęście sala impresjonistów znajduje się blisko wejścia - można skoczyć na chwilkę, by rzucić okiem na cuda namalowane przez geniuszy pędzla.




      Już wkrótce - recenzja uroczej powieści retro o dziewczynie, która postanowiła dopaść swojego narzeczonego i porachować mu kości, zanim zrobi to jakiś Moskal:) Miło mi było oprowadzać Was po Londynie. Ania
 
Zapraszam na Zielonego Bloga ;)